Cynamonowa końcówka

Siostra się dała wyciągnąć w buro i szaro.
I oto jaki dostałyśmy bonus: cynamonowy.



Na moment przestały być ważne nepotyzm i biurokracja. I to, że siostra chciałaby bardziej od serca i ponad standard, a wtedy trzeba pod prąd systemu. Ale przecież: jesteśmy.


Serce północne

Historia jest jak koronka: wędruje zawile, spiralami, lecz tworzy wyraźny wzór. Mówimy o subiektywnych odczuciach, które da się przybliżyć rozumowi za pomocą symboli i metafor. Czyli obciach. Ale cóż?

Kto jest jogin, ten doświadczył, kto nie jest, może wierzyć lub nie. Na podstawie kilku niezależnych przesłanek postanowiłam, że potrzebuję otworzyć okolice klatki piersiowej. Mówiąc metaforycznie: serce.

Był tam kamień, spory otoczak. To znaczy, tak mogę o tym odczuciu opowiedzieć. Otoczak, naturalnie, leżał, a leżąc dusił, gdyż oddychanie z ciężarem na piersi wymaga wysiłku. Prowokował kaszel. Lubię otoczaki, tak więc bez urazy stanęłam po stronie kaszlu. Co on mi chce powiedzieć? Do jakich czynów nakłania? Kaszlałam, śmiałam się i piłam jeżynówkę, lepiąc tony uszek ze szwagrem. Wygłupy, docinki; ciepło.

Następnego dnia okazało się, że otoczak zniknął. Mam nadzieję, że się tylko przemieścił.

Teraz mam serce północne: zimne i puste. W tej przestrzeni oddech wieje jak grudniowy wiatr. Czasem pada iskra i dziko płoną jodłowe lasy. Nie wiem.

Podejrzewam, że to dopiero początek. A my zaczynamy Boże Narodzenie.

A tymczasem, na drugiej półkuli...

Zimno. Ciemno. Wilgotno. Od zapaści w hibernację powstrzymuje nas tylko obowiązek świąteczny.
A tymczasem na siostrzanej półkuli zaczyna się lato. Oto boska równowaga.
Czy ktoś tam wczoraj zamarzył o ciszy i śniegu? Bo do mnie zapukały pragnienia tropikalne, kuszące i obce, więc nie sprecyzowane.

No i myślę o Sylwestrze. Po latach trwania w kapciach pod pierzyną, wreszcie wiem skąd i po co jest to bachiczne święto!



Panie i Panowie, Funkenpumpen Studios present! "Papa was a Rolling Stone". Stylizacja: ciuchy niby wyciągnięte z naftalinowych szaf mamy. Tamta dziewczyna potrafiła się ubrać, widać na zdjęciach jak ładnie pozuje.

Natomiast... Gdyby do kamienia przyrównać ojca, byłby raczej głazem narzutowym, w lawinach nie brał udziału. Aż tu nagle.Trochę chcąc, trochę nie chcąc, dane mu było zakosztować życia wagabundy. Otóż parę lat temu, w ramach umowy z siłą wyższą, musiał się wybrać na pieszą pielgrzymkę do stolicy diecezji. Szedł dwa dni drogą krajową z kijami do nordic walkingu. I mówi, że przez półtora dnia był człowiekiem najszczęśliwszym, a potem już ledwo szedł. Dojść jednak doszedł. I tym samym ustanowił dziedzictwo: legendę, którą się będzie przez pokolenia opowiadać przy stołach rodzinnych, która będzie szlifowana jak otoczak i ubarwiana szczegółami. I będzie zapalać ten błysk w oku.

Dziś ojciec już by nie poszedł, nie to biodro. Morał? Pozostawiam do Państwa dyspozycji. Rrrradosnych Świąt!

In the time of darkness


W sezonie największej ciemności mamy tak dużo pięknego światła, że tego nawet nie zauważamy.

Myśl pierwsza: Jak ja kocham te wszystkie poboczne światła i światełka, których zadaniem nie jest oświetlanie ani oświecanie, ale tworzenie półtonów, niejasności, wieloznaczności i sugerowanie tajemnicy. Kiedyś w tej walce niechlubnie się poddałam. I dlaczego uznałam, że jego rzęsista jarzeniówka jest ważniejsza od mojego niepewnego świecznika?

Myśl druga: Te wszystkie światła odciągają uwagę od danej nam o tej porze roku ciemności. Może też od ciemności wewnętrznej? W którą - dla pełni doświadczenia - warto byłoby raz do roku się zanurzyć?


