Drzew i przerwa techniczna


Oto najbardziej tajemniczy drzew na Plantach.
A ja znikam, by się nurzać w złocie.

This is the most mysteriuos Tree in the Cracov old park ring.
And I'm taking a retreat to wallow in gold.

Między pięknem a złem. Co mówią Hiszpanki

Amparo Sard "Między pięknem a złem"

Delikatna robota igłą, trzeba się uważnie przyjrzeć, żeby zobaczyć detale.

Zdjęcie wzięte z netu lepiej pokazuje technikę.


Dla kontrastu autoportret Ester Ferrer,
która nie bawi się w subtelności.

Zobaczyłam tytuł "Rozbieranie Ewy" i mnie jakoś zniesło do piwniczki Instytutu Cervantesa, choć byłam o głodzie i z siatą.

Wystawa jest mała i bardziej dostarcza tropów niż rzuca na kolana albo inną część ciała. Zainteresowała mnie praca Amparo Sard - która subtelną technika opowiada o okrucieństwach kobiecości.
Jak w życiu - często problem jest ledwie widoczny i trzeba się uważnie przyjrzeć, żeby zobaczyć, że coś jest nie tak.

Rzygająca eurasami Ester Ferrer - jak utrzymuje opis - jest dosadna i sama się tłumaczy. Ja interpretuję ją jako życzenie obfitości mamony dla wszystkich moich Czytelniczek.

Gdzie słońce?! Letnie sukienki chcą się pokazać!


Nie dajcie się zwieść dziewczęcej zwiewności! Ta, co się w nią odziewa nosi broń -
w postaci ostrego jęzora - i marzy o tajskim boksie.


PS: Lafle mi uświadomiła, dlaczego leleniowi - cytując Lafle - "uosobieniu męstwa" musi towarzyszyć słodki psiaczek - symbol niewinności i ciekawości w takim razie to byłby? Na odpowiedzialność Ketiova psiurkowi przypisana została płeć żeńska.

Prawdziwe barwy życia

"Uzależnienie"
Catalina Estrada





Powyżej rozbuchane formy i kolory Cataliny Estrady, która wychowała się w Kolumbii, a mieszka i tworzy w Barcelonie. Poniżej - surowe i graficzne historie w obrazku Claire Rojas, mieszkającej w okolicach San Francisco i czerpiącej z barw folkloru amerykańskiego.

I tu, i tu, historie wzięte z życia, które nie zawsze jest wesolutkie. 


Twórczość obydwu Pań to dla mnie - nie uczonej, jak zawsze lubię podkreślać, amatorki barwy, kształtu i kompozycji - przykład żywego czerpania z tradycji folkowych.
Te kobiety nie zatrzymują się na zasuszonych motywach i naiwnych kolorkach z cepelii. Rozumieją, na czym polega siła działania dawnych ludowych form ekspresji.

 
Claire Rojas

PS: Gdyby ktoś kiedyś nie miał pomysłu na kosztowny prezent dla mnie... Tu znajdzie podpowiedź.

Kicz versus folk, kiedy praktyczne wygrywa z romantycznym


Kilkoro z moich szanownych czytelników przy okazji jednego z poprzednich wpisów przyznało się do pewnych radosnych upodobań. Na wypadek, gdyby kogoś zainteresowała zarysowana przy tamtej okazji historia, spieszę donieść, że w ostatniej małej rozgrywce prezentowej mała, seksowna impresja w fuksji i czerni została sromotnie pokonana przez praktyczny zegar kuchenny w radosnym stylu folk... OK. NO DOBRA. Jest świetny. Chciałam mieć zegar. Nie wiedziałam, że chcę taki.

Cóż, zemsty bywają słodkie... Skoro idziemy w styl i w praktyczność, to poczekaj, moja kochana! Zegar pozuje z tanią turystyczną babuszką przywiezioną przez Tomasza z Petersburga. Babuszka nasunęła mi pewną bardzo głęboką myśl, która jednak zostanie szanownym czytelnikom dziś oszczędzona, ponieważ chcę jeszcze wyjaśnić co obok wymienionych gadżetów robią wesołe pętelki.

Cieszę się jak dziecko! Dostałam bajkę!

