Weekend zapowiada się gorący (choć stopy sinieją na skutek klimatyzacji)


Poranek w pustym biurze: najpierw zabawa

(w tym przypadku filtrami w power point)

Praca potem!

PS: Mama wspomina, że gdy byłam dzieckiem najbardziej lubiłam się bawić własnymi stopami.


Mgliste wzory


Nie pytajcie skąd wiedziała, ale wiedziała, że gdyby była wiedźmą (którą nie była, bo cóż by wiedźma robiła przy tym biurku, zamiast pląsać po łąkach?), jej totemami byłyby leśny dzwonek i pokrzywa.

Kawałki układanki zasugerowały istnienie wzoru, mgliście. Choć równie dobrze mógł to być trop zwodzący. Leśny dzwonek… Pokrzywa… Terminacja? Dzierganie! Intrygi koniakowskie, flamandzkie, weneckie i skromne, bobowskie! Słowa zadzierzgują wzór widoczny jedynie dla dziergającego, łączą, dzielą, oplatają; rozsnuwają w umysłach lepkie pajęczyny, w oczekiwaniu na wysyp wysokokalorycznych muszek.

Do tej pory nasza bohaterka poddziergiwała czasem krzywe swetry, ciepłe koce i totemiczne stwory. Czy dałoby się stare umiejętności przenieść w nowy kontekst?

Z tej perspektywy z nowym szacunkiem spojrzała na babcię. Ona - gdy inne babki dziergały skarpety - wplatała rodzinę w sieć swojej intrygi. Stara pajęczyca dyplomatka, jak ona to robiła? Przeprowadzała twarde plany, zachowując wizerunek ukochanego serca rodziny. Nie dziwne że lęki, nerwica.


***
Czy korporacja też cierpiała na skutek tego rodzaju rozdarcia?

Ale Co?

Nota od autorki: Nie dajcie się zwieść empatii! 

Zamieszczane tu opisy korpobytu są całkowicie subiektywnymi impresjami, zajmują mikromiejsce w mojej całościowej egzystencji i mają zero pretensji do obiektywności.

Jak w fotografii: próbuję złapać cień cienia, odbicie odbicia i ten jedyny refleks na włosach. Chodzi o to, żeby oderwać się od nawykowego patrzenia na świat, od automatycznego naklejania etykietek, i na moment zmusić mózg do odebrania czystego wrażenie, jakby patrzył pierwszy raz.

To raczej test projekcyjny, więcej mówi o patrzącej świadomości, niż o patrzonym przedmiocie.

A właściwie pozwala pokazać jeszcze trzecią jakość: to coś, co się tworzy pomiędzy patrzącym a patrzonym. 


Po drugie: świat odbija się we mnie wszystkimi zmysłami; co innego mogłabym wytańczyć, wyśpiewać (gdybym umiała), wyrazić przez kompozycję w perfumach (gdybym umiała), ugotować (czasem czasem się udaje), a co innego da się wyrazić poprzez tkankę słów, dźwięków, znaczeń, skojarzeń ze znaczeniami, sensów, bełkotu, ortografii, gramatyki, interpunkcji i niedopowiedzeń. 


(Przy czym dwie pokusy - dramatys i fabularyzacja - prężą wdzięki i muskuły przy każdym słowie, i co i raz uwodzą me zdania na swe fantazyjne manowce).

Dla mojego guru, Wiesława Myśliwskiego, świat jednostki jest taki, jak może wyrazić jej aparat pojęciowy – można zobaczyć tylko to, co się wcześniej poznało przez słowa. 



(Na marginesie: Mysliwski ma ambicję wyrażenia wszystkich ludzkich skarg do Losu).

Ja staram się ten świat przeżywany przez słowa poszerzać, pogłębiać, uwypuklać. Jak drugi mój guru, Miron Białoszewski, wsłuchuję się w szumy, zlepy i ciągi; dla rozrywki i ucieczki od korpobiurka, przez dziury w banale podglądam dziwność istnienia.

Moją ambicją jest znajdowanie zestawień słów, które działają jak nanoskalpel; chodzi o ten ostry moment błysku, gdy przez moment ma się wrażenie, że Coś.

Ale Co? ;)


Uściski! I dziękuję, że poświęcacie swój Bezcenny Czas!!!


PS: Na dowód, że można korpo przeżywać również na wesoło: "Każdy kolejny zestaw informacji zwrotnych w projekcie, który trwa za długo", klik tu.

Wezwanie

Korporacje umierają codziennie. Musimy wpychać produkty ludziom do gardła żeby mieć na chleb dla dzieci i na nasze insygnia. To kosztuje, jesteśmy biedni. Potrzebujemy armii konsumentów.

