Lekcja fotografii. Zabawy ze średnim formatem



Kiedyś pisałam już o początkach mojej zabawy z fotografią. Oto kolejny etap nauki: próby fotografowania na kliszy, aparatem średnioformatowym.

Portret Pana Fotografa wykonany został latem, na trawniku pałacu w Książu Małopolskim (niedaleko panfotografowego Miasteczka), gdzie teraz mieszczą się szkoły rolnicze. Dziś bawiliśmy się wywoływaniem tamtych filmów, a detale procesu, które doprowadziły do tego szczególnego efektu, pozostawiam domysłom :)

Po ciemnej stronie księżyca: kolekcja koszmarów



Na wieś powracają wilki. Natomiast co straszy w mieście, młodzi ludzie odnotowują "na ścianach metra i w korytarzach kamienic czynszowych", jak śpiewali Simon z Garfunkelem (pamiętamy oczywiście, że w songu w tych miejscach wypowiadali się prorocy).

Specjalnie dla Państwa, oto fotoraport od wiejsko-metropolitarnej szepczącej korespondentki. Kolekcję koszmarów sportretowałam w przejściu podziemnym pod mostem Grunwaldzkim (niedaleko centrum kultury japońskiej Mangha i hotelu Forum, który sam w sobie, w obecnym stanie, jest postrachem pierwsza klasa).




Tunel kilka lat temu odnowiono i oświetlono szpalerem księżyców, staraniem jakichś oświeconych mocy, pod esperanckim hasłem:

"Człowiek uczy się przez całe życie".


Pod tą myślą akurat i ja się podpisuję oburącz - nie na publicznej ścianie, ale w mym prywatnym zakątku. Reszta niech będzie dziś milczeniem. A raczej "Dźwiękiem ciszy".



Albo nie... Będzie jeszcze jeden kawałek, wiejsko-metropolitarny, plus serdeczności dla Manto. Ci Panowie też nieco hałasują, także na granicy.

Plotki o mej śmierci z przepracowania są grubo przesadzone

Prawda, że piękny kolor? I była też pyszna. Bardzo doceniam,
że ubogi studenciak szarpie swą chudą kieszeń na napoje wyskokowe
i łakocie dla mnie (choć wcale nie musiałby!!!)

Nie dotknęła mnie karoshi. Przeciwnie, na skrzydłach braku snu i przeoranej roboty za trzech, przefrunęłam w piątek z Kimonem przez niebieską zakonnicę.

I świetnie mi to zrobiło! Okazuje się, że jednak mogłabym się bardziej zmuszać do wysiłku towarzyskiego, nie tylko do pracy... Zwyczajnie w takich sytuacjach najchętniej wtulam się w siebie, nie odbieram telefonów, czym ranię uczucia przyjaciół i rodziny, konserwuję każdy okruch energii na to, żeby jednak jakoś ten syzyfowy wózek pracy wciągnąć pod górkę kolejnego dnia.

Powiecie mi: mniej pracować. Tak też i sama sobie mówię, a nawet z dość już znacznymi sukcesami w miarę często to czynię. Jednak fakty życiowe wskazują, że pracoholizm jest wpisany w moją karmę, od demona nie ucieknę, i tylko raz po raz przychodzi mi się z nim mierzyć.

Tym razem nie chciałam odkładać spotkania towarzyskiego po raz kolejny, tak więc w piątek wieczorem lewitując z niedospania przy cygańskiej muzyce zrobiłam kolację dla Kimona. Niebieska zakonnica wychynęła z lodówki, no i od słowa do słowa zaczęliśmy się oddawać czynności, przed którą wyspana i na trzeźwo mam straszny opór.

***

Otóż, Drogi Mój Czytelniku i Wielce Szanowna Czytelniczko: plotkowaliśmy. Bardzo możliwe, że również o Tobie.

I, Kochani, odkryłam, że to wcale nie jest do końca tak złe jak to, przed czym się w życiu bronię, czym tam mam pod ręką.

Gdyż, Moi Drodzy, czy nie jest trochę tak, że historie, które przejawiają się poprzez życie poszczególnych osób, w gruncie rzeczy są własnością całego plemienia, które osoba współtworzy? Czy nie jesteśmy postaciami z jednej baśni, która tylko w całości odkrywa swój pełny sens? Nie wiem, poddaję to pod dyskusję.

Nasz ulubiony blogowy Miodowy Łobuz wychował się właśnie w takiej formacji plemiennej - bardzo już rzadkiej, śmiem twierdzić, w naszej szerokości geograficznej. Dlatego też potrafi pleść sieć tych ludzkich opowieści z prostą naturalnością, wdziękiem i prawdziwie miodową troską o każdego baranka ze stada.

I Proszę Państwa, jakież w ten piątek pojawiły się historie! Jedne słodkie i piętrowe, niczym tort weselny, inne trudne do przełknięcia, jak ostatnia piętka w wielodzietnej rodzinie. I nic więcej nie powiem, gdyż takie opowieści wymagają specjalnego miejsca i czasu, by się dać rozsnuć. Sama jednak - skąpo, bo skąpo, ale zawsze - dorzuciłam też coś od siebie, do puli plemiennych historii. Na ręce i w serducho Kimona. I już więcej nie nazwę go paplą.