Wiecie Państwo, coś niesłychanego, cieszę się jak dziecko w poranek mikołajowy, aż tchu i wątku nie mogę złapać!!!

Dostałam dziś od Arthiego bajkę napisaną specjalnie na moje życzenie! Jest to w zasadzie przepiękny szkic baśni wykonany z subtelnością malunku akwarelą.

Kto pragnie słońca, dziś może się ponapawać. Panie i Panowie, oto "Bajka o rycerzu w krysztale".

Dla mnie, dla mnie, dla mnie takie cudo :D Ha. Dziękuję Arthi jeszcze raz, a że to publicznie, może być też całus :*

Darowane życie nie chce się przyjąć



Czy to stres post traumatyczny? No bo zrobiło mi się jej żal dopiero, kiedy zostały już tylko trzy gałązki. Troskliwie ustawiona w pobliżu okna kupna bazylia nie chce jednak podjąć darowanego życia i marnieje - poprzez żółknięcie liści od dołu (więc wzięłam ją od góry, by nie razić wrażliwych oczu obrazem uwiądu).

Czy ktoś ma doświadczenie z wyprowadzaniem takich marketowych cherlaczków na bujne krzaki? Będę wdzięczna za wskazówki.

Przy okazji przemycony "świat" mini disco (w sensie wsiowych światów, czyli kulistych ozdobo-magicznych akcesoriów pomagających gospodyni przy piecu umiejscowić się w porządku wszechświata. Gospodyni oczywiście nie ujęłaby tego w te słowa i w najlepszym razie zrobiłaby kółko na czole znaczące coś zgoła innego. Ale my wiemy). Disco kulka pięknie łapie i rozrzuca światło. Na razie tylko moje oko w niej, a o tradycji Stonehenge ożywającej w moim mieszkanku będzie innym razem.

Dziękuję!


Doro, jak to ona potrafi, zbiła mnie z tropu przyznając mi przeurocze wyróżnienie.
A ja przecież jestem młodziak blogowy, dopiero się rozglądam co i jak, i dochodzę w sobie po co tu w ogóle jestem, co mogę Wam uprzejmie mnie oglądającym i czytającym dać i co chcę od Was dostać.

Tak że się wzruszyłam, zawstydziłam i musiałam przemyśleć co dalej z tym cennym fantem zrobić. No i mniej więcej wiem.

1. Ogromnie dziękuję Doro, tej niezwykłej złotej kobiecie, która ma moc rozbudzania talentów.
2. Naginam nieco zasady konkursu, czyli...
3. Nic nie powiem o sobie - po co mam Wam, Szanowni Moi Czytelnicy, psuć zabawę?
4. 16 wyróżnień, które mogę przekazać dalej zachowam na przyszłość, gdyż...
5. Wszystkie osoby, do których prowadzą linki z tego bloga są mi w jakiś sposób cenne, ważne, drogie, utalentowane, inspirujące - więc kogo miałabym pominąć?
6. Przyznaną mi moc wyróżniania wykorzystam w inny sposób - by zachęcić, ośmielić i podnieść na duchu młode, wschodzące talenty blogowe - jeślibym na takie natrafiła.


Gdyż głównym powodem, dla którego tu jestem

jest pragnienie znalezienia przyjaznego środowiska dla mojej potrzeby twórczego życia - jakkolwiek ona chciałaby się przejawić. Chodzi o czerpanie i dawanie inspiracji, i ten rodzaj rywalizacji, w której przegrany, olśniony, odchodzi do domu z prezentem (jak w zabawie z moją przyjaciółką opisanej tutaj. Nawiasem mówiąc, przegrałam z kretesem, co jutro pokażę. Zresztą zazwyczaj  przegrywam, ale dzięki temu szybciej się uczę).


Przesyłam serdeczności dla Was Wszystkich. Dziękuję, że tu jesteście, zaglądacie do mnie, i zachwycacie mnie swoimi tworami i swoimi różnymi podejściami do świata.

Królowa kiczu ma intymne hobby

Nie ma co ukrywać: kocham* kicz. Kocham magentę (vel fuksję), róże, wielkie oczy i błyszczące dzieła wyobraźni anonimowych chińskich dizajnerów - najbardziej, gdy kosztują 2,5 pln.

