Modny prezent


W pewnych kręgach zauważam modne -- dekoracje wykonane z opadłych gałązek.
Ww. gałązki (i badyle) nie opadły samoczynnie, strącił je orkan na wciąż pozbawioną śniegu ściółkę ukochanego mikrolasu. Tego na górce.

Cieszyłam się jak dziecko, wracając do domu z naręczem pachnącym jodłą i wiatrem.

Gałązki pozują z paprotką o przepięknych fifrzastych liściach, tak zwaną studentką. Zwaną tak, gdyż onegdaj, dawno, dawno temu zastałam ją na jednej stancji i potem już nie miałam serca jej zostawić. Każdą przeprowadzkę oprotestowała zrzucaniem liści, aż w końcu znalazła odpowiednio nawodnioną przystań w moim domu rodzinnym.

Dwa światy

Tradycje bożonarodzeniowe w Żywej Pracowni via Arek Twardowski :* :* :*
Ludowa interpretacja rytuałów przesilenia: struktury geometryczne ze złota ubogich, ze słomy. W środku "świat" z opłatka" (w tradycji był podwieszany pod pająkiem). Jeszcze spodem symbol nowych narodzin.
 
Przesilenie zimowe, i najkrótsza noc w ten piątek o 18.10 (jak to możliwe, że godzina jest tak dokładna? Nie wiem, pytajcie astronomów). Zostawiamy stare, przechodzimy przez międzyczas, wchodzimy w nowe. Jaki przyjdzie do Ciebie rytuał?

Wnioski można zapisać na folk-dizajnerskiej kartce LUKR całkowicie hand made.




PS: A to tylko dwa z pięknych i znaczących prezentów, które otrzymałam.
Czuję się głęboko obdarowana. Tak.

Dziękuję :)




Znajdą drogę poeci i wariaci



Cmentarz Cross Bones*. W Średniowieczy był tutaj niekonsekrowany cmentarz prostytutek, jak je nazywano "Gęsi z Winchester". Do XVIII stał się on miejscem pochówku ubogich, który zamknięto w 1853 roku. Tutaj okoliczni mieszkańcy stworzyli święte miejsce pamięci. Zmarli Wyrzutkowie, spoczywajcie w pokoju".

Poruszyła mnie ta historia.
Dzielnica Soutwark w południowym Londynie, blisko London Bridge. Od wieków były to dzielnica, gdzie wielkie miasto spychało swoje podejrzane czynności.
W 1996 roku lokalny poeta i mistyk (bądź jak kto woli - szaleniec) John Constable ma wizję, którą spisuje w formie wiersza. Duch prostytutki powierza mu swoją tajemnicę.
Błądząc po ulicach za wezwaniem tego głosu poeta trafia na miejsce pochówku, rozkopane przy okazji rozbudowy linii metra. Pospieszne i powierzchowne prace archeologiczne stwierdzają, że płytko pod ziemią pochowane są tutaj kobiety i dzieci. Kości noszą ślady typowych w tamtym czasie chorób: ospy, tyfusu, niedożywienia i postrachu tamtych czasów - syfilisu, czyli zemsty Nowego Świata przywiezionej przez konkwistadorów. Archeologowie wydobywają kilkadziesiąt szkieletów, szacunki mówią o 15 tysiącach pozostałych. Okazuje się, że kobietom, które otrzymywały od biskupa licencję na wykonywanie zawodu prostytutki i płaciły podatki na rzecz kościoła, odmawiano prawa pochówku w poświęconej ziemi; pozbywano się ciał na tym skrawku ziemi. Do czasu rozbudowy metra w dokumentach dzielnicy zaginął nawet ślad o istnieniu tego niekonsekrowanego cmentarza.

Tak zaczyna się ta historia - odkrywania tajemnicy, przywracania godności pochowanym tutaj zmarłym - i leczenia rany, jaką wielkowiekowe praktyki pozostawiły.

Od 1998 roku poeta-szaleniec Constable powołany do wykonania tego zadania organizuje tutaj ceremonie i zdołał zgromadzić dość liczną społeczność zainteresowaną losem tego miejsca i zmarłych, do których skrawek ziemi należy. Fundowano pamiątkową tablicę, która wiele razy była usuwana, "tajemniczy ogrodnik" zasadził i pielęgnował przez lata nielegalny ogród. Oczywiście, w międzyczasie stoczona została batalia o to, żeby nie go zabudować luksusowymi apartamentowcami.

Stopniowo, krok po kroku boży szaleńcy zdobywają rozpoznanie przestrzeń w świadomości władz miasta dla "Zmarłych Wyrzutków". Obecnie plakietka już nie znika i w posiadaniu społeczności są oficjalne klucze do ogrodu, który na spłachetku powstał. W winchesterskiej katedrze zawodowy chór i setka mieszkańców wykonała przedstawienie w oparciu o historię "Gęsi z Winchester" opowiedzianą poprzez wiersze Johna Constable. Kościół wyraża troskę.

