Sezon na światło



Gotowe, mniej więcej. Święty Jerzy konserwator pokonał smoka polichromię w kościele pod wezwaniem św. Jakuba pielgrzyma, który się od Średniowiecza zasiedział we wsi na uboczu czasu. Tak więc to prawdopodobnie i dokumentalisty ostatnia wizyta w Małujowicach, a z nim i moja. Posadzka ułożona na świeżym betonie, żyrandole zapalone, najwierniejsi z wiernych, na nabożeństwie o szesnastej w dzień powszedni podziękują Bogu, że malarze długoletni remont szczęśliwie zakończyli.


A ja już dość dawno nie miałam ochoty brać do ręki aparatu. Aż tu nagle, od niechcenia zachwyciło mnie światło w powyższym obrazie. Jak prezbiterium jest oddzielnym pojemnikiem na światło, trzyma na biało. Jak podręcznikowo zagląda granatowe światło wczesnego zmierzchu do wnętrza oświetlonego elektryką. Jak elektryka ładnie błyszczy, odbija się i złoci czyste ściany nawy. Jak foto parasolka - kosmitka na gotyckim chórze - łapie z jednej strony granat jesieni, z drugiej złoto żyrandola. Jak ciepłe jest drewno w tym oświetleniu i jak zwyczajne przedmioty na ławce błyszczą znacząco.

Butelka jest butelką jest butelką jest butelką. Albo znakiem tajemnicy światła. Czy mam podziękować za fotografię? Która czasem pozwala mi coś zobaczyć. I ująć coś w ramy.

Słońce listopad: mikrospektakle codzienne


Dziś łapiemy promienie: aby nie zmarznąć. Aby się nie przegrzać.
Czy zauważyliście, że mija właśnie rok spektakularnej tęczy? Widywałam podwójne, aż chciałoby się rzec z emfazą: potrójne, pełne półkoliste bramy nad szosą, nad lasem, zapraszały w drogę, tę co ma cel nie do osiągnięcia.

Ale żeby tak, na zamknięcie listopada, w środku dnia, jeszcze, przyświecić nad Zabłociem?


Drąc lakier: alchemia domowa

 
W przerwie, pomiędzy zdzieraniem lakieru z kawałka podłogi pod dawną szafą, a zdzieraniem lakieru, bawię się w układanki. A może? Zamiast chować prozaiczne przedmioty, można je wyeksponować. Wieszak zrobiony przez mojego dziadka, ołówkiem kopiowym i babci pismem opisany: "skafander Antka". Niżej niezgrabny łapacz snów, pierwszy, jaki zrobiłam, pod kierunkiem prawdziwej squaw (dawne czasy, ho ho ho!). Jeszcze tylko kawałek wapienia z naturalną, słonecznie żółtą dziurą, z niegdysiejszych wakacji w Bułgarii, i proste czynności domowe zaczynają nabierać głębszego znaczenia. No bo niby dlaczego symbolem wiedźmy jest miotła?

A w ogóle, to strasznie mnie dziś nosi... Posprzątałaby coś naprawdę porządnie. Albo poleciała gdzieś!

Rozpuszczalnik tożsamości

Szczerze? Wolała być starą szmatą. Słońce, deszcz, błoto, mróz, słońce, gwiazdy, a ona pod płotem, otwarta, oddana, odrębna, a jednak zjednoczona z żywiołami, aż do całkowitego zaniku szmacianej tożsamości i odrodzenia przez rozpuszczenie w błocie. Albo przez spalenie w ogniu? Kiedyś. Może. Nie wiadomo. Teraz słońce, wiatr, relaks i światłość wiekuista.

W brzuchu oceanu tego rodzaju błogości nie było. Co do widzialności, można było liczyć tylko na bioluminescencję własną. Co się tutaj jadło? Czy niby-ciało meduzy potrafiło filtrować wieczną mżawkę drobinek organicznych? W takim razie budulec umownej formy byłby jak oddech, zawarty w otoczeniu, podobnie jak samże z galarety pojemnik na rozmytą świadomość. Bioelektryczne majaki w oddali pociągały ją, odpychały, czy były jej obojętne? Pewnie potwory. I co ona tu robiła, poza falowaniem w bezkresie? Niejasność granic, ciemność i bezcelowość dryfu też wywoływały swego rodzaju błogie rozpłynięcie; tajemnicza satysfakcja płynęła z nacisku giga ton oceanu. Towarzyszył jej jednak cień, coś jakby niepokój. Bała się, że tu zostanie. Że nic jej nie znęci z powrotem na brzeg, do świata zdecydowanych form, konkretnych celów, twardych reguł i ostrych krawędzi. Też marzyła trochę o kolorach i jasnym świetle.

A jednak, jednak. Po upływie czasu określonego, choć niemierzalnego, haczyk się pojawił, przyszedł jako sms: CZY PRZYJEDZIESZ? TAK. Wciąż wiotka i rozedrgana, zapakowała śpiwór do walizki. Pociąg, przesiadka w polu i oto była, tylko trochę spóźniona, gotowa do zanurzenia, tym razem w odczynniku ludzkim. Spojrzenia, uśmiech, słowa, ciepły gest, na tego znowu wkurw, dotyk. Dużo dotykania, okazywało się więcej niż kiedyś. Na każdy ten delikatny skutek galareta stabilizowała się, krzepła ze zdziwieniem, gdy odkrywała, że znane schematy teraz uwierają. Trzeba było jakoś inaczej. Było można, choć bez wiedzy jak. Musiała się zdać na impuls, myśl, iść pół kroku za własnym gestem. I tu kolejne zdziwienie: jak łatwo śmiałe myśli towarzyskie przekształcały się teraz w czyn.

Pogańska firanka


Zawiesiłam koszulę w roli firanki
i zobaczyłam, że haftowana jest w czaszkę jelenia.

Tego roku, w ten dzień
myślę o formach życia, których już nie ma. Albo nie będzie, za chwilę.
Bo człowiek sobie chce zrobić wygodnie.

Mamy prawo.
Co nam szkodzi?

Nie?