Jaka jest modlitwa

Jaka jest modlitwa bez Boga?

Bez Boga, to nasłuchiwanie, uważne pozostawanie w ciszy.
Ja idę ścieżką doświadczenia. Nie wiary, i nie rozumu.

Wyciskacz prawdziwych łez





Nie wierzę w interwencyjnego Boga
Lecz wiem, kochanie, że ty tak
Gdybym i ja uwierzył, padłbym na kolana i prosił
Żeby w ciebie nie interweniował
Nie tykał włosa na twojej głowie
Zostawił cię, jak jesteś
A gdyby czuł, że musi tobą kierować
Żeby skierował cię w moje ramiona
W moje ramiona, o Panie
W moje ramiona, o Panie
W moje ramiona, o Panie
W moje ramiona


I nie wierzę w istnienie aniołów
Ale patrząc na ciebie myślę; może są?
Gdybym uwierzył, zwołałbym je wszystkie
I poprosił, żeby czuwały nad tobą
Żeby każdy zapalił dla ciebie świeczkę
Która rozjaśni i oczyści ci drogę
Do chodzenia, jak Chrystus, w łasce i miłości
I prowadzenia cię w moje ramiona
W moje ramiona, o Panie
W moje ramiona, o Panie
W moje ramiona, o Panie
W moje…


I wierzę w miłość, i wiem, że ty też
I wierzę, że jest gdzieś ścieżka
Gdzie możemy iść razem, ja i ty
Więc niech się pali twoja świeczka
Która oświetli i oczyści jej drogę

Żeby mogła wracać
zawsze i na wiek wieków

W moje ramiona, o Panie
W moje ramiona, o Panie
W moje ramiona, o Panie
W moje ramiona


Nick Cave & The Bad Seeds


Będę zamykać tego bloga.
Ale tymczasem jeszcze coś w temacie heartbreaku, o którym tu sporo pisałam. A poszło to tak.
Lubię dobre newslettery, preferuję, w porównaniu do wiszenie na FB albo innym IG czy YT, gdy osoba ma coś ważnego do powiedzenia on-line, więc się zapisałam. 

I po tej nitce do trafiłam do kłębka pod tytułem "The Boatman's Call", płycie, którą Nick Cave nagrał, gdy PH Harvey go zostawiła. Historia znajduje się tutaj, w której autor nie ukrywa destruktywnego tła, ani narcystycznych motywacji przy przetwarzaniu emocji, które mu potem towarzyszyły w piosenki.

Staram się nie ukrywać sama przed sobą, że piosenka "Into my Arms" to prosty, klasyczny wyciskacz łez. I świetnie się spisał w moim przypadku; gdy zobaczyłam twarze ludzi w filmiku... Skorzystam z luźniejszego przedpołudnia, żeby sobie poryczeć jak bóbr. Pozwolić łzom płynąć.

I skąd te łzy? pewnie też z tego, że to druga połowa cyklu, że przesadziłam się na nowa glebę, a to duży stres. I też z tego, że Charles Eisenstain, inny człowiek, którego czasem słucham w internecie przesunął na front mojej świadomości myśl, o której staram się nie pamiętać, bo nic nie mogę zrobić, a mianowicie to, że płonie puszcza w Amazonii

Staram się nie ukrywać sama przed sobą, że słucham Charlesa, bo w zgrabnych i wkształconych na uniwersytetach słowach potwierdza to, do czego sama dochodzę, albo na co mam nadzieję. Dochodzę mianowicie do tego, że w politycznie napiętej sytuacji hejt jest łatwy i kuszący, ale nic nie wnosi nowego do sytuacji. Narracja o dobru zwalczającym zło jest bardzo popularna w naszej kulturze, gdy się siedzi w poczuciu krzywdy, bezradności i innych najtrudniejszych uczuć szukać winnego, kogoś, na kogo można skierować agresję i hejt, i zniszczyć go, oczywiście po to, żeby uratować świat. Coraz lepiej widzę, że to tak nie działa, widzę, kiedy popadam w hejt, i że to nie jest dla mnie droga. 