***

PS: Na ciemniejszą nutę - ciągle jestem w chaosie remontowym i nie mogę się ogarnąć. I skąd ta wewnętrzna gruda?

Zaczyna się


Co zrobić, żeby rano wstać z łóżka? Kiedy pora i okoliczności ciągną w stronę katatonii?

Sposób pierwszy: zimna, naga przemoc. Wstać i do roboty. Nie pytać, nie kwestionować, nie wątpić, że wyjść i wykonać plan należy bez dyskusji.

Sposób drugi: zimny piec i/lub głodne dziecko.

Sposób trzeci
odkryłam dziś rano. Żeby mi się naprawdę, naprawdę chciało wstać, bez przymusu wewnętrznego, czy zewnętrznego, musi się w głębi mego sennego bytu  niebytu pojawić impuls. Żeby coś do mnie przyszło zaskakującego. Pomysł.

Dzisiejsza poranna myśl należała do takich nieoczekiwanych - choć patrząc wstecz dostrzegam  precyzyjną logikę; widzę jak się na zawias łączą i wprawiają w ruch większe elementy sytuacji.

W każdym razie, gdy pomysł przyszedł, zaskoczył mnie, będąc pozornie błahym, lecz atrakcyjnym i prostym. Leżą zapomniane pomarańcze. Dobry miesiąc temu pozowały do zdjęć, może nigdy nie były tak naprawdę jadalne. No to przerobię je na świątecznie i na pachnąco. Wstałam i zrobiłam, i się okazało, że sytuacja wymagała tego właśnie niewielkiego przecież czynu, żeby bez wysiłku popłynąć bardzo błogim nurtem. Śnieg stał się uzasadniony, jeśli nie mile widziany, śmieci się wyniosły, a pranie zrobiło, jedna praca ruszyła, a druga zwinęła się w kłębek w laptopie spokojnie czekając na swój czas, i oczywistym się stało co dziś mamy zrobić na obiad.

W Trójce śpiewa wspaniała nowa Celińska wyraźniej niż Muniek Staszczyk: "Jestem głodna, tak bardzo głodna. Kochanie, nakarmisz mnie snami?"



A Szanowni Państwo? Jak Państwo lubią wstawać?

Sezon na światło



Gotowe, mniej więcej. Święty Jerzy konserwator pokonał smoka polichromię w kościele pod wezwaniem św. Jakuba pielgrzyma, który się od Średniowiecza zasiedział we wsi na uboczu czasu. Tak więc to prawdopodobnie i dokumentalisty ostatnia wizyta w Małujowicach, a z nim i moja. Posadzka ułożona na świeżym betonie, żyrandole zapalone, najwierniejsi z wiernych, na nabożeństwie o szesnastej w dzień powszedni podziękują Bogu, że malarze długoletni remont szczęśliwie zakończyli.


A ja już dość dawno nie miałam ochoty brać do ręki aparatu. Aż tu nagle, od niechcenia zachwyciło mnie światło w powyższym obrazie. Jak prezbiterium jest oddzielnym pojemnikiem na światło, trzyma na biało. Jak podręcznikowo zagląda granatowe światło wczesnego zmierzchu do wnętrza oświetlonego elektryką. Jak elektryka ładnie błyszczy, odbija się i złoci czyste ściany nawy. Jak foto parasolka - kosmitka na gotyckim chórze - łapie z jednej strony granat jesieni, z drugiej złoto żyrandola. Jak ciepłe jest drewno w tym oświetleniu i jak zwyczajne przedmioty na ławce błyszczą znacząco.

Butelka jest butelką jest butelką jest butelką. Albo znakiem tajemnicy światła. Czy mam podziękować za fotografię? Która czasem pozwala mi coś zobaczyć. I ująć coś w ramy.

Słońce listopad: mikrospektakle codzienne


Dziś łapiemy promienie: aby nie zmarznąć. Aby się nie przegrzać.
Czy zauważyliście, że mija właśnie rok spektakularnej tęczy? Widywałam podwójne, aż chciałoby się rzec z emfazą: potrójne, pełne półkoliste bramy nad szosą, nad lasem, zapraszały w drogę, tę co ma cel nie do osiągnięcia.

Ale żeby tak, na zamknięcie listopada, w środku dnia, jeszcze, przyświecić nad Zabłociem?