Poważnej dorosłej osobie kochać takie rzeczy nie bardzo wypada. Dlatego uczucie musiało przybrać formę zawoalowaną i wysublimowaną. Ale, ku uszczęśliwieniu obu zainteresowanych stron, dzielę tę formę z miłośniczką, której jeszcze bardziej nie wypada mieć gustu dziewczynki i wiejskiej baby.

Futureshock, czyli co artysta miał na myśli


Przypomniało mi się w kontekście tego, co się dzieje, i jakoś odnośnie poprzedniego wpisu, choć bez oczywistego związku z nim.

Film by Pleix, rap by Slug (nomen omen "ślimak nagi") of Atmosphere.




Z wolnym tłumaczeniem "Paranoi Dumnego" można się zapoznać po rozwinięciu.

OSTRZEŻENIE: Uwaga, tekst długi i mocno abstrakcyjny. Jeśli ktoś jest zainteresowany, ale nie bardzo, może spojrzeć na notkę na samym końcu i w skrócie złapać o co chodzi.

KONKLUZJA PO PRZEMYŚLENIU: W takim potrzaskanym tekście - jak w lecących kawałkach rozbitego lustra - wiele osób na moment złapie fragment swojej własnej twarzy i się ucieszy, że wreszcie im przebłysło zrozumienie.

Nie ma co dociekać fraza po frazie co autor miał na myśli, bo on sam przyznaje, że nie wie. Na odbiorców działa natomiast pasja, emocja i naga frustracja, która daje siłę wypowiadanym słowom - bo istotą imprez "deaf jam poetry" jest słowo żywe, nie przyszpilone do papieru.

Co z czego, czyli blog jako forma przekazu treści

Będąc młodą "blogerką" z pięciotygodniowym stażem, mam refleksje. Na temat tego, jak to działa. Otóż pojęłam co miał na myśli dziadek McLuhan, gdy ogłaszał światu "medium is the message". "Środek przekazu jest przekazem".

Korzystając z Bloggera dosadnie poczułam, że tak jest. Jak każdy środek przekazu, ta wciągająca zabawka rządzi się własnymi prawami, wymuszając powstawanie dostosowanych do siebie treści.

Poza tym, jakąkolwiek formę odzwierciedlania świata podejmie człowiek, tworzy nowe uniwersum, czerpiąc tworzywo czy to ze świata naturalnego, czy z form już przetworzonych. Średniowieczna rzeźba nie jest ani kawałkiem drewna, ani figurą boską, którą wyobraża. Słowa i pojęcia nie modelują świata, lecz tworzą nawyki percepcyjne, lub otwierają drzwi wyobraźni.

A Blogger? Jest światem samym w sobie, który żywi się elementami innych światów medialnych i cząstkami rzeczywistości - na tyle na ile może ona być odzwierciedlona słowami, obrazami, dźwiękami. A my jesteśmy w tym świecie postaciami, które kreują siebie i inspirują kreacje innych. Naprawdę ciekawie - w sensie surrealnym - robi się, gdy świat rzeczywisty i blogowy się przenikają.

Dlatego nie oglądam seriali, wolę czytać blogi. I spotykać bloggerów.



Gdy mam fuja na chłamowatość świata, złocę - byle czym, byle gdzie, byle co. Na zdjęciu granitowe kamyki znad Hańczy pomalowane złotą ekoliną. W razie chęci powrotu do natury, ekolinę można łatwo zmyć wodą.

When I'm fed up with the mundane, I gild - anything, anywhere, with anything. Pictured are granite pebbles painted with gold ecolina. Should one want to return to nature, ecolina is easily washable.

Popołudnie pod Wawelem



Oto niezobowiązująca opowieść o asfalcie, trawie i wodzie.
Here is an unassuming little story of asphalt, grass and water.

A na deser ciacho dla wytrwałych.
And a cookie for the dessert.



Skarby korony hiszpańskiej

Na straganie w dzień targowy takie słyszy się rozmowy:

"Eee... Taki obraz to ja bym sama namalowała..."

"Eee... Podobny stoliczek stoi u Ewusi..."

"Eee... Klęcznik to jest rzecz niepraktyczna dzisiaj..."

