Cynamonowa końcówka

Siostra się dała wyciągnąć w buro i szaro.
I oto jaki dostałyśmy bonus: cynamonowy.



Na moment przestały być ważne nepotyzm i biurokracja. I to, że siostra chciałaby bardziej od serca i ponad standard, a wtedy trzeba pod prąd systemu. Ale przecież: jesteśmy.


Serce północne

Historia jest jak koronka: wędruje zawile, spiralami, lecz tworzy wyraźny wzór. Mówimy o subiektywnych odczuciach, które da się przybliżyć rozumowi za pomocą symboli i metafor. Czyli obciach. Ale cóż?

Kto jest jogin, ten doświadczył, kto nie jest, może wierzyć lub nie. Na podstawie kilku niezależnych przesłanek postanowiłam, że potrzebuję otworzyć okolice klatki piersiowej. Mówiąc metaforycznie: serce.

Był tam kamień, spory otoczak. To znaczy, tak mogę o tym odczuciu opowiedzieć. Otoczak, naturalnie, leżał, a leżąc dusił, gdyż oddychanie z ciężarem na piersi wymaga wysiłku. Prowokował kaszel. Lubię otoczaki, tak więc bez urazy stanęłam po stronie kaszlu. Co on mi chce powiedzieć? Do jakich czynów nakłania? Kaszlałam, śmiałam się i piłam jeżynówkę, lepiąc tony uszek ze szwagrem. Wygłupy, docinki; ciepło.

Następnego dnia okazało się, że otoczak zniknął. Mam nadzieję, że się tylko przemieścił.

Teraz mam serce północne: zimne i puste. W tej przestrzeni oddech wieje jak grudniowy wiatr. Czasem pada iskra i dziko płoną jodłowe lasy. Nie wiem.

Podejrzewam, że to dopiero początek. A my zaczynamy Boże Narodzenie.

A tymczasem, na drugiej półkuli...

Zimno. Ciemno. Wilgotno. Od zapaści w hibernację powstrzymuje nas tylko obowiązek świąteczny.
A tymczasem na siostrzanej półkuli zaczyna się lato. Oto boska równowaga.
Czy ktoś tam wczoraj zamarzył o ciszy i śniegu? Bo do mnie zapukały pragnienia tropikalne, kuszące i obce, więc nie sprecyzowane.

No i myślę o Sylwestrze. Po latach trwania w kapciach pod pierzyną, wreszcie wiem skąd i po co jest to bachiczne święto!



Panie i Panowie, Funkenpumpen Studios present! "Papa was a Rolling Stone". Stylizacja: ciuchy niby wyciągnięte z naftalinowych szaf mamy. Tamta dziewczyna potrafiła się ubrać, widać na zdjęciach jak ładnie pozuje.

Natomiast... Gdyby do kamienia przyrównać ojca, byłby raczej głazem narzutowym, w lawinach nie brał udziału. Aż tu nagle.Trochę chcąc, trochę nie chcąc, dane mu było zakosztować życia wagabundy. Otóż parę lat temu, w ramach umowy z siłą wyższą, musiał się wybrać na pieszą pielgrzymkę do stolicy diecezji. Szedł dwa dni drogą krajową z kijami do nordic walkingu. I mówi, że przez półtora dnia był człowiekiem najszczęśliwszym, a potem już ledwo szedł. Dojść jednak doszedł. I tym samym ustanowił dziedzictwo: legendę, którą się będzie przez pokolenia opowiadać przy stołach rodzinnych, która będzie szlifowana jak otoczak i ubarwiana szczegółami. I będzie zapalać ten błysk w oku.

Dziś ojciec już by nie poszedł, nie to biodro. Morał? Pozostawiam do Państwa dyspozycji. Rrrradosnych Świąt!

In the time of darkness


W sezonie największej ciemności mamy tak dużo pięknego światła, że tego nawet nie zauważamy.

Myśl pierwsza: Jak ja kocham te wszystkie poboczne światła i światełka, których zadaniem nie jest oświetlanie ani oświecanie, ale tworzenie półtonów, niejasności, wieloznaczności i sugerowanie tajemnicy. Kiedyś w tej walce niechlubnie się poddałam. I dlaczego uznałam, że jego rzęsista jarzeniówka jest ważniejsza od mojego niepewnego świecznika?

Myśl druga: Te wszystkie światła odciągają uwagę od danej nam o tej porze roku ciemności. Może też od ciemności wewnętrznej? W którą - dla pełni doświadczenia - warto byłoby raz do roku się zanurzyć?


***

PS: Na ciemniejszą nutę - ciągle jestem w chaosie remontowym i nie mogę się ogarnąć. I skąd ta wewnętrzna gruda?

Zaczyna się


Co zrobić, żeby rano wstać z łóżka? Kiedy pora i okoliczności ciągną w stronę katatonii?

Sposób pierwszy: zimna, naga przemoc. Wstać i do roboty. Nie pytać, nie kwestionować, nie wątpić, że wyjść i wykonać plan należy bez dyskusji.

Sposób drugi: zimny piec i/lub głodne dziecko.

Sposób trzeci
odkryłam dziś rano. Żeby mi się naprawdę, naprawdę chciało wstać, bez przymusu wewnętrznego, czy zewnętrznego, musi się w głębi mego sennego bytu  niebytu pojawić impuls. Żeby coś do mnie przyszło zaskakującego. Pomysł.

Dzisiejsza poranna myśl należała do takich nieoczekiwanych - choć patrząc wstecz dostrzegam  precyzyjną logikę; widzę jak się na zawias łączą i wprawiają w ruch większe elementy sytuacji.

W każdym razie, gdy pomysł przyszedł, zaskoczył mnie, będąc pozornie błahym, lecz atrakcyjnym i prostym. Leżą zapomniane pomarańcze. Dobry miesiąc temu pozowały do zdjęć, może nigdy nie były tak naprawdę jadalne. No to przerobię je na świątecznie i na pachnąco. Wstałam i zrobiłam, i się okazało, że sytuacja wymagała tego właśnie niewielkiego przecież czynu, żeby bez wysiłku popłynąć bardzo błogim nurtem. Śnieg stał się uzasadniony, jeśli nie mile widziany, śmieci się wyniosły, a pranie zrobiło, jedna praca ruszyła, a druga zwinęła się w kłębek w laptopie spokojnie czekając na swój czas, i oczywistym się stało co dziś mamy zrobić na obiad.

W Trójce śpiewa wspaniała nowa Celińska wyraźniej niż Muniek Staszczyk: "Jestem głodna, tak bardzo głodna. Kochanie, nakarmisz mnie snami?"



A Szanowni Państwo? Jak Państwo lubią wstawać?