Co mnie poruszyło w tej historii? Chyba najbardziej to, że w opowieści Constabla nie ma cienia żalu, czy nienawiści do tych, którzy zapomnianej historii nie chcieli uznać przez te wszystkie lata. Jest to natomiast opowieść o leczeniu ukrytej rany - krok po kroku, kropla po kropli, wstążka po wstążce, wiersz po wierszu, emocja po emocji. Świat rzeczywisty miesza się tu ze światem mistycznym, nikt nie narzuca swojej interpretacji tego, w jaki sposób nieukojone duchy istnieją, a jednak wiemy, że jakoś istnieją; poznajemy po tym, jak ta historia nas porusza. Mistyk szaleniec staje się liderem i doprowadza do tego, że miejscowi ludzie - sami w innym sensie biedacy i wyrzutkowie - znajdują w sobie nową siłę i zyskują poczucie też własnej godności.

Tak przynajmniej to sobie wyobrażam. Bo przecież jak jest, dokładnie nie wiem.

Mój terapeuta zaraz by zapytał; a ty? Co ty w sobie zepchnęłaś poza margines niepamięci? Co w tobie domaga się uznania, uhonorowania i przywrócenia godności? Gdzie leży pochowana twoja święta ladacznica i jej nienarodzone dzieci?
Albo inaczej: moja wewnętrzna mistyczka-wariatka podpowiada mi, że co należałoby zrobić? Co i jak leczyć? Porządkować i uspokajać* kości? I co za kości mistyczne??

Grubo.

* "Bones" - kości oczywiście. "Cross" ma podwójne znaczenie - "pokrzyżowana" i "zła".

W świetle gigantów. Odżywianie i leczenie

Ktoś pamięta, jak się nazywał ten gigant czy tytan z greckiej mitologii? Ten, co odzyskiwał siły przy zetknięciu z ziemią? Szukam i nie mogę się dogrzebać, ani w pamięci, ani w guglach.
Jego pogromca (którego imienia również nie pomnę) wziął go na bary i trzymał w powietrzu tak długo, aż gigant skonał bez kontaktu z życiodajną energią.

Ten mit mi się przypomina, zawsze, jak jadę autem z Krk w rodzinne strony. Droga przez Tymową meandruje wzniesieniami i lasami, a odkąd zbudowali autostradę jest jeszcze bardziej pusta, a ja z każdą górą i z każdym widokiem nabieram nowych sił. Prze - pię - kne są moje rodzinne strony.

I jeszcze TO mi się wczoraj przytrafiło! Zaproszenie na finałowy koncert urodzinowy Krzysztofa Pendereckiego w niedalekich Lusławicach.

[przerwa na omdlenie]

Jeśli ktoś nie kocha współczesnej muzyki klasycznej, to ja mu dzisiaj powiem tylko tyle, że ja kocham.
Jednak muzyka Pendereckiego w jest w tej historii, którą dzisiaj chcę opowiedzieć, jedynie skromnie genialnym początkiem.
Przy tej okazji inspiruje mnie rozmach przedsiębiorstwa E. i K. Pendereccy, które na głuchej wsi miało wizję i determinację wybudować centrum muzyki z hipernowoczesną salą koncertową. I które regularnie gra tam - jakby nie spojrzeć - dość wąsko popularny repertuar, i ma tę salę wypełnioną.
To się nazywa umieć zdobywać publiczność :)

Ja tymczasem siedzę teraz w słońcu przy rodzinnym stole i przeglądam stare i świeże "Tygodniki Powszechne".

To nie moja opcja światopoglądowa, lecz to pismo kładzie się ulgą na różne ma bolączki i urazy duchowe oraz psychiczne jak niczym balsam kręgowy franciszkański z naturalnymi olejkami na reumatyzm stawów i mięśni, postrzał, rwę kulszową, sztywność stawów, uderzenia oraz stłuczenia.

Życzę Wam nieco błogości w tej niedzieli, Kochani :)



Zimowe wzory poranne



Dziś był burzliwy i mokry poranek. A ja uwielbiam ten sweter. Chciałam nowy szary, ale trafił się ten; długi, ciepły, niedrapiący, z pięknej, gatunkowej wełny. Sweter babciowej mocy.

Sklepowa z dojrzałą bywalczynią szmateksu wymieniły spojrzenia - Już dzisiaj ktoś mierzył, ale to trzeba mieć styl.

Nie wiem... Według mnie te ciepłe wzory mogłaby założyć każda babcia. Wczoraj dmuchnęło zimowo, dzisiaj włożyłam sweter pierwszy raz. Wzięłam wolne i uczę się siebie: jak być z każdą emocją? To ja, takie coś przeżywam? No to do dna, nie zrzucać na wszystko dookoła. Chociaż dom coraz bardziej nie posprzątany i, szczerze, coraz bardziej mi to przeszkadza.



Zgaduj zgadula, gdzie złota kula?