Druga część tej filozofii, ta o polu morficznym, podważająca mechaniczny model świata...  Za duży i za skomplikowany temat, nie podejmę go tutaj. Nie wierzę też w happy end, rozumiany jako takie przekształcenie naszej cywilizacji, żeby mogła harmonijnie współistnieć z przyrodą taką, jaka jest teraz, jeszcze trochę jest. Sądzę, że bezpowrotnie zginie albo jedno, albo drugie, albo obydwa te zjawiska.

To powiedziawszy, kiedy Charles mówi, niezależnie od tego, czy jego pomysły są słuszne, czy nie, widzę, że mówi z otwartego serca. I dlatego go słucham. Bo widzieć kogoś kto to potrafi, samo w sobie jest leczące i pomaga mi zbierać się na odwagę do podobnej otwartości. 

Charles opowiada się za przekonaniem, że małe rzeczy mają duży oddźwięk w polu. W sytuacji pożarów w Amazonii i poczucia bezradności i własnej nieskończonej znikomości w obliczu problemu, proponuje alternatywę dla hejtu i nawoływanie do wojny. Sugeruje, że każdy może zrobić coś w swoim własnym otoczeniu i w sobie. Coś co byłoby wyrazem miłości dla życia takiego, jak ono się objawia w przyrodzie i co pochodzi z serca. I że to - jakkolwiek całkowicie niepowiązane z bezpośrednią i realną sytuacją w Amazonii, jest właśnie teraz potrzebne. 

Gdybym miała pójść za apelem Charlesa, powiedziałabym, że moja dzisiejsza kontrybucja, to dzisiejsze otwarcie serca na wyciskacz Nicka Cave i pozwolenie, żeby płynęły łzy. 

To są łzy żałoby po majestatyczej istocie, jaką jest dzika puszczy nad Amazonką (choć jej nigdy nie poznałam, i choć potwornie dałaby popalić, gdybym się odważyła tam pojechać). I są to łzy osobiste. Zameldowała się w ten sposób moja żałoba, ale też dawno wyleczone heartbrejki. Te które ja przeżywałam, i cudze, przeze nie spowodowane, co się zresztą bardzo często mieszało. 

Mało tego, przypominał o sobie nawet heartbrejk, który widziałam u mojego doradcy kredytowego, człowieka, którego noszę we wdzięcznej pamięci, bo uchronił mnie przed kredytem hipotecznym we frankach.

(Dygresja: był to wyjątkowo fizycznie piękny młody człowiek, w równie pięknych garniturach i o nienagannych manierach, stereotypowy kandydat na narcyza. Raz jak z nim omawiałam przyszłe zobowiązania, fasada była nienaruszona, ale miał ten straszny ból w oczach. To jeden z dwóch pięknych, anielskich mężczyzn, którzy mi pomogli na mojej drodze; drugi to likwidator z towarzystwa ubezpieczeniowego, szacował szkody po zalaniu w moim mieszkaniu  z takim wyczuciem i empatią, że pamiętam do dziś).

Wracając. Wspominki i heartbrejkach przyniosły nowe uświadomienia zaprzeszłych sytuacji, i przyniosły też współczucie dla mnie samej, samoutulenie, że to wszystko przeżyłam. I zgodę, że heartbrejki były, że były jakoś potrzebne, że w tych ogniach miękłam, dojrzewałam, kruszyły się moje skorupy. Może w ogóle ludzie jako gatunek tak mają? Może jesteśmy stworzeni, żeby się kruszyć i dojrzewać w emocjonalnych ogniach, i dlatego musimy je dla siebie nawzajem rozpalać? Dopóki nie będzie dość?

Nie wiem. W każdym razie pomyślałam, że gdy będę umierała, chciałabym słyszeć tę piosenkę pana Cave. Żeby jeszcze raz przywitać i utulić każdy heartbrejk, i podziękować jemu - że był - i sobie, że udało mi się go przeżyć. 


***
Disclaimer: Tak w ogóle mam bardzo bezpieczną i w miarę komfortową sytuację w życiu obecnie, dobre warunki do wylewania łez ;)

PS: Omawiałam temat z przyjaciółką - towarzyszymy sobie nawzajem na gzygzakowatych ścieżkach naszych procesów - i doszłyśmy, że takie przeżywanie, to słodko-słono-gorzki smak w życiu. Że jest w tym spokojna radość "zamglona", jak ona to ujęła (tzn. w jej słowach, że "nie skaczę nad asfalt z radości" ;) ). Że chodzi to ten moment zgody na straty, końce, na opuszczanie i bycie opuszczanym. I że ta zgoda dosłownie uwalnia energię w ciele, i życie może dalej płynąć. Bo życie zawsze niesie jakieś odrodzenie, nowe otwarcie i radość, jeśli mu na to pozwolić. Bo oczywiście możemy trzymać się starych ran, utrzymywać o nich świeżą pamięć, mózg jak najbardziej ma takie możliwości, buduje sobie ścieżki neuronalne.