I ktoś mi powie, że Polacy nie są narzekacze i zazdrośnicy! Zapytuję. Czy do Skarbów Korony Hiszpańskiej, i do kosztowności innych koron, da się podejść z ciekawością - co mają inni - zachowując szacunek do tego, co mamy my?

A co mają? Wśród ogromnego grona szacownych zainteresowanych trudno było zobaczyć dokładnie. Bardzo spodobało mi się jedno krzesełko. Jam nie uczona, ale wydaje mi się, że to są rzeczy rangi zbioru w Pieskowej Skale. Nie dość godne, by zajmować przestrzeń na Wawelu, niemniej tworzące przecudną, kompaktową i kameralną kolekcję. Która moim zdaniem pozwala sobie wyrobić może nawet dokładniejsze wyobrażenie o ludziach z epoki niż chrabąszcze najwybitniejsze.

Dziękuję Marcie za patronat i Markowi Kondratowi za umilenie popołudnia doskonałym winem (niestety w natłoku wrażeń uciekła mi nazwa. Myślę, że z czystym sumieniem można założyć, że wszystkie są dobre).



Młoda Wazówna pozuje z moimi wsiowymi skarbami za grosz (narzuta z Indii i torebusia prawdopodobnie z Chin).

Trzmiele w Ogrodzie Profesorskim są szybsze niż komórka



Lato w mieście: Ogród Profesorski jest otwarty i dla trzmieli, i dla ludzi.

Summer in the city: The Profesor's Garden is open both to bumblebees, ant to human visitors.

Co widać przez okno

***

Powinna tam być chmura kwiatów. Dlaczego kuzyn G. obciął śliwie gałęzie tuż, zanim zakwitła? Tego do końca nie wyjaśniono. Piękna żona zrobiła kuzynowi  awanturę, krzyczała, że to jakby zabił ciężarną. Przecież wiadomo, że owocowe tnie się zimą.
G. wściekł się po cichu. Drzewo sadziła jeszcze jego babka. I choć śliwa zrzucała owoce na rynek, przynależała do domu, tworząc cienistą przestrzeń pół domową między drzwiami a bramą kościoła. G. kochał ją jako prawdziwą piękność miasteczka, a biała korona co roku umacniała go w wierze w wyjątkowość  własną i tych paru  ulic na górce.
Co do urody śliwki, całkiem przyznawałam G. rację. Naszej pierwszej wiosny ona nocami łaskawie filtrowała pijane przekleństwa wlatujące przez otwarte okna, a ja na cześć jej delikatności kupiłam w mieście koszulkę z koronką w kolorze śliwowej korony.  
Komu to mogło przeszkadzać? Kuzyn sam przecież jest estetą. Ma piękną żonę i auto. Oficjalne wyjaśnienie brzmiało, że ma dość sprzątania rozdeptanych śliwek jesienią. Myślałam, że ojciec G. robił z nich powidła? Kiedy przyjechałam z miasta, czyn był już w całości dokonany. G. stał w oknie z papierosem i nucił - W moim mieście wyrąbali sad. Nie ważne kto wyrąbał. Ważny jest fakt. Sad - No bo co można powiedzieć. Że nawet tam, gdzie życie przytłacza, wciąż mogłyby kwitnąć śliwy?
Ale kto, kto mógł się zdobyć na takie barbarzyństwo? Przez zgrozę i bezradność spojrzałam w siebie, no  i zobaczyłam – ślad niechcianej fascynacji. Oto oni, oto zuchwalcy. Ci, co potrafią niszczyć to, co mają piękne i delikatne. Ale w imię czego?
***
G. mówi, że szwagier wyszedł rano, na kacu. Że rżnął piłą ręczną. Kupę opierzonych zielenią gałęzi złożył na podwórku i pociął do spalenia w piecu. Nie dociekliśmy kto musiałby zginąć, gdyby ofiarą nie padła korona śliwy.
Może ostatecznie chodziło tylko o ten porządek na chodniku.
***


A beautiful way to die


W świecie: władza, wpływy, wyznawcy; na mnie patrz! Obcy, obcowanie, wyobcowanie; triki, sztuczki, szum.

W domu: znalazłam cmentarzysko w lampce.

I found my night lamp was a boneyard.

Do wszystkich diamentowych świrów: nadaję z wieżowca B



W wolnym tłumaczeniu.

***
Pamiętasz, jako dziecko? Miałeś w sobie światło słońca.
Olśniewaj jeszcze, ty świrze diamentowy.
Teraz masz coś w oczach, jak czarne dziury w niebie.
Olśniewaj jeszcze, ty świrze diamentowy.
Złapało cię w krzyżowy ogień dzieciństwa i sławy,
zwiał cię stalowy wiatr.
No chodź, ty celu odległych rechotów,
chodź ty dziwaku, legendo umęczony, i lśnij!
Za szybko sięgnąłeś tajemnicy, tęskniłeś do księżyca.
Olśniewaj jeszcze, ty świrze diamentowy.
Zaczerniony nocnym cieniem, prześwietlony światłem dnia.
Olśniewaj jeszcze, ty świrze diamentowy.
Cóż, zdarłeś nasze ciepłe słowa do cna, dokładnie od niechcenia,
Wskoczyłeś wiatrowi na grzbiet.
Chodź ślinotoku, chodź jasnowidzący,
Chodź ty malarzu, flecisto, ty więźniu, i lśnij!

*** 


Jeśli ktoś nie zna historii Syda Barretta, a pragnie się zapoznać, można kliknąć TU.

Przypominam, że jednego diamentowego świra będzie można obejrzeć dziś na żywo - wraz z dziełem.

Kocham to miasto

Wejść pod prąd w grupę młodych chasydów.
Jak wstąpić w czysty strumień.

Jestem zepsuta, czy przeciwnie?

Dojrzewam?

Może wkradnę się w czyjś sen.
Tajna emisariuszka, alias Ż.

Wariatka idzie na zakupy


Wariatka idzie na zakupy po śniadaniu.

Crazy lady goes shopping, after she's had her breakfast.

Poproszę o zmianę nastroju!



I gdzie to lato?


PS: Kompot rabarbarowy z malinami i cynamonem się wypił.




Co mnie wzrusza do łez

Harmonie barwne, bogactwo kolorów i prosta witalność w strojach ludowych i etnicznych, oto co mnie doprowadza do łez szczęścia i orgazmu zachwytu. W sobotę przyczyną błogości stał się występ "Lachów" sądeckich.

Ktokolwiek tu zajrzał, ma szczęście, że będąc na odwyku od multimediów, nie wzięłam aparatu i muszę sięgnąć do zasobów internetu, by pokazać strój lachowski. Poniżej jedyne dobre zdjęcie jakie znalazłam (przy okazji nie mogłam sobie odmówić jamajskiego górala Jevone).

Nawiasem mówiąc, urok i oddziaływanie stroju ludowego bardzo ciężko przekazać na zdjęciach i moim zdaniem trzeba te wrażenia puszczać w dalszy obieg w inny sposób. Dlatego w najbliższym czasie pokażę przykłady folk inspiracji, które ściągają kierpce z nóg.

Stroje: góralski i Lachów sądeckich prezentują:
Jevone z Jamajki i Maya z Algierii.
"Granice" Foto: Piotr Sikora i Piotr Pondarczyk

Maya na zdjęciu jest dużo za szczupła, bo strój lachowski dobrze wygląda na bujnej babie. I spódnica powinna być na kilku halkach, sztywna i rozłożysta jak tulipan, żeby łydki się kusząco prezentowały w czasie wirowania w tańcu.

Skoro już jestem przy temacie - poniżej więcej góralszczyzny, w postaci strojów obowiązujących na bierzmowaniu w Szczawnicy.






Ręce, które plewią (horror pictures)


a. Przyjechała Pańcia z miasta.

b. Urobek pomiędzy deszczem a występem siostry w chórze gospelowym: oplewiona rabata szt. 1, wiadra biomasy szt. 2, katastrofa świata szt. 1 (rozwalone mrowisko ziemne w deszczu).

c. Świetny lakier, porysował się tylko trochę.

d. Mam talent! Mogę grać trupy znalezione w rabacie.

e. Siostra: "Czemu nie włożyłaś rękawiczek???". Bo lubię mieć ręce ubabrane i podrapane. I lubię wydłubywać koniuszki kolców spod skóry.

Ognistych meteorów deszcz, czyli kogo pominęłam? (cz.4)

Pomimo szalonych, dialektycznych i hasających usiłowań Freaka i Wiedźmy pozostaję w nastrojach galaktycznych (jeśli ktokolwiek to czyta, jednak polecam obejrzenie filmiku ;).

Będąc w takim, a nie innym stanie ducha, umysłu i ciała, chciałam teraz wyróżnić dwie z blogowych osobowości, które stały się dla mnie ważne. Bożenka i Ketiova wraz z jego kółkiem zainteresowań towarzysko-literackich  (tak, tak, podobno trzymają tam powieść o sobie napisaną przez seksowny multitalent, Brook, której jednak na razie nie chcą ujawniać szerszej publiczności (czyżby lęk przed literówkami?).

Bożenka, nie dość, że jest mistrzynią koronczarką, to pochodzi z moich rodzinnych okolic. Tylko Ona jedna zrozumie, co dla mnie mogą znaczyć nazwy: Biała, Jankowa, Kąclowa, Brzana, Wilczyska, Bukowiec, Bruśnik, bobowskie koronki...

Bożenko, serdeczności! Mam nadzieję, że obiecana kawa jest aktualna?

When galaxies collide

Zderzenie galaktyk. Foto NASA

Dzięki Doro! (ironia słabo skrywająca zadumę) Wprowadziłaś mnie w nastrój norwidyczno-kosmiczny... (kropka jako symbol kropli deszczu)


Niedzielowe Wzgórza, czyli Arthi (cz.3)

Arthi. Im bardziej go nie ma, tym bardziej jest. Jak ujęła to Doro, kwiat lotosu czerpiący swą czystość z mulistego dna jeziora. Na cześć tej chcącej pozostać w cieniu postaci, pełnej cnót, zasad, tęsknot, tajemnic i prawdziwie fałszywych tropów. Panie i Panowie, poznajcie mikrohistorię.

Zdarzyło się, nie zdarzyło?

A jakie to ma znaczenie?

***
W niedzielę pokazał jej w japońskie porno bajki w internecie. Potem kochali się ustami.

Było wcześnie jak skończyli, więc wyszła trochę zobaczyć okolicę. Myślała, że muszą tu być też tacy jak ona, i że pozna ich po oczach. Ulica w dół była pusta. Sklepy, domy, dziury w chodnikach przesuwały się niezauważalnie przed oczami, za uszami, jak dekoracja w tanim filmie: „miasteczko, gdzieś w Polsce”.

Szybko minęła ostatnie metry asfaltu i weszła między pola. Wzgórza falami otaczały miasteczko. Ziemia pootwierała skiby na grzbietach. Wiąż było za ciepło na zimowy płaszcz.

Zamknęła powietrze w ustach. Wreszcie coś innego niż piwo, fajki i zabijająca oddech mieszanka mgły, węgla i co tam się dało wepchnąć do pieca. Miękki szum znad bruzdy poderwał jej głowę, aż zaczęła sobie czarne ptaki przepowiadać na głos. Zaczepiały ją jeżyny na miedzy, żywy jarmuż w polu, niebieskie badyle na nasypie, ciepły towot na moście, nad parowem dzika róża. Spotkała paru starych chłopów i psy.

Siadła odpocząć w trawie za torami. Przed oczami miała kościół, trochę na lewo w panoramie. Znowu próbowała miasteczko zobaczyć i znów uciekało. Jak nijaka twarz, ukrywało swój wiek, pochodzenie, przeznaczenie. Słyszała, że mają tam gdzieś pochowane grzechy ciężkie. Stąd nie było widać.

Przez wszystkie pokolenia nie zostawili nic, co chciałoby się oglądać.

Co miała zrobić z tym miasteczkiem? Co z tłustym osadem przyniesionym wczoraj z wycieczki na Jego stronę? Wyprać, oddać, wyrzucić do ziemi? Rozejrzała się szybko – żaden stary chłop nie powinien jej zobaczyć tu, w zagłębieniu. Rozpięła guzik i wsunęła rękę.


***