Hej ho!


I znów hop do biurka, podgonić Produkt Krajowy Brutto przed Sylwestrem...

Miiiiiiiłości!


A światu pokój. Zamieńmy walkę w taniec.

I wish You looooove!
And peace to the world. Let's dance and not fight.
 

"Don't you know that it's a fool who plays it cool, by making this world a little bit colder". 
"Nie wiesz, że głupi jest, kto się nie zapala? Czyniąc po troszku globalne ochłodzenie".

Jednoaktówka egzystencjalna

Osoby dramatu: 
Gospodyni
Gość
Pan P.

Gospodyni: Daj prezent. Musisz już iść.
Gość: A a.... (Zatchnęło ją).
Pan P.: (Na wpół świadomie stuka paznokciem o paznokieć).


Trzaskają drzwi.
Prezent zostaje sam w domu.
 









Lafle


Didaskalia
Dziecię nie dość, że jest dyplomowanym muzykiem i ma nieprzeciętny talent do słowa oraz piękny charakter pisma, jest też multiutalentowane, nawet jeśli kontrowersyjne. Tak więc jeszcze oto promocja pobocznego, acz świeżego i uroczego nurtu laflowej twórczości, czyli  fotografii.

:DDDDD :*


Co lepsze: dar wysępić, czy otrzymać niezapowiedziany? Powiedziałabym: najchętniej biorę i to, i to!

Ha! Ha! Ha! Przychodzę ja dziś do domu po długim dniu pracy i co się okazuje? Że ręką tajemniczego dawcy adresu dostałam się na słynną hadesową świąteczną plejlistę wysyłkową! Ha! Ha!



Wybaczcie fotografce, której ręka zadrżała.

Dziękuję, dziękuję, dziękuję :***

I nie wiem co mam teraz ze sobą zrobić...  No chyba zatańczę do tej muzy :D



***
PS: Pięknym zbiegiem okoliczności podobnie gorące pozdrowienia nadeszły dziś też z Galaktyki Wu :)


Siewca słowiańskich snów

Idą Święta, robota furczy. Jakoś tak mi zeszło do pierwszej w nocy i zrobiłam anetwora. Jak zwykle nie na temat.



A oto i on w całej swej okazałości i około 15. centymetrowej średnicy owalu. 

Jest to autorskie, słowiańskie, przeżyte i przemyślane podejście do folkloru Indian Ameryki Północnej, a mianowicie do łapacza snów. Praktyczne to urządzenie, gdy je powiesić nad łóżkiem, przesiewa wizje napływające do głowy śpiącego. Te, które prowadzą człowieka po krętych ścieżkach życia prosto,  szczęśliwie i do celu spływają w czaszkę, podczas gdy te, które prowadziłyby na manowce - czyli w maliny bólu, cierpienia i zagubienia - wylatują przez dziurkę na to pozostawioną pośrodku.

Wiedza ta została przekazana plemionom przez bóstwo pod postacią pająka, stąd sieć, gdyż jak przekazywał, to plótł dla lepszego zobrazowania zawiłych dróg (proszę! Nam nasze słowiańskie babcie też nie kazały deptać po pająkach [tu arachnofobie zamknij oczy])



Materiały
bambusowe kółko chyba po torebce
turkusowa serwetka ze szmat
ostatek nici z ośmiornicy
ceramiczny koralik... (siostra, pamiątka, czasy dziecięctwa, gdy chciałam być jak Ona)
zamiast piór: różności i resztówki pochowane po pudełkach, bo łady kolor, materiał, szkoda wyrzucić



Inspiracje. Z pokazanych: okładka płyty Patti Smith "Twelve" z tamburynem wytatuowanym dla niej w symbole astrologiczne przez Roberta Mapplethorpa, tradycyjny dreamcatcher wykonywany przez wiele plemion indiańskich Ameryki Północnej, koronkowy dreamcatcher Rachel Rice, starosadowe twory turkusowe, wstążki strojów krakowskich, kostium bohaterki filmiku "When I grow up" Fever Ray (jak błyskotliwie zauważyła moja imienniczka Aneta od mebli).

Z niepokazanych: cudne kurpiowskie mandale Sylwii (obiecuje, że się pokaże z nimi, zobaczymy... mam nadzieję), sztuka śmieciowa (ze śmieci, nie do śmieci).




I muza słowiańska, nasza.



Jednoaktówka egzystencjalna, czyli list otwarty do Lafle

Osoby dramatu: 
Gospodyni
Gość
Pan P.

Gospodyni: Daj prezent. Musisz już iść.
Gość: A a.... (Zatchnęło ją).
Pan P.: (Na wpół świadomie stuka paznokciem o paznokieć).