I z też całą pewnością utrzymywanie się w stanie, który mógłby minąć dla niektórych osób i sytuacji jest najwłaściwsze. Gdyby jednak osoby te zechciały się uwolnić... Są sposoby ;) Czego i Państwu życzę :)

Jak to: styczeń??

Co tutaj chciałam zanotować. Coś, do w zetknięciu ze słowem staje się banałem, bo to są przebłyski jakiejś innej świadomości, a potem ona znika i nie daje się wypowiedzieć. Przepraszam, sami wiecie, że czasem człowiek musi, bo inaczej się udusi, choć dobrze wie, że z pożytkiem dla wszystkich byłoby zachować dla siebie. A zatem.

Był to ten moment, gdy siedziałyśmy z Asią w tej ciasnej knajpeczce w podziemiach Dworca Głównego czekając na pociąg do KRK, ja patrzyłam na kobietę z kawą, wciśniętą w róg ławki przy dużej szybie i przyszła do mnie myśl, poczucie, czy coś podobnego.

Że świat materialny jest, zawieszony w nie-byciu jak bańka mydlana, jak ona ulotny. Rodzi się, przepływa przez swoje bycie jak rzeka, w ciągłej zmianie, w końcu przestaje być. My jesteśmy jego aspektem, mniej więcej tak od niego odłączni, jak błyski słońca na rzece w wietrzny dzień są odłączne od nurtu. To są nasze ramy istnienia i tylko w bańce świata i dzięki niej mamy odrębną świadomość. Poza tym nie. Zresztą po co by była?

I wtedy miałam to przytulne uczucie, że jestem tu i teraz, całkiem obecna w moim ciele, i nic mnie nie wyrywa w żadną stronę i nigdzie indziej nie chcę być. Jak popołudnie przy kominku, w domku w górach, po dniu na nartach i dobrej kolacji, tam gdzie nie ma zasięgu. Życie, świat, ahhh.

Na Nowy Rok, zeszyt. Ten



Ten, właśnie ten. Ten w którym nastolatka zapisywałam wiersze, cytaty i fragmenty książek, które jej się podobały. Przywołałam ten zeszyt niedawno myślą, Zapragnęłam odczytać go po latach jak list do siebie, gdy wynikła rozmowa o nim na FB. W której się ujawniło, że nie tylko ja go miałam.

I nie byłoby w tym njusa, gdyby nie fakt, że zeszyt się znalazł. I o tym też nie miałabym potrzeby tu wspominać, lecz znalazł się w zaskakujących okolicznościach - u ciotki, do której przywędrował dawno temu ze szpargałami w celu spalenia w piecu, który ciotka posiada.

Hm. Hm, hm...

W każdym razie jest. I ciotka go czytywała razem z synem kuzyna, dwunastolatkiem, z którym mają taki sam problem, jak mieli ze mną - pochłania książki i bardzo trudno go od tego oderwać. Może on zostanie pisarzem? Ciotka mówi, że w środku w nim siedzi dużo do powiedzenia, tylko potrzebuje specjalnych okoliczności, żeby to zacząć wypowiadać.

To jeszcze ten cytat, na którym zeszyt się otworzył do fotografii.


Poeta zmarnował swą noc, podczas kiedy inni ucztowali, i teraz już wiedział, że stracił ją raz na zawsze. Wystarczyło unieść głowę, spojrzeć ponad lampą w niebo, by zrozumieć, że noc minęła bezpowrotnie. Kelnerzy pospiesznie zrywali obrusy ze stolików. Przemykające obok werandy koty przybrały już poranny wygląd. Na poetę nieubłaganie zwalał się dzień.
Michaił Bułchakow, Mistrz i Małgorzata

To jeszcze co myślę o cytacie: bardzo adekwatny do sytuacji, w której zmarnowałam szansę na zabawę w Sylwestra. I nawet nie o mnie chodzi, tylko o przykrość M. Stąd to szare zdjęcie. Żal, noc minęła bezpowrotnie.