U Castanedy tonal to materialny świat, tak jak objawia się on śmiertelnikom. Nagual to niezbadany świat mocy duchowych, dostępny dla czarowników, też miano samego czarownika. Naguala w tonalu nie widać, ale niektórzy czasem mogą przeczuwać jego wpływ. Castaneda utrzymuje, że aspirujący czarownik zbiera moc aż zaczyna widzieć nagual. Albo przez przypadek, psilocybe czy coś. Wtedy nie za bardzo jest wyjście: gdy zaczynasz widzieć, stajesz się też widoczny. Apetyt bytów z naguala budzi się. Z drugiej strony, jeśli wiesz co robisz, istnieje szansa przyswoić sobie ich moc.

Podobnie w korporacji. Kiedy wierchuszka spostrzeże twoje istnienie, nie masz wyjścia: tego zaproszenia się nie odmawia. Zresztą czemu odmawiać zabawy? Zadbać tylko o wyrobienie znajomości w lazarecie. Kultywować sieć życzliwości, chuchać na iskrę prawdy. I mieć dom w zwyczajności. Inaczej utoniesz sam w sobie, jak Józef K. w procesie.

Haftowanie koralikami

Jej pracodawcą nie był szwajcarski bank. A i ona była trybikiem nie całkiem mechanicznym, miała mały zakres twórczości, a zatem trochę swobody. Nie musiała zostawiać komórki w szatni i miała dostęp do prawie całego internetu.

Z biurokratyczną logiką odcięto jutjuba, ale już nie vimeo i nie wrzutę. Zarówno fb jak i nk były zablokowane. Lecz ha ha rybeńki, oto sito korporacyjne przepuściło bloggera!

Dziś w samowolnej przerwie na stymulanta lub depresanta własnego wyboru oglądała w internecie co inni ludzie tworzą w czasie swojego życia. I znów zapragnęła haftować koralikami.

W świetle korporacji wiele zjawisk nabierało sensu poza anegdotycznego. Jak zwalista szefowa marketingu, której nie cierpiała w poprzednim życiu. Zwalista miała hobby - dzierganie koronek. Śnieżne wzory mandali mogła czerpać z gazet. A gdyby miała tworzyć? Pozwolić szydełku swobodnie prowadzić ręce?

Nie, nie, chyba nie odreagowanie było celem; nie chodziło o bycie membraną dla rytmu i chaosu korporacji. Czy nieświadomie Zwalista pragnęła kontaktu z prawdą, dobrem, pięknem oraz kosmiczną symetrią? Nasza bohaterka wyobrażała sobie, jak szydełkując wieczorami, Zwalista rozplątuje supły w myślach i żołądku; robi przegląd rzeczy i ludzi pożartych za dnia.

***
Podwójne znaczenie czasownika "haftować" otworzyło lewe oko.

Wiadomość z podłogi

Niosąc piątkową rybę zauważyła, że podłoga pokryta jest słowami.

To były… Rozdziały… Biblii?!

Opanowała impuls by przyklęknąć i z drobnych wersów odczytać wróżbę na dziś. Niezauważalnie przemieniła ćwierć przyklęk w potknięcie i – w stanie nienaruszonym – doniosła tacę do stołu. W innym czasie i miejscu objawienie na stołówce byłoby jasną oznaką, że zaczyna wariować. Ewentualnie, że pokorna powierzchnia woła ja do świętości. Tu i teraz oznaczało tylko, że decydenci biurowca nie mają odruchu czytania, bądź że mają wątroby i mózgi przeżarte na sito.

***
Nie powinna się niczemu dziwić. A jednak terminowała rybę w poruszeniu. Ta światła korporacja? Uznaje za stosowne deptać Biblię w czasie obiadu? A może to rozdziały amerykańskiej Konstytucji? Wersety Koranu? Albo Szekspira? Ryzykując podejrzenia o początki wariactwa (jednak), wgapiała się w linoleum w próbie odczytanie sensu pod stopami.

Myśl

Myśl musiała jej wpaść do głowy pomiędzy komponowaniem prezentacji w power poincie a szukaniem grafika, który w trybie awaryjnym skończyłby okładkę.

Z jakich wysokości myśl na nią spadła? I czy nie piękniejsza byłaby ta opowieść, gdyby bezcielesny gość zastał naszą bohaterkę przy czynności nasyconej ubiegłowiecznym urokiem. Jak wkręcanie kartki do maszyny, czy malowanie paznokci na czerwono.

Myśl: „Jestem terminatorem”.