Drąc lakier: alchemia domowa

 
W przerwie, pomiędzy zdzieraniem lakieru z kawałka podłogi pod dawną szafą, a zdzieraniem lakieru, bawię się w układanki. A może? Zamiast chować prozaiczne przedmioty, można je wyeksponować. Wieszak zrobiony przez mojego dziadka, ołówkiem kopiowym i babci pismem opisany: "skafander Antka". Niżej niezgrabny łapacz snów, pierwszy, jaki zrobiłam, pod kierunkiem prawdziwej squaw (dawne czasy, ho ho ho!). Jeszcze tylko kawałek wapienia z naturalną, słonecznie żółtą dziurą, z niegdysiejszych wakacji w Bułgarii, i proste czynności domowe zaczynają nabierać głębszego znaczenia. No bo niby dlaczego symbolem wiedźmy jest miotła?

A w ogóle, to strasznie mnie dziś nosi... Posprzątałaby coś naprawdę porządnie. Albo poleciała gdzieś!

Rozpuszczalnik tożsamości

Szczerze? Wolała być starą szmatą. Słońce, deszcz, błoto, mróz, słońce, gwiazdy, a ona pod płotem, otwarta, oddana, odrębna, a jednak zjednoczona z żywiołami, aż do całkowitego zaniku szmacianej tożsamości i odrodzenia przez rozpuszczenie w błocie. Albo przez spalenie w ogniu? Kiedyś. Może. Nie wiadomo. Teraz słońce, wiatr, relaks i światłość wiekuista.

W brzuchu oceanu tego rodzaju błogości nie było. Co do widzialności, można było liczyć tylko na bioluminescencję własną. Co się tutaj jadło? Czy niby-ciało meduzy potrafiło filtrować wieczną mżawkę drobinek organicznych? W takim razie budulec umownej formy byłby jak oddech, zawarty w otoczeniu, podobnie jak samże z galarety pojemnik na rozmytą świadomość. Bioelektryczne majaki w oddali pociągały ją, odpychały, czy były jej obojętne? Pewnie potwory. I co ona tu robiła, poza falowaniem w bezkresie? Niejasność granic, ciemność i bezcelowość dryfu też wywoływały swego rodzaju błogie rozpłynięcie; tajemnicza satysfakcja płynęła z nacisku giga ton oceanu. Towarzyszył jej jednak cień, coś jakby niepokój. Bała się, że tu zostanie. Że nic jej nie znęci z powrotem na brzeg, do świata zdecydowanych form, konkretnych celów, twardych reguł i ostrych krawędzi. Też marzyła trochę o kolorach i jasnym świetle.

A jednak, jednak. Po upływie czasu określonego, choć niemierzalnego, haczyk się pojawił, przyszedł jako sms: CZY PRZYJEDZIESZ? TAK. Wciąż wiotka i rozedrgana, zapakowała śpiwór do walizki. Pociąg, przesiadka w polu i oto była, tylko trochę spóźniona, gotowa do zanurzenia, tym razem w odczynniku ludzkim. Spojrzenia, uśmiech, słowa, ciepły gest, na tego znowu wkurw, dotyk. Dużo dotykania, okazywało się więcej niż kiedyś. Na każdy ten delikatny skutek galareta stabilizowała się, krzepła ze zdziwieniem, gdy odkrywała, że znane schematy teraz uwierają. Trzeba było jakoś inaczej. Było można, choć bez wiedzy jak. Musiała się zdać na impuls, myśl, iść pół kroku za własnym gestem. I tu kolejne zdziwienie: jak łatwo śmiałe myśli towarzyskie przekształcały się teraz w czyn.

Pogańska firanka


Zawiesiłam koszulę w roli firanki
i zobaczyłam, że haftowana jest w czaszkę jelenia.

Tego roku, w ten dzień
myślę o formach życia, których już nie ma. Albo nie będzie, za chwilę.
Bo człowiek sobie chce zrobić wygodnie.

Mamy prawo.
Co nam szkodzi?

Nie?

Znacie go?


Znacie go? Ten jeden, jedyny, uchodźca z lata, który sobie urządził obóz przejściowy, ba! dom i restaurację!
u Was w sypialni i nocami:
a. żywi się Waszą krwią,
b. jak popije, bzyczy uporczywie, nieuchwytnie.