Trzaskają drzwi.
Prezent zostaje w domu.

Koniec.

***
 
PS: Lafle, już przepraszałam, i jeszcze będę za tę straszliwą niegościnną akcję... Aczkolwiek prezent wart był moralnego cierpienia złej gospodyni, ażeby go jak najprędzej dorwać w swe łapy (kto jeszcze się nie zorientował o mej drapieżnej zachłanności na wybrane przedmioty, ten dziś już nie ma wątpliwości).
 



Wyselekcjonowane detaliki pozwalają nabyć pewne pojęcie o finezji prezentu. Więcej Wam nie pokażę, bo to sprawa między Lafle, a mną. Zapach cynamonu trzeba sobie dośpiewać.

A oto i Darczyni we własnej kresce...


... a przy okazji gratka dla grona miłośników moich kapci!


Na koniec dowód rzeczowy że smakowite drobiażdżki zostały natychmiast włączone w mój system nerwowo-trawienny. I fotozabawa: "Znajdź wszystkie prezenty na stole".


PS 2: Czyli nota biograficzna o Lafle. Dziecię nie dość, że jest dyplomowanym muzykiem i ma nieprzeciętny dar do słowa poparty pięknym charakterem pisma, jest też i multiutalentowane, i stać ją na kontrowersję. Tak więc jeszcze oto promocja pobocznego, acz świeżego i uroczego nurtu laflotwórczości, czyli fotografii.




PS3: No dobra... Nie będę supersknerą, podzielę się jeszcze dwoma kawałkami z pysznej zimowej laflesłitplejlisty.

Wach out Cracov males! HERE WE COME!


Żartowałam ;)

Dlaczego muszę pić


Mędziłam, mędziłam i miałam rację! Hand made turkusowe kubeczki do ouzo idealnie leżą w dłoni i same lgną do ust. Natychmiast się zrobiło świątecznie, a ja naczynia przetestowałam i polecam: świetnie pasują do rodzimych trunków też.

Bardzo, bardzo dziękuję Złotej Doro. Opa!


Przy okazji przypominam: może nie tak piękne i doskonałe, ale podobnie funkcjonalne naczynia można wykonać samodzielnie podczas warsztatów organizowanych przez Stary Sad i Pracownię Mahi.


***
W następnym odcinku prezentowym: niespodziewany Lokator!!! Stay tuned ;)

December Drama

W życiu: dramatyczne napięcia. W pogodzie: zostałam złapana pomiędzy pomiędzy pragnieniem śniegu, a zbyt ostrym grudniowym słońcem.
In life: dramatic tensions. In the weather: I got caught between my longing for snow and too bright December sun.


Muzycznie: strasznie i śmiesznie, szaleństwo i dzieciństwo, czyli okrutna i słodka, dziecinnogłosa grupa Mum. "Jesteś dla nas taki piękny, że chcemy cię zamknąć w domu na klucz".

Musically: fright and fun, crazines and childish innocence. In other words, the cruel and sweet Mum of child voices. "You are so beautiful to us, we want to lock you in our house".  



Towarzysz


Z mojego doświadczenia wynika, że wiejskie psy - zanim dorosną i nauczą się być wściekłe i wredne - bywają najbardziej przylepnymi  i ufnymi szczeniakami.

From my experience, village dogs are oftentimes the most friendly and playful puppies - before they grow up and learn to be angry and mean.

Zobaczyć ślady. Zanim dojdzie do tragedii


W sąsiednim miasteczku mężczyzna zadźgał żonę. Wcześniej przez wiele lat ją bił i upokarzał, a kiedy w końcu znalazła w sobie odwagę i siłę, żeby uciec, on jednak ją znalazł i dopadł.

Teraz ludzie z miasteczka przypominają sobie różne fakty. Wcześniej nikomu nie przyszło do głowy, że coś może być aż tak bardzo nie w porządku, bo mężczyzna był bardzo religijny.

***
Ciężko mi o tym pisać, ale trzeba.
***

Fakty są takie, że polskie społeczeństwo jest barbarzyńskie. Jest przyzwolenie na dochodzenie swoich praw przemocą i w przeważającej większości mężczyźni używają przemocy wobec kobiet (choć nie jest to regułą). Ofiary przemocy w rodzinie, szczególnie w mniejszych miejscowościach, często nie mają się do kogo zwrócić. Policja w naszym kraju bywa drastycznie niedoinformowana o prawach ofiary w takich sytuacjach, co więcej, często staje po stronie sprawcy. Takie są fakty - wiadome mi od znajomych pracujących w ośrodkach interwencji kryzysowej i w policji.

