Rozpuszczalnik tożsamości

Szczerze? Wolała być starą szmatą. Słońce, deszcz, błoto, mróz, słońce, gwiazdy, a ona pod płotem, otwarta, oddana, odrębna, a jednak zjednoczona z żywiołami, aż do całkowitego zaniku szmacianej tożsamości i odrodzenia przez rozpuszczenie w błocie. Albo przez spalenie w ogniu? Kiedyś. Może. Nie wiadomo. Teraz słońce, wiatr, relaks i światłość wiekuista.

W brzuchu oceanu tego rodzaju błogości nie było. Co do widzialności, można było liczyć tylko na bioluminescencję własną. Co się tutaj jadło? Czy niby-ciało meduzy potrafiło filtrować wieczną mżawkę drobinek organicznych? W takim razie budulec umownej formy byłby jak oddech, zawarty w otoczeniu, podobnie jak samże z galarety pojemnik na rozmytą świadomość. Bioelektryczne majaki w oddali pociągały ją, odpychały, czy były jej obojętne? Pewnie potwory. I co ona tu robiła, poza falowaniem w bezkresie? Niejasność granic, ciemność i bezcelowość dryfu też wywoływały swego rodzaju błogie rozpłynięcie; tajemnicza satysfakcja płynęła z nacisku giga ton oceanu. Towarzyszył jej jednak cień, coś jakby niepokój. Bała się, że tu zostanie. Że nic jej nie znęci z powrotem na brzeg, do świata zdecydowanych form, konkretnych celów, twardych reguł i ostrych krawędzi. Też marzyła trochę o kolorach i jasnym świetle.

A jednak, jednak. Po upływie czasu określonego, choć niemierzalnego, haczyk się pojawił, przyszedł jako sms: CZY PRZYJEDZIESZ? TAK. Wciąż wiotka i rozedrgana, zapakowała śpiwór do walizki. Pociąg, przesiadka w polu i oto była, tylko trochę spóźniona, gotowa do zanurzenia, tym razem w odczynniku ludzkim. Spojrzenia, uśmiech, słowa, ciepły gest, na tego znowu wkurw, dotyk. Dużo dotykania, okazywało się więcej niż kiedyś. Na każdy ten delikatny skutek galareta stabilizowała się, krzepła ze zdziwieniem, gdy odkrywała, że znane schematy teraz uwierają. Trzeba było jakoś inaczej. Było można, choć bez wiedzy jak. Musiała się zdać na impuls, myśl, iść pół kroku za własnym gestem. I tu kolejne zdziwienie: jak łatwo śmiałe myśli towarzyskie przekształcały się teraz w czyn.

13 komentarzy:

  1. A inni mogą jej tylko pozazdrościć i pomarzyć, że może kiedyś... staną się choć galaretą...

    ;))
    Kochana, czuję potrzebę drutowania wełny, o którym przecież nie mam pojęcia. Od czego/kogo/kąd zacząć? Proszę poradź:* ściskam!!

    OdpowiedzUsuń
  2. ;)) :*

    Droga Pani, krok pierwszy: przyjść na kolację, można z wypatrzonym motkiem, można bez, motków ci u nas dostatek. Ewentualnie możemy drutować na mieście. Najbardziej motywujące dzieło na początek: porwać się na szal :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo z uśmiechem wpadnę na prawy brzeg, ewentualnie tam gdzie Ci tylko milej:D
      Nie mam jeszcze sprzętu... nie wiem gdzie ja mogę dostać druty???? :*

      Usuń
    2. Hm, w takim razie trzeba będzie zacząć od konsultacji na lewym brzegu :) Albo może coś Ci wpadnie w oko, jako referencja że takie byś chciała wydziergać? To podeślij fot, zobaczymy. Inną opcją motywującą (czyt.: łatwe) jest komin ;)

      Usuń
  3. A właśnie właśnie, lodowisko rozstawili... Może by tak otwarcie sezonu? ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie musiała się bać. Prawem wody, przypływ wyrzuciłby ją kiedyś na brzeg. Nie pytając o zgodę i nie bacząc czy jest gotowa. Haczyk dostrzegł jej świadomą naturę i pozwolił podjąć decyzję :)
    "było można, choć bez wiedzy jak" - mmmmm ... czy mogło być lepiej ...

    OdpowiedzUsuń
  5. M., ale to tak to źle jak się nie zna poprawnej odpowiedzi... Nie dostanie się piątki ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Paulindo... Ale też się nie cacka czasem ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Powiem tyle-to się fenomenalnie czyta:):)
    Pióro masz, proszę Pani-znakomite...

    OdpowiedzUsuń
  8. Radku Tamirianie, dziękuję :)

    Trochę się umie dziergać w słowach, z racji zawodu ;) Natomiast czy jest tam też pytanie: ale do k. n. o co chodzi?? No, ja za bardzo nie umiem wymyślać, mogę pisać generalnie co widzę i doświadczam, natomiast interesują mnie subtelności tegoż: język jako narzędzie poszerzania świadomości nieuchwytnego, marginalizowanego. Powyższy - fabularyzowany - kawałek opisuje, jak poprzez wczucie się w symbole można dotrzeć do niedostępnych codziennej świadomości obszarów psychiki i poznawać je. Zgodnie z założeniem, że istnieje taka nieświadoma część, i że ignorowanie jej wymaga wysiłku, w sensie trzeba ciągle bronić fortecy tej swojej tożsamości. Otwarcie się na te podświadome treści też oczywiście jest zagrożeniem i niejeden wylądował na recepcie albo i w wariatkowie.

    Czemu takie, a nie inne symbole/obrazy? Nie wiem. Natomiast jestem przekonana, że myślenie symboliczne jest taką samą ludzką władzą poznawczą jak myślenie logiczne, czy wyobraźnia - i że wszystko, co ludzkie, czy to fizyczne, czy psychiczne, można/trzeba ćwiczyć i doskonalić, bo inaczej zanika.

    OdpowiedzUsuń
  9. Jeśli ignorowanie nieświadomej części wymaga wysiłku, to poznałem wreszcie odpowiedź na to, gdzie to ulatniają się moje pieczołowicie odkładane kalorie:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Wu, chodzą ploty o Twojej nienagannej figurze. Drogą dedukcji: troszkę tam masz do ignorowania ;P

    OdpowiedzUsuń