Tak. Mogłaby czule zwalniać pracowników i z nieskończonym współczuciem likwidować fabryki. Nieco zaskoczona, najpierw zrobiła w notesie szybką listę zawodów terminacyjnych: ubojnik, egzekutor upadłości, komornik, kierownik skupu surowców wtórnych, śmieciarz, ogrodnik, prawnik rozwodowy, operator spychacza i walca, sprzątaczka, mafioso, grabarz, kat, chirurg onkolog, dentysta, wizytator z kuratorium. I król listy: detonator.

Z okładki Audrey Hepburn spojrzała z wyrzutem, spośród rozświetlonych liści wierzby. Był to jeden z czterech notesów i kalendarzy papierowych i trzech elektronicznych, jakimi otoczyła się na to nowe, zorganizowane życie. Efekt był, ale mniejszy od nakładu papieru.

Potem pomyślała o wojownikach Dakota. Słyszała, że chłopcy Dakota od dwunastego roku życia szkolili się w tej roli, żeby móc wykonywać rzeczy straszne w obronie plemienia. Plemię rozumiało, że okropności zostawiają w wojownikach ślad, ranę. Dlatego po wielkiej bitwie odprawiano ceremonię oczyszczenia wojowników i broni, co miało im pomóc zostawić przeszłość i zapoczątkować proces wybaczenia sobie, a tym samym powrotu do harmonii. Zapamiętała, że używali ziela o nazwie sweetgrass, i jeszcze jakiegoś.

***
Ciekawe czy można przywracać równowagę piołunem?


sweetgrass

Co się nie/wydarzyło w drodze na lancz

Ta klatka. Schodowa. Czy śniła ją dawno, w męczącym śnie? W innym sensie było to jednak wytchnienie. Niepoliczalne stopnie same prowadziły ją z przedostatniego piętra aż na zero i pozwalały na okres schodzenia zatracić poczucie zegarowego czasu.

Świetlówki gasły i zapalały się w losowych odstępach, wzmagając poczucie surrealności. Przed wykopyrtnięciem ratowało trzymanie się poręczy w kolorze ostrzegawczym.

W nieskończoności schodzenia zaczęła sobie wyobrażać procesy fizyczne i chemiczne wykonujące na klatce bezosobowo wyrok zniszczenia. Zmęczone molekuły kleju uwalniają flizy z podłogi. Słabe falocząstki ze świetlówki powolnie, ale bezwarunkowo rozprawiają się z oczozajebistym barwnikiem w farbie, którą oznaczono piętra. Farba płowieje do nieoznaczoności. W międzyczasie porowaty beton pod spodem kruszeje, kruszenie przyspieszone wilgotnymi przeciągami od wybijanych niesystematycznie okien; farba złazi w łuskach. Kable twardnieją i też się kruszą stopniowo. Na powierzchniach grubieje warstwa kurzu.

I szybkoniszczące życie. Czy mógłby tu rozplenić się mech? Pleśń. Albo ptaki. Ptaki z powodzeniem wiłyby gniazda w rozszczelnionych szybach wentylacyjnych. Drzewa, trawa i chwasty; te nie tutaj, ale na naświetlonych open spejsach. A elektronika? Czy program komputerowe podlegają entropii? Czy pojawiają się w nich błędy prowadzące do zbawiennego rozpadu i terminacji? Sądziła, że tak.

Pospiesznie, acz starannie dokończyła przywracać klatkę do bezczłowieczych cyklów przemiany materii. Zanim dotarła na poziom zero zdążyła jeszcze chwilę pomyśleć skąd z niej ten mrok i ta słabo zamaskowana agresja. Przecież w kontrolowanym środowisku klatki nic jej nie groziło, poza wypadnięciem z obiegu ludzkich procesów. I poza nią samą.

***
W stołówce zjadła opłatek ze świni.


***
Na nutę optymistyczną, akompaniament muzyczno-słowny ukradziony Fafikowi



oraz PRL-owski blues wyłowiony w odmętów jutjuba. I gdzie ci, poeci?



Love is in the air




hds rzekłby być może: "Miziają się wilgotne owady". Pięknie powiedziane, choć ma się do tematu jak badacz ze szkłem powiększającym do obserwowanego zjawiska.



Totemy dla M.



M.  bywa poruszona moim zdjęciami śmieci. Naturalnie, pomyślałam o niej, gdy zobaczyłam te małe morskie pakunki. Dzieci chaosu i ludzkiej niewrażliwości, wyglądają jak amulety, te co w nie szamanka pakuje zaklęcia i modlity do duchów pięciu żywiołów (jeśli wliczamy tworzywa sztuczne).




***
A poza tym boli mnie serce... Chyba się zakochałam tam, nad szarganym wiatrami Bałtykiem...
W ratowniku, rzecz jasna!