Przy okazji: pozdrawiam jeden z takich ośrodków, w Sopocie, który wykonuje fantastyczną robotę: pracujący tam wyszkoleni specjaliści wkraczają, by fizycznie stanąć w roli obrońcy ofiary, mogą ofierze zapewnić schronienie, opiekę i na dłuższą metę terapię, a przede wszystkim pracują ze sprawcą przemocy (który - paradoksalnie - najbardziej potrzebuje pomocy). Pracują też z policjantami (którzy - paradoksalnie - pomocy potrzebują jeszcze bardziej).

Jedna jaskółka - ani kilka promieni słońca w grudniowy dzień - wiosny nie czyni. Czy jednak można coś zrobić? Można patrzeć i widzieć - ślady przemocy. Nie lekceważyć. Wyjść poza swój bezpieczny świat, jeśli można pomóc ofierze odkrywać własną siłę (to przecież osoby, które systematycznie pozbawiane są w nią wiary). Mieć odwagę publicznie bronić tego, co kruche i delikatne, i w nas, i w świecie.

A czasem nie można zrobić już nic.

***
Kochana, zadaję sobie pytania: czy mogłam się domyślić? Czy mogłam coś zrobić?
***


Ile we mnie z Babci?


Wspominałam kiedyś o moim melancholijnym dziedzictwie rodzinnym. Wczoraj osobisty fotograf eksperymentował z nową techniką portretową.

Mam wiele twarzy, to dla Szanownych Czytelników nie powinno być zaskoczeniem. Ale mnie zaskoczyło, że na jednym ze zdjęć zobaczyłam swoją Babcię. Nie jej rysy, ale jeden z jej dominujących nastrojów.

Fotografia nosi roboczy tytuł "Sirota" i fotograf uważa ją za nieudaną. Cytuję: "I tak nie zostanę zwolennikiem tego zdjęcia. Ono ma wyraz, ale ma wyraz rzeźniczy".


***
My personal photographer have been experimenting with a new portrait technique. Much to my surprise, in one of the faces that have been revealed I recognise my grandmother, who has been struggling with depressive neurosis all her life. I can see not the actual features, but one of her prevailing moods.

On the up side: I do have very well developed laugh lines!
***
 


Dla równowagi (jak zawsze, jak zawsze, muszą być dwie strony, z jedną się nie obejdzie ;) dowód, że mam też dobrze wyrobione śmiechulce. Na ten fot jest imprimatur fotografa.

Są!



Tym, którzy przeoczyli, niezwłocznie spieszę donieść, że Doro ze Starego Sadu oficjalnie zaprasza na warsztaty! (klik TU).
Ja tam byłam, i mówiąc w skrócie i hipertekstowo (w odróżnieniu od książkowej narracji liniowej), otworzyła się nowa zakładka mojego życia.

Now, it's official! Come, explore the sout-east of Poland and take part in fantastic creative workshops in Łańcut. I have been there to learn to gild with gold leaf. Other techniques to pick up are clay ceramics, sculpture, painting - also on textiles. Myself, I go there mostly for the meditative atmosphere and for the highest quality time ever spend with friends.

Some things on a windy night

Dziś w nocy szalał wiatr, a ja nie mogłam spać. I czułam - czułam to - jak dziecinny, nieokreślony lęk zamienia się w strach całkiem konkretny: czy mam schronienie wystarczająco mocne, żeby wytrzymało napór żywiołów? Czy wiatr nie zerwie dachu, a woda nie znajdzie sobie szczeliny i nie dotrze do wnętrza mojej kuchni, jak jej się już raz wczesnym latem udało?

Piękna, poważna, dorosła troska, która otwiera pole do działania, ale na którą jednak w noce mokre i wyjące jest już za późno. Chyba, że jak Słowa Malowane, ma się miejscówkę w brzuchu Ziemi. No, ale teoretycznie nawet tam coś się może zwalić i zatarasować wejście... Jednak krucho z nami w tej konfrontacji.


***
The wintery wind was howling last night, and while I coudn't sleep, I have felt how my childish nondesript fears are being replaced by a very precise grown up worry: is my roof strong enough? Is my shelter strong and resistant? 

We are fragile in confrontation with the Forces and it is much too late to worry about it a windy winter's night. Yet my world, altough materialy transient, hopefuly is strong on relationships. 


The recent gifts and acqusitions that I show below, are tokens of affection, not mere objects. So, Ladies and Gentelman, today the weather woman proudly presents: a vintage fawn from an old friend and two felt New Age gnomes from a new one, a string of raw amber from my Mother and a purse crocheted by my lovely niece (whom I have taught the skill!).     
***


Dla zachowania równowagi, oto kilka obrazków z mojego małego światka - słabego materialnie, ale - mam nadzieję - mocnego więzami z ludźmi.