Wpis dedykuję Doro, która tak czule (klik tu) fotografuje (albo tu), z prośbą o przyłożenie czasem aparatu do oka :)

Trudno

Sharon Olds 
Tomik: The Unswept Room
Tłumaczenie moje


First hour
Pierwsza godzina

W tej godzinie najbardziej byłam sobą. Strząsnęłam z siebie
matkę, leżałam
biorąc pierwsze oddechy, jakby
powietrze w pokoju nadmuchiwało mnie
jak bańkę. Jedyne co miałam do zrobienia:
wychodzić za linią spojrzenia i wracać do siebie,
czując grawitację, jedwab, na sobie zapach jej
kremowej krwi. Powietrze
miękko dotykało mi skórę i usta
wchodziło we mnie i wyciągało małe
westchnienia; nie wiedziałam, że to ja.
Nie bałam się. Leżałam w spokoju
patrzyłam i myślałam bez słów,
mózg dostawał tlen
bezpośrednio, bogata mieszanka do ust.
Nikogo nie nienawidziłam. Przyglądałam się i przyglądałam
i wszystko było ciekawe, byłam
wolna, jeszcze nie zakochana, nie
czyjaś, nie piłam jeszcze
żadnego mleka, nikt mi nie zabrał
serca. Nie byłam bardzo człowiekiem. Nie wiedziałam,
że ktoś jeszcze jest. Leżałam
jak jakiś bóg, przez godzinę. Potem przyszli po mnie
i zabrali mnie do matki

Kolekcja strachów 2012

Słyszymy alarmy, że wróble są gatunkiem zagrożonym. A tymczasem strach na wróble ma się dobrze, jako żywa forma rdzennej twórczości funkcjonalnej w moich okolicach.


Strachy ubiegłoroczne można obejrzeć: KLIK TU. Cechuje je rozwianie i odległe nawiązanie do tradycyjnego antropomorfizmu. Forma tegorocznej kolekcji jest jeszcze bardziej uproszczona i abstrakcyjna, a przy tym szalenie elegancka i spójna. Apeluje do innych zmysłów: mniej korzysta z odstraszającej mocy ruchu, na rzecz przerażania konstrukcjami dźwiękowymi. Wykonana z elementów wykorzystanych, odrzuconych i już niepotrzebnych w  gospodarstwie, niby przypadkiem, niby niechcący, opowiada jak się tam żyje, na tych wzgórzach.


A Ty? Czego się boisz w 2012?


Muzycznie do rymu: straszą Strachy na Lachy, ze swoją czarną i gorzką narracją w imieniu zmarginalizowanych i wkurwionych. Wybaczcie.


Jesień nabiera kolorów


A tak ta pogoda mogłaby wyglądać, gdyby na nią spojrzeć innymi oczami.


Jak to ująć w słowa? Że trafiłam na ten akurat koniec świata, 
pod zadziwiający dach kryptowiedźmy Paulindy?

I że łaskawy los raz za razem daje mi okoliczność,
żeby się przerzucić na drugi brzeg A4? Gdzie mogę chłonąć
i naciągać - jak herbata w czajniku po babci ciotecznej.
Tej, co jej nie zdążyłam poznać.

Deep dark Rococo: baaad trip



Nie zna demonów Baroku, kto nie był w Henrykowie.
Druga kwestia: jak odnaleźć swobodę wyrazu pośród ciasnych manieryzmów epoki?

Chyba wiem po czym poznać wielkość sztuki: kiedy mnie chwyta za gardło i włosy, w niewolę. Kiedy - na dobre i na złe - nagle pragnę rzucać wszystko i zagrzebać się w studiowaniu ksiąg i papierów. Historia: polityczna, społeczna, gospodarcza, kościoła,medycyny. Techniki i technologie: możliwości, prądy, skąd przyszło, czy może trzeba było po naukę iść do świata?  Kto nową myśl przynosił? I dlaczego została przyjęta? Co jedli? Gdzie sikali? Jak spali? Co śpiewali,co czytali? Czy czytali? Z kim się kochali, albo nie mogli się kochać? Na co chorowali i czym się leczyli? Skąd, jak, za ile? Po co? Dla kogo, dlaczego, dlaczego? I co oni brali???

Albo zupełnie inaczej: wziąć jakiś chemiczny klucz, otworzyć huxleyowskie wrota percepcji i dać się tym diabłom rzeźbionym porwać do samego piekła, czy tym malowanym aniołom do nieba. Tak sobie wyobrażam, że bardzo wiele można poświęcić, żeby ugasić tę gorączkę: wyrwać dziełu tajemnicę i odzyskać władzę nad swoimi emocjami i wyobraźnią.