Dałam się porwać przez grupę
To była przepiękna podróż
Jeszcze piękniejsza na zdjęciach, które same sobie nadawały szlif i głębię 3D
Pociąg jechał wysokimi wiaduktami
W poszukiwaniu zagubionej szansonistki oraz orkiestry dętej
Idziemy przez prywatne amfilady przystojnej pracownicy Urzędu Miasteczka
(o charakterze jakby orientalnym, miasteczko; pracownica słowianka)
Które to mieszkanie ma przepiękne szafy
Gdzie warto by było narobić bałagan
Nim zasięgniemy języka u portiera w nocnym klubie za rogiem
Tuż za kuchennym drzwiami

***
Kiedyś zaczytywałam się w Bruno Schulzu. Teraz już nie muszę, bo sama mam sny o miasteczku.
***

Fakt empiryczny pojedynczy, z obserwacji mojej mamy: kiedy miała przyjść powódź w mojej wsi, ślimaki powłaziły na drzewa wiele godzin przed nadejściem fali.
Fakt uogólniony: istnieje coś takiego, jak fala pilotująca, poprzedzająca nadejście zjawisk. Czy nie taka fala powodowała słynną Białą Panią, która na ulicach Zakopanego przez lata zwiastowała halny?
Hipoteza: w ten sposób o sobie uprzedzają nie tylko zjawiska pogody.
Hipoteza: wyrazem fali pilotującej bywają sny.

Jeśli tak, to wiem już, że poza poszukiwaniem wspomnianej szansonistki, że przez najbliższy rok będziemy: naprawiać elektrownie atomowe, gasić wybuchy w galeriach handlowych, rozdawać tęczowe żelki, otwierać rozpaczliwie pozamykane drzwi komórek i wypuszczać z nich siebie, wpuszczać czarne psy oraz przyciskać opiekunki, żeby oddały dziecko.

Nie wszystko zapamiętałam, ale i tak zabawa zapowiada się niezła :)

Oczywiście nie muszę dodawać, że język snów jest symboliczny, metaforyczny, porównawczy, alegoryczny, hiperboliczny i inne takie. Kto chce mieć pojęcia uściślone, niech czyta kodeksy. A i tu, szczerze, wątpię w możliwość absolutnej suchości i ścisłości ;)



Zamiast koralików

Trochę mi żal, że od przedwiośnia zaniechałam haft koralikowy.


Ale przecież dziergam inne rzeczy. I nawet się udaje :)
I tak, od przyszłego weekendu  rusza w Krakowie dwuletnie studium psychoterapii metodą psychologii zorientowanej na proces.


Nie przejmować się złą datą na banerze, po prostu mieliśmy obsuwę.
Miło tak: pomyśleć, że nic nie było, tylko życzenia i chęć kilku osób, które zbiegły się w przychylnym czasie i danym miejscu, i coś jest, zmaterializowało się. Jestem małą, białą lokomotywą ;)



A za dwa tygodnie kolega z roku zaprasza na swój pierwszy, autorski warsztat.


I zrobiliśmy FILM!!! Mateusz tresował kota, ja ZMONTOWAŁAM. Wszystko przez internet, paaanie! Filmik ma urok samizdatu (co ja akurat lubię).


Też jestem małą białą lokomotywą :) No miło... I zapraszam ja też!



 

Ocean nienawiści

Wychowałam się w dość "normalnym" domu. Moi rodzice starali się, jak najlepiej umieli. A jednak. A jednak to nie wystarczyło, nie nauczyłam się konstruktywnie korzystać z emocji. Nauczyłam się je maskować, nawet sama przed sobą.

Pierwszy raz odkryłam emocje dla siebie na studiach, przez praktykę jogi. W miarę, jak się uczyłam coraz dokładniej czuć mięśnie, ścięgna, kości i akceptować, że jak jakieś odczucie jest, to jest, stopniowo okazało się, że to jest coś, co się czuje w ciele, nie wymyśla głową (co się powinno czuć w danej sytuacji).

Drugie odkrycie emocji było w zeszłym roku, dzięki książce Amy Mindell "Metaumiejętności. O sztuce terapii". Dotarło do mnie, że kontakt ze swoimi emocjami i szacunek dla nich to nadrzędna umiejętność (czyli umiejętność "meta").

Trzecie odkrycie emocji wydarzyło się dzisiaj.

Karla McLaren we własnej rodzinie została nazwana jasnowidzącą, tak wiele wiedziała o ludziach z samego tylko kontaktu z nimi. Jako dorosła stwierdziła jednak, że jest jedynie zwyczajną hiper empatyczką i zaczęła studiować antropologię, lingwistykę, psychologię i socjologię, by zrozumieć ludzką emocjonalność. Efektem pracy jest książka "Język emocji".

Karla McLaren za progresywnymi lingwistami twierdzi, że emocje, to "wymagające działania programy neurolingwistyczne", każda z nich jest ważna, jako informacja co się dzieje w moim otoczeniu, jak powinnam zareagować. W naszym świecie niektóre emocje uznane są jednak za "negatywne" - nie bardzo można je wyrażać, właściwie najlepiej wcale ich nie mieć. Jak na przykład złość, niezbyt mile widziana szczególnie u kobiet, a