Boże Narodzenie: czas przybywania

Przekroczyliśmy magiczną granicę astronomiczną. Teraz już będzie przybywać dnia. Czuję tę zmianę w sobie. W tym roku - trochę przez przypadek, ale bardziej idąc za rozwojem sytuacji - wybrałam się na dwutygodniowy urlop tuż przed Wigilią i świętami Bożego Narodzenia. Zamiast uczestniczyć w świetlistym zgiełku przygotowań, wyjechałam w miejsce, gdzie większość dnia spędzałam sama. I tam pozwoliłam sobie na dużą dawkę lenistwa. Dużo spałam, wtulona w siebie jak pobliski las na wzgórzu i pozwalałam, żeby dni toczyły się wolno, jak wody Renu, z drugiej strony. Przeczytałam kilka książek. Był to ogromny luksus - nie biegania - i był to też duży dyskomfort. Dwa tygodnie prawie sam na sam ze sobą. Zadawania pytań i odkrywania niepokoju: coś mam nadzieję dogonić w codziennym biegu i boję się, że jest już za późno i się nie uda. Dotknęłam źródła siły we mnie. W środku, pod maską zmęczenia jest we mnie skała. Opoka.

A potem wróciliśmy, część długiej podróży spędzając na kompletnie zakorkowanej A4, na którą spływały auta rodaków zmierzających z całej Europy, by spędzić czas z rodziną. Pracodawcy udzielili urlopów. Długi korek na autostradzie to dobry czas na poważne rozmowy. Na co dzień brakuje nam przestrzeni albo determinacji. A z auta w tych warunkach nie da się wysiąść

I wróciliśmy, trochę inni. Na czas, by kupić karpia od towarzyskich pań sklepowych w Jubilacie i ostanie, wymyślone wspólnie prezenty w zaskakująco pustych galeriach; masa ludzi najwyraźniej wyjechało z Krakowa. Na noc przed Wigilią, która stała się w mojej rodzinie tradycyjnym już czasem wspólnego lepienia pierogów. Na ostatnie wigilijne porządki i strojenie wielkiej jodłowej gałęzi, która w domu mojego taty zastępuje choinkę.

Jakoś ten czas się sam poukładał i zgrabnie popłynął. Wspólnym staraniem udało się ominąć tradycyjne rodzinne rafy w postaci różnic światopoglądowych. Pojawiły się, jednak w tym roku nikt nie wybuchnął, raczej doceniliśmy i się wzruszyliśmy.

Jakoś się zrobiło. Nie przypuszczałabym. A teraz nadchodzi Nowy Rok. Zaczyna się nowy czas rozwijania.

Ognisko domowe

Wielu ludzi poznaje Hestię za pośrednictwem duchowej praktyki medytacji. Łacińskim określeniem "ogniska" jest focus, a to wewnętrzne skupienie przychodzi do wielu jedynie poprzez zaangażowanie się w medytację.
Medytacja Hestii to koncentracja na byciu w danej chwili, opróżnienie umysłu i wyciszenie emocji. Persona i ego, porównania, krytyka, potok myśli związanych z przeszłością i przyszłością oraz wszelkie przywiązania, zgodnie z którymi w określony sposób postrzegamy siebie i innych - wszystko to znika, kiedy wyciszamy umysł.
Wielu osobom udaje się to osiągnąć poprzez medytację. Jednakże w przypadku kobiet, u których obecny jest archetyp Hestii, stan umysłu, do którego inni docierają poprze medytację pojawia się naturalnie. Zajmowanie się szczegółami związanymi z gospodarstwem domowym jest rodzajem  aktywności, która ześrodkowuje, sprowadza do centrum.
W taki sam sposób kobieta porządkuje swój dom i swoje wnętrze. Jako "strażniczka domowego ogniska", odnajduje wewnętrzną harmonię przez zewnętrzny ład. Z Hestią nie ma pośpiechu, nie trzeba pilnować zegarka, znika krytyk wewnętrzny. To, co robi, cieszy ją i zajmuje tak samo, jak skupienie na oddechu pochłania tego, kto medytuje. Kiedy Hestia segreguje i składa pranie, prasuje, sprząta bałagan, zbiera kwiaty i układa z nich kompozycje, przygotowuje obiad lub porządkuje swoją szafę jest w pełni obecna tu i teraz.