Zostanie paplą plemienną ;)


Pamiątkowa fotografia dla koneserów kapci i babciowych rajt
Gładzik Kimona zagubiony w czasoprzestrzeni mojego mieszkania
odnalazł się i pozuje z subtelną cukiernicą od Neili. Rozumiem,
że narzędzie zostało mi podrzucone na wychowanie.
***

Żeby jednak tak całkiem nie wypuścić Państwa na sucho, bez smakowitego kąska plotkarskiego, oto rzut oka na mój coraz bardziej zharatany stół, oraz na kolejny zesłowiańszczony łapacz snów.


Egzemplarz powstał ze specjalną dedykacją dla Wu, alias The Body Doctor, i zamontowałam w nim życzenia szczęścia i odwagi w poszukiwaniu Gwiazdy Życia ;)

A na koniec muza! Będzie muza, na bogato, z rozmachem oraz jazdą bez trzymanki! Dzisiejszy wpis sponsoruje Gwiazda Włóczęgów i Romów, Tony Gatlif, oraz Catherine Ringer. Gdyż są na tym świecie ludzie, którzy żyją, by śpiewać i tańczyć. A ja? Do roboty... Choć w niedzielę praca, wiadomo co (wzdech).



Bluish on Blue

               
      

Tak i sypnęło trochę!
 Co bardziej uważni z Szanownych Czytelników tego bloga mogli zauważyć, że jego tytuł
ewoluuje dość często. Czy zapowiada to inne zmiany? Być może tak, lecz w każdym razie
dziś jeszcze bloguję szeptem :)

So it has finally snowed a bit!
Some of my Dear Readers might have noticed that it's name changes quite frequently. Does the title "the screaming one from the borderland" mean that something is going to change? It might,
yet today I still blog in whisper.

Wydarzenie dnia. Złapane w przelocie



Naleśnik z dynią i seler.
Już zjedzone: leczo i lazania z porem.
Nie ujęte: sok z marchewki.
Dzięki dbałym ludziom wypas roślinny jest możliwy w tym mieście
(choć czasem zdarzają im się mniej jadalne wpadki).
***


Warszawa ma kapuchę


Plac Trzech Krzyży w styczniu umajony jest tak.

Obcinanie kotków. Lekcja fotografii




***
Co w kocie piszczy? A co autor obrazka miał na myśli? Oto kolejny przyczynek do rozwikłania tajemnicy. Czyli fotografia zeszłorocznych kotków - którą w formie surowej można obejrzeć tutaj - przycięta i trochę przysposobiona przez Pana Fotografa.

Swoją drogą


Tęsknię za wsią.
I miss countryside.


PS: Państwo jeszcze pozwolą, że uprzedzę Pana hds w dedykacji muzycznej ;) Tak i kury piejo w interpretacji Grzegorza z Ciechowa.


PS2: Sydonia, zainspirowana, poleca. Folk lista marzeń na dziś:
Makatki do nabycia w wiano.eu
Oleodruki, moim zdaniem najlepiej własnobabcine
Chusty różane (jestem szczęśliwą posiadaczką takiej chusty wysępionej mamie)
Te cudowne bamboszki!!!

(O! Widzę, że muzykę zrobił Wojciech Karolak, znany mi skądinąd i lubiany jazzman).

Sypnęło portretami

Gadamy sobie z czasem z Rogalikiem o życiu, on mi opowiada historie, a ja jemu, no i wczoraj jedno z takich wydarzeń zostało zilustrowane...

Kto zna tę Panią, ręka do góry! Oto to jedno z oblicz anetozłości... No dobra, nie będę kryć: trochę szkód narobiła. Ale nie bójcie się, już z grubsza panuję nad jej siłą ;)

Smocza Królewna pali na popiół, Tomek Rogaliński

Nie ma takiej świętej

Czy wiedzieliście, że w mojej rodzinnej wsi mieszka pewien były działacz Związku Zawodowego Kolejarzy, obecnie przekwalifikowany na prawicowego polityka?

Dla historii, którą zaraz opowiem, jest mało istotne, że w tych kółkach chłopcy wożą się helikopterami (choć morale i samoocena wsi ogromnie się poniosły, gdy jedna z tych uciążliwych dla środowiska i kosztownych w utrzymaniu maszyn przyleciała do nas). Ważne, że kiedyś jeden z byłych premierów wraz ekipą wylądowali na naszym boisku do WF. Rodzicielka onegdaj jeszcze pomagała w organizacji rozbudowy wsiowej tysiąclatki, tak więc z rozdania "rodziny wiejskich aktywistów" znalazłam się w jednej auli szkolnej z pewnymi kręgami. Zbyt blisko.

Panie i Panowie! Było to doświadczenie z gatunku "A kysz! Przeżyć i szybko zapomnieć". Pamiętam tylko, że jeden ze świątobliwych wąsatych wujciów okołorządowych objął mnie - młodą wtedy kobietę - obleśnie za plecy (znacie ten gest, niestety...) i oznajmił do ucha: "Aneta? Nie ma takiej świętej!"

Świętej może nie ma, ale uprzejmym staraniem Pana Fotografa są obrazki stylizowane na "święte".

Panie i Panowie, niektórzy z Was już poświęcili swój cenny czas, by zobaczyć babcię w Anecie. Oto kolejna anetoodsłona. Tym razem jest okazja, by spojrzeć w oblicze nieistniejącej świętej :)