Ścieżka pierwsza. Historia założenia cysterskiego w Henrykowie datuje się od 1222 roku, kiedy to z ręki księcia Henryka I Brodatego spłynęła zgoda na osadzenie w dolinie rzeki Oławy.
To tam właśnie! Tam powstała Księga Henrykowska, o której uczyliśmy się na języku polskim z powodu zdania w wątpliwej polszczyźnie: Daj, ać ja pobruszę...


Potem były najazdy mongolskie, wojny husyckie, plądrowania, pożary, wojna trzydziestoletnia, epidemia dżumy, aż  wreszcie nastał Barok: wybuch wybujałych form. Nagle bogactwo i obfitość, które ujście znajdują wciąż jeszcze bardziej w sferze ducha, niż w sferze obecnie bezlitośnie nam panującej materii. A może to raczej marzenie o ww. bogactwie i obfitości?

Na terenie założenia znajduje się dwucyfrowa liczba obiektów zabytkowych. Wśród nich najstarszym i najcenniejszym jest kościół klasztorny pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny i św. Jana Chrzciciela, obecnie bazylika mniejsza. Jego budowę rozpoczęto w 1241. Z tego okresu pochodzi późnogotyckie prezbiterium oraz transept.

Spośród - dosłownie - poupychanych wszędzie arcydzieł rzemiosła, rzeźby, malarstwa (w tym pędzla przywołanego przy innej okazji Michała Willmana, dolnośląskiego Rembrandta) wspomniane w drugim akapicie wrażenie porażenia zmysłów i wyobraźni uczyniły na mnie stalle.

Oddając na moment głos ludowej Wikipedii: "są one wybitnym dziełem śląskiej snycerki. Dębowy, renesansowy trzon stalli pochodzi z 1567, dekoracja jest bogato rzeźbiona akantem i muszlami. Zaplecki zdobione 36 płaskorzeźbami przedstawiającymi sceny z życia Chrystusa, wykonane zostały w drewnie lipowym. Po 1700 dodano loże opata i przeora, a całość wzbogacono o cztery pary wolno stojących figur św. Grzegorza Wielkiego, Eugeniusza III, św. Hieronima, Konrada de Poitiers, św. Benedykta i św. Bernarda".

Stalle ukończono w roku1684, co daje im historyczny status rokokowych.


Rzeźbiony i dorzeźbiany przez blisko 120 lat mebel dla hierarchów ma w sobie coś demonicznego, subtelnie przeraża i tym sposobem wciąga. Jednocześnie jest wybitnym dziełem rzeźbiarskim, przez co wciąga jeszcze bardziej. Rokokowa maniera nie staje się w tym przypadku zastępstwem prawdziwej ekspresji, ale jest jej elastycznym alfabetem. Kwestia wygody siedzenia chyba nikomu nie przeszła choćby obok myśli. Mebel jest za to pełen aluzyjnego wyrazu: delikatne, subtelne twarze, dłonie, kolana wyrażają niepokój, opresję, udrękę, jakby to sami snycerze chcieli się wyrwać z ciasnej niewoli drewna - a może wręcz ciała? Nad tronami tłoczą się cherubiny z wodogłowiem, karząc się zastanawiać na osiemnastowiecznymi metodami spędzania płodu.

Mam wrażenie, że te niepokojące formy to szyfr, który koduje ważną informację o mnie samej, o formacji duchowej i cywilizacji, które mnie ukształtowały - czasem oporną jak glina, częściej miękką jak przejrzały ogórek. Już, już prawie odbieram wiadomość, atu nie! Sedno umyka. Jak złamać ten szyfr, żeby nie zwariować?


Ucieczki i ukojenia dostarcza tylna, skromniejsza część kościoła, przeznaczona dla wiernych. Mam wielką sympatię dla kobiet i mężczyzn, dla których kościół staje się domem duszy. Gdzie jest ta godzinka tylko dla siebie, gdzie można się wypłakać i zwierzyć z marzeniam, wytchnąć i odlecieć od codziennego kołowrotu i braku. Może to właśnie ci ludzie tkają ukryte znaczenie tego całego theatrum purpury i złota?

Choć z innej strony jeszcze: czy miejsce ucieczki w końcu nie staje się pułapką, która sama siebie powiela z pokolenia na pokolenie?



Jak zwykle wszystko musi być na odwrót i od podszewki. Szukanie ciemnych kątów, przebłysków niewiadomego pochodzenia i detali z innej bajki, które przewracają oficjalną narrację - niczym żuka - na plecki. Normalnie, jestem nieznośna! Weszliśmy bramą spichrzową, tak więc wychodzimy głównym wejściem. Serdecznie polecam.