[...] We wspólnotach religijnych praca, posługa i rytuały łączą się ze sobą, kiedy ktoś sprząta sanktuarium lub przygotowuje ołtarz. Kobieta, wnosząc do jakiegoś miejsca porządek, piękno i harmonię, czyni je świętym. Jest coś karmiącego w wykonywaniu tego typu prac i we wchodzeniu w przestrzeń, o którą ktoś się tak czule zatroszczył.

Jean Shinoda Boden "Boginiczne archetypy dojrzałej kobiecości"


No takkkk... Znam te momenty i nawet je podobnie nazywam. Czasem sprzątanie jest dla mnie "uświęcaniem przestrzeni domowej", a czasem spływa na mnie "łaska gotowania"...


Kiedy teh archetyp sprawia trudności:
Kiedy Hestia staje się dominującym archetypem w życiu kobiety, może ona czuć, że jest niewydarzona i nie przystaje do reszty, dopóki nie rozwinie innych aspektów siebie. Musi także zobaczyć i uhonorować kim w głębi duszy naprawdę jest, oraz znaleźć miejsce, gdzie będzie mogła być sobą, wyrazić własne wnętrze, dopóki ostatecznie nie powróci do siebie w starszym wieku.

Zdajemy się nie widzieć Sofii, mimo, że tam jest

Ciekawe, że chociaż nie występują słowa na określenie bogini, a monoteizm odrzuca możliwość jej istnienia, wydaje się, że bogini pojawia się w starotestamentowej Księdze Przysłów. Po hebrajsku nazywa się Chokmah, w grece występuje jako Sophia, a następnie w języku polskim zostaje określona abstrakcyjnym, neutralnym słowem "mądrość" (ang. wisdom).

Sofia jako "mądrość" w polskim tłumaczeniu Biblii Tysiąclecia wypowiada się w pierwszej osobie. To, jak sama siebie opisuje, i sposób, w jaki się wypowiada, wskazują wyraźnie, że mamy do czynienia z istotą płci żeńskiej. Ma atrybuty bogini mądrości. Mówi: "Jak Mądrość - Roztropność mi bliska, posiadam wiedzę głęboką. moja jest rada i stałość, moja - rozwaga, potęga", a potem przedstawia, skąd się wzięła, co cytuję poniżej w skróconej wersji:

Pan mnie stworzył, swe arcydzieło, jako początek swej mocy, od dawna, od wieków jestem stworzona, od początku zanim ziemia powstała. Przed oceanem istnieć zaczęłam, przed źródłami pełnymi pełnymi wody, zanim góry zostały założone, przed pagórkami zaczęłam istnieć; nim ziemię i pola uczynił... Gdy niebo umacniał, z Nim byłam, gdy kreślił sklepienie nad bezmiarem wód, gdy w górze utwierdzał obłoki, gdy morzu stawiał granice, by wody z brzegów nie wyszły, gdy kreślił fundamenty pod ziemię. Ja byłam przy nim mistrzynią, rozkoszą Jego dzień po dniu, cały czas igrając przed nim, znajdując radość przy synach ludzkich.

Michał Anioł namalował tę scenę na sklepieniu Kaplicy Sykstyńskiej. Sofia jest obok Boga, kiedy on wyciąga dłoń, by dotknąć swym palcem palca Adama, ale za każdym razem, kiedy przypominamy sobie to malowidło, przychodzą nam do głowy tylko dwie męskie postacie.



Sofia jest widoczna, lecz dostrzegamy jedynie Boga i Adama. Kiedy nie istnieje idea bogini ani słowo ją określające, zdajemy się nie widzieć Sofii, mimo, że tam jest.
 Jean Shinoda Bolen "Boginiczne archetypy dojrzałej kobiety"



Pierwszą książkę tej autorki, "Boginie w każdej kobiecie" dokupiłam dla kamuflarzu. Kontynuację - którą tutaj cytuję - autorka napisała kiedy sama już weszła w trzecią fazę życia. To faza staruchy.