Od Mikołaja: rozeźlona sarenka dla Królowej Kiczu.
Zwróćcie uwagę na seksowną linię zadu.
Od Bożenki (pozdrawiam kochana, jeśli tu zajrzysz):
krasnale New Age, karmiczni bracia, z trzecim okiem zamiast dwóch.
Bożenka, niewiedzący, ufilcowała ich specjalnie dla mnie :*


Wieczór bez komputera zaowocował tuningem kolejnych przedmiotów z mojego mikrokrólestwa.
Surowe bursztyny zyskały akcenty kolorystyczne podkreślające słoneczną żółtość, która miejscami prześwieca spośród surowej żywicy. Wykorzystałam tasiemki do wieszaków poodcinanych od ubrań (kolega fachowiec mówi: odcinać! One są tylko po to, żeby ciuchy prosto wisiały w sklepie).

Torebusia własnoręcznie uszydełkowana przez ukochaną siostrzenicę otrzymała sznyt Channel w postaci łańcuszka do paska zrobionego oryginalnie ze wstążki (ma Młoda oko do kolorów, przyznajcie to, Droga Publiczności!).

Od Mamy: litewskie bursztyny z turnusu w Truskawcu.
Od siostrzenicy: dla Królowej Torebusiowej.
Przy okazji: pamiętacie torebkowy skandal z udziałem Tinky Winky?
Afera była przestarzała, dziś chłopacy już normalnie mogą mieć
fajne torebki - przynajmniej w liceach w Warszawie.

Zeszyt jak Wszechświat

Michelle.

Wiem że dla niektórych, co tu zaglądają to nie tytuł piosenki, ale alias pomysłodawczyni i jednoosobowego zespołu wykonawczego projektu o kryptonimie Zeszyt.

Zaciekawiła mnie informacja o pierwszym Zeszycie, gdzieś spotkana szlajający się po necie, więc się ucieszyłam, gdy wkrótce Michelle zorganizowała drugi. Trochę tremy było. Czy dobre wybrałam 60 kartek. Że nierówno przycięłam. A tak w ogóle to ja nie wiem o co chodzi z tym całym scrapem!!!! (Michelle napisała tylko "przyślijcie kartki takie wiecie, jak lubimy")

Teraz już wiem jakie lubimy. I odczucia, jakie rzecz ta we mnie budzi są dla mnie tak ciekawe i zaskakujące, że potrzebowałam dobre dwa tygodnie, żeby temat ogarnąć w duszy, w myśli i w ilustracji (która dziś jest... powiedzmy dostateczna).

No bo po pierwsze, ktoś mnie kiedyś nazwał Dziaduwą, w porywie słabo skrywanej irytacji. Epitet przyjęłam należnie, jak komplement, bo fakt faktem miłość do rzeczy, czy też ich szczątków, trwa we mnie długo długo poza ich śmierć cywilną (co do ciuchów szczególnie). Scrap - tak, jak mi się poprzez Zeszyt objawił - takową miłość bezwstydnie eksponuje! Nie ma takiego kawałka zszarganej materii, żeby się nie dało uwypuklić jej piękności (byle była w miarę płaska). Choć nowe, cudne i brokatowe oczywiście jak najmilej widziane jest też. A przy tym wszystko musi być porządnie ujęte w ramy i okładki - co przemawia do mnie z drugiej strony.

Po drugie, co 60 myśli, to nie jedna. O nie! Otwierając Zeszyt wkracza się jak do jakiegoś Wszechświata: co kartka, to inna wrażliwość i inna opowieść. I ja te wszystkie kwiaty mogę teraz wpleść w swój warkocz. Nie wspominając, że Zeszyt to ekspresowy kurs technik scrapowych. Czemu w mojej podstawówce nie robiło się scrapbooków???





Po trzecie, z mojej strony wstydu nie było (powiedzmy... Ale mam pomysły co bym zrobiła, gdyby Michelle zorganizowała kolejną zbiórkę Zeszytową). Z mojej własnej niejednorodnej puli wspomnień, które już od dawna warto było przerobić na coś nowego, dostała mi się z powrotem micha wiśni. Ha ha. Był onegdaj taki były nie były, który był mi te wiśnie sprezentował nieopatrznie i niechybnie... Wiersz wycięłam i zostawiłam (choć nie był dojrzały), a wiśnie dopiero teraz smakują :)



A to moje pierwsze próby zabawy w/z Zeszytem.



Dźwiękową ilustracją dzisiejszych rozważań niech będzie scrap muzyczny: Gaba Kulka, z nieco może zbyt radosnym podejściem do twórczości mojego guru Zbigniewa Herberta i on sam wypowiadający własne słowa. Stoimy na granicy