PS: W kwestii interpretacji wrażliwości barokowej, można obejrzeć Petera Greenawaya Dzieciątko z Macon.


Pierwotna potrzeba picia albo poezja jako narzędzie perswazji


Projekt Dark Mountain. Kto ciekaw, ten sobie doczyta. Ja trafiłam po nitce do kłębka od Doro oczywiście, nieocenionej i niedocenionej w wyszukiwaniu interesujących kamyków i stworów w odmętach internetu. Siedzę, czytam, podejrzanie się raduję wizją od-cywilizowania świata. Ekologowie ciemni i radykalni biegle posługują się wszelką formą perswazji: od dyskursu, co myślą ostrą jak brzytwa wcina się w mięcho zachodniej filozofii, ciachając po łydach ojców scholastyków, po bezpośrednie nawoływanie do emocji za pośrednictwem wyrazu poetyckiego.

Jeden wiersz mnie poruszył do tego stopnia, że rzuciłam wszystko i pospieszyłam się podzielić. He he he. Niedźwiedź i butelka whiskey! To o jednym z aspektów męskości czy o moich tęsknotach?


Autor: Tom Hirons
Źródło: Dark Mountain, wydanie 3, lato 2012
Tłumaczenie moje


Czasem jakiś Dziki Bóg

Czasem jakiś dziki bóg przychodzi do stołu.
Jest niezręczny i nie potrafi się zachować
Wobec porcelany, widelca, musztardy i srebra.
Głosem zmienia wino w ocet.

Gdy ten dziki bóg zjawi się u drzwi,
Pewnie się go przestraszysz.
Przypomni ci o czymś ciemnym
Co może ci się śniło,
Albo o tajemnicy, którą wolisz zachować dla siebie.

Nie zadzwoni dzwonkiem;
Raczej będzie drapał
Znacząc ślady krwią na lakierze,
Choć pierwiosnki mu rosną
W kołach wokół stóp.

Nie chcesz go wpuścić.
Jesteś bardzo zajęty.
Jest późno, jest wcześnie, a poza tym...
Nie możesz spojrzeć na niego wprost
Bo zaraz chce ci się płakać.

Pies szczeka.
Dziki bóg się uśmiecha,
Wyciąga rękę.
Pies liże mu rany
I prowadzi do środka.

Dziki bóg staje w kuchni.
Bluszcz przejmuje twój kredens;
Jemioła zagnieździła się w lampie
A strzyżyki zaczynają śpiewać starą pieśń
W gwizdku czajnika.

"Nie mam wiele", mówisz
I dajesz mu najgorsze jedzenie.
Siedzi przy przy stole, leci mu krew.
Kaszle lisami
W oczach ma wydry.

Kiedy żona woła cię z góry,
Zamykasz drzwi i mówisz, że w porządku.
Nie chcesz by zobaczyła
Dziwnego gościa przy stole.

Dziki gość prosi o whiskey
I nalewasz mu szklankę,
A drugą dla siebie.
Czujesz jak trzy węże gnieżdżą Ci się
W krtani. Kaszlesz.

O nieograniczona przestrzeni.
O wieczne misterium.
O nieskończone cykle śmierci i życia.
O cudzie życia.
Jak zadziwia ten taniec.

Znów kaszlesz,
Odksztuszasz węże i
Rozcieńczasz whiskey,
Myśląc jak się stało, że już jesteś stary
I gdzie się podziała twoja pasja.

Dziki bóg sięga do torby
Zrobionej z kretów i skórki słowika,
Wyciąga podwójną piszczałkę,
Unosi brew
I wszystkie ptaki zaczynają śpiewać.

Lis wskakuje ci do oczu
Wydry ruszają z ciemności
Węże płyną przez ciało
Pies wyje, a na górze
Żona krzyczy z radości i łka jednocześnie

Dziki bóg tańczy z psem.
Ty tańczysz z jaskółkami.
Biały jeleń chwyta za stołek
I ryczy hymny zachwytu.
Pelikan skacze z krzesła na krzesło.

W oddali wojownicy wstają z kurhanów.
Stare złoto rośnie jak trawa po polach.
Wszystkim śnią się słowa zapomnianych pieśni.
Wzgórza odzywają się echem, a szare kamienie dzwonią
Śmiechem i szaleństwem i bólem.

W środku tego tańca,
Dom odrywa się od ziemi.
Chmury włażą do okien;
Błyskawica tłucze pięściami po stole.
Księżyc nachyla się przez okno.

Dziki bóg wskazuje na twój bok.
Leci z ciebie dużo krwi.
Krwawisz już bardzo długo,
Możliwe, że od urodzenia..
W ranie jest niedźwiedź.

"Czemu mnie zostawiłeś na śmierć?"
Pyta dziki bóg, a ty mówisz:
Byłem zajęty walką o przetrwanie.
Wszystkie sklepy były zamknięte;
Nie wiem. Przepraszam.

Posłuchaj ich:

Lis w twojej szyi i
Węże w ramionach i
Strzyżyk i wróbel i sarna...
Wielkie zwierza bez nazwy
W wątrobie i w nerkach i w sercu...

Jest tam symfonia wycia.
Kakofonia buntu.
Dziki bóg kiwa głową i
Budzisz się na podłodze z nożem w ręku,
Butelką i garścią czarnego futra.

Pies śpi na stole.
Żona się wierci, gdzieś daleko w górze.
Policzki masz mokre od łez;
Usta bolą od śmiechu i wrzasków.
Czarny niedźwiedź siedzi przy ogniu.

Czasem jakiś dziki bóg przychodzi do stołu.
Jest niezręczny i nie potrafi się zachować
Wobec porcelany, widelca, musztardy i srebra.
Głosem zmienia wino w ocet.

Lej to na rany.

Szybko, szybko, udało się i tu, i tu!



Cebula naciąga na syrop, gdy ja imbirem wyganiam złe z głowy. Wynocha również z mych oskrzeli, gdyż muszę być kwitnąca na sobotnią podróż do Łodzi.

Pamiętacie w kim się ostatnio zakochiwałam? Otóż Cohabitat Gathering przeszedł do historii jako duża polska impreza sfinansowana za pomocą crowd sourcing, czyli swojskiego cegiełkowania (nie powiem że pierwsza, bo przecież tak zbudowano choćby Gdynię czy odbudowano Wawel), a ja wygrałam bilet.

Z tym losowaniem to podejrzewam, że Panowie Inżynierowie oszukiwali i że to me uczucie zostało odwzajemnione biletem. Choć może to tylko romantyczne rojenia? Gdyby nawet, wygrać na loterii też miło, prawda?

Druga rzecz, która się udała - że tak powiem od drugiej strony, organizatora - to ubiegło weekendowe warsztaty psychologii procesu w Krakowie. Świetni uczestnicy, świetny mój kolega prowadzący, świetne doświadczenie dla mnie i inspirujące przeszkody (przykład: pierwszego dnia zostaliśmy zamknięci w Joga Centrum przez bokserów). Będzie fascynujący ciąg dalszy, a ja zmykam do twardej rzeczywistości, która mnie ostatnimi czasy absorbuje bez reszty, zostawiając czas tylko na sprawdzenie wirtualnej poczty.



PS 1: Zdziczały drób szydełkowy wędruje do Doro (samiczka) i do Flakonii (samczyk).
PS 2: Uczę się chodzić na obcasach. A co!

Jedno jest w destrukcji, ale znalazłam nowe


Nie czas żałować lasów, gdy płoną róże? Zaraz się wyjaśni. Tymczasem, Drogi Gościu, wyznam, że mój międzyczas charakteryzuje się i tym, że niechętnie włączam się w world wide web, za to dawna miłość do książek przechodzi renesans. Mocniej niż zwykle tęsknię też poczuciem bycia podłączoną do sieci życia.

Rozwinięcie wątku pierwszego: Do śniadania zgłębiam teraz różne podejścia i poglądy na świat; po metodzie naukowej przyszedł czas na głęboką, ciemną, radykalną ekologię. Nie tam żadne głaskanie po pupciach, że będzie dobrze i szukanie rozwiązań na kryzys, i wiara, że dzika natura jest silna, jeszcze niejednego zabije, ale Kaczyński (ten Unabomber) i idea un-civilisation (de-cywilizacja).

Rozwinięcie wątku drugiego: Tyle pajęczych nici trzyma mnie w mieście... Lecz ten raz się wyrwałam! Niektórzy mogą pamiętać, jest na jednym z pagórków nad rodzinną doliną murowana kapliczka. Z czasów powstańczych, odnowiona i pokryta blachą falistą staraniem jednej rodziny, której ojciec powrócił do zdrowia po wylewie. To było moje miejsce mocy, uwieńczenie spaceru w sam raz - nie za długiego, nie za krótkiego, okolicą nie za bardzo zaludnioną, i nie całkiem dziką, oferujące i możliwość poddania siłom wyższym, i spojrzenia na ziemskie sprawy z poziomu pagórka. Było, dopóki do jednego znajdującego się pod lasem domu nie dociągnięto drogi betonowej. Nie wiem jakie są Wasze doświadczenia, ja jednak obserwuję, że zbytnia dostępność rozrzedza moc, nie mówiąc o motocyklistach, którym detale krajobrazu latają w okolicach uszu.


Tak więc z żalu tym razem nawet nie spojrzałam na kapliczkę. Coś mnie jednak pociągło przez cienistą polanę na lewo dalej w lasek. Za mały areałowo i za młody w słojach, żeby być domem dla większego zwierza, nie za dnia, dość jednak dojrzały i na tyle mądrze eksploatowany, by dało się w nim wyczuć to tajemnicze Owinięcie. No nie wiem, opowiedzmy sobie takie założenie, całkowite sience-fiction, że wchodząc do lasu z otwartymi receptorami istota podłącza się do żywej sieci. A ta sieć potrafi zeskanować i odczytać informacje z pamięci mózgu, komórek, DNA i RNA, i tym sposobem dowiaduje się kto ty zacz, i cała twa familia, do pierwszej gamety włącznie. I wyczuwa jakie są twoje uwikłania, poczynania i zamiary. I odbija cię w sobie i się w tobie.
Tak sobie roiłam i maszerowałam, i czułam jak z każdą myślą i z każdym krokiem moje DNA z RNA do spółki nabierają wigoru. Aż mnie znów pociągło lekko na lewo (choć prawdę mówiąc dużego wyboru w tym lasku nie było: prawo-lewo, ot tyle). I moim oczom ukazała się przydeptana polana, a na niej widok następujący:


Sądząc po detalach, typu krzepki dąb, krzyż o aparycji miecza, czy daszek w kształcie bumerangu, Miejsce mogłoby być świadkiem kultów dość brutalnych.


Jednak datowanie plastiku jest metodą niezawodną dla przypisania Miejsca ściśle określonemu czasowi i kulturze. I już wiemy, że jest ono naśpiewane majowymi pieśniami maryjnymi.


Ludzkie dzieła, choć z niezniszczalnego materiału, przecież są ulotne jak pajęczyna - szczególnie gdy zostawić je w lesie.


Polana, co jest cechą porządnego Miejsca Mocy, sąsiaduje o jeden rząd leszczyn z polem z trzech stron okolonych lasem, a z jednej szeroko otwartym na dolinę. Na ścieżce znalazłam podpis i odcisk ust jednej z tych, które o Miejsce dbają.


Dotyknięta białą liliją, czyli więcej Baroku

Czy mają Państwo świadomość, że pyłek lilii trudno doprać z ubrania?

Otóż ja zdobyłam tę wiedzę w praktyce, bawiąc się w  parobka fotografa. Do zadań takiej osoby należy m.in. rozwijanie i zwijanie kabli, oraz ściąganie i ponowne umieszczenie bukietów na ołtarzach. Kolegiata, jako przybytek zadbany niezłomną ręką siostry E., posiada siedem ołtarzy - a kwiatów powodzie.



Dla porządku: kościół z 1350 roku, rzadko spotykana gotycka architektura z barokowym wystrojem wnętrza, freski Franciszka Sebastiniego, sztukaterie Jana Schuberta, perła opolskiej ziemi roztacza odrestaurowany blask świeżego złota, wczoraj był Pierwszy Piątek, ołtarze w białych liliach na znak sezonu ślubnego, a dzisiaj bogacz wydaje córkę. Spieszymy się zdążyć do Srebrnej Góry, do jednej wiedźmy, co też mieszka pod kościołem



Winowajczynie plam na swetrze. W tle więcej emfazy i kilkadziesiąt metrów kwadratowych złota w płatku, owiniętego wokół form nieustannie zadziwiających mnie, naiwną. W tym wypadku formy są również mikroarchitektoniczne.



Na koniec obowiązkowa gęś (indyk? orzeł? kogut! Donosi poinformowane oko s. Flakonii) i czacha (dyskretnie wyeksponowana między ramionami drabiny).



PS: Na prośbę fotografa zataiłam nazwę miejscowości. W obszarze panowania siostry E. frywolne ujęcia nie przystoją!