Bo tak naprawdę już interesuje mnie ten okres w życiu kobiety, moim życiu. Mało o nim wiadomo, w naszej kulturze kobiety w tym wieku stają się niewidzialne. Ale to się zmienia. Jean Bolen, na podstawie wieloletniej pracy psychoterapeutycznej z kobietami, tropi ślady boginicznych jakości patronujących tej fazie kobiecości. Szuka w greckiej mitologii, posiłkując się innymi mitologiami tam, gdzie w przekazie dominującym a naszej części świata ślad zatarł się całkowicie.

Bolen podąża za Jungiem. Pojęcie "bogini" jest u niej równoznaczne z archetypem, czyli jakością, która jest potencjałem psychiki, należy do społecznej sfery symbolicznej i może się ujawnić,  rozwinąć i wyrazić w osobie. Albo pozostać tylko potencjałem, możliwością.


Powyższy fragment o archetypie Sofii mnie wzruszył. Pomyślałam: Ona celowo się ukryła, zatarła po sobie ślad, żeby nie przekształcić się w obrazek, pusty niczym fotka na instagramie. Woli pozostawać w tle jako żywy podszept, dotknięcie, przeczucie, ścieżka z okruchów chleba prowadząca do Tajemnicy. Mądra.



UWAGA drogi jawny i ukryty szowinisto/szowinistko, a także Ty, osobo nie widząca, jakie problemy ma kobiecy aspekt w tej kulturze: Bolen jest aktywną feministką, a przez te okulary pewnie rzeczy widać w sposób wyostrzony, może przerysowany, rzeczy, którym Ty zaprzeczasz. Z pewnością Cię to podrażni. W innych osobach - jak we mnie - może niepotrzebnie podsyci feministyczny wkurw. Grrrrrrr

Chłodny lipiec: porządki i powroty

Najpierw nie opowiem jak pachnie maciejka.

Nie opowiem, bo się nie da. Dla ewentualnych niewiedzących: jest to roślinka bardzo niepozorna, lepiodka taka, która ma ten zwyczaj, że obłędnie pachnie, ale dopiero wieczorami.

Na moim balkonie zajmuje nieledwie pół skrzynki, wespół z groszkiem - na którego kwiaty jeszcze cierpliwie czekamy - a zapach wałęsa się aż na dół, na ulicę. Cieszę się na myśl, że czasem doleci przechodniów albo sąsiadów, i się ucieszą. No, trochę jestem rozczarowana, liczyłam na upalne wieczory na balkonie w towarzystwie maciejki, a tu chłodny lipiec. I cóż.

Napisałam dzisiaj nowe, lepsze zakończenie wierszyka napisanego dawno, dano temu po angielsku pod wpływem czytania wierszy niezrównanej Emily Dickinson. Spędziłam nad nim czas, bo oddaje doświadczenia z tamtego czasu, coś mi się udało wyrazić. Lepszy niż bajka też mniej więcej z tamtego okresu, którą niemniej jednak doszlifowałam. Niech jest. Dla zabawy stworzyłam melodyjkę do wierszyka o mgle :DDDD I nagrałam, fałszując, na byle jakiej apce na chybcika ściągniętej, bo przecież nie mam pojęcia która nuta jest która. Czemu mój telefon nie ma dyktafonu? Też nie wiem.

A potem - od wpisu do wpisu - poczytałam sobie archiwalne zapisy tutaj na blogu.

Zdziwiłam się, bo nie zażenowało mnie. Przeciwnie, fajne :DDD

Całkiem zapomniałam co pisałam; najczęściej dopiero wtedy mi się podoba. Tak jak zdjęcia z młodości, gdzie patrzymy, a tam - ależ ona ładna. Czy spojrzę kiedyś tak z dystansu na swoje życie? Kiedy już wszystko zapomnę dokładnie, jak było, i zostaną tylko materialne pamiątki, i to co się nagle i niespodziewanie odpamięta, pod wpływem zapachu maciejki, czy innego proustowskiego cookiesa?

I jeszcze. Wpisy na blogu są o tyle nieproblematyczne, że plotę sobie coś tam coś tam, nie cierpię twórczo i nie cyzeluję, bo najbardziej chodzi o to, żeby szybko złapać i na komputerze przyklepać wrażenie.

Jak tę nieopisaną maciejkę, za ogon zapachu.

Podomka to stan umysłu



Dużo się zmieniło w moim życiu i jeszcze się zmienia, ale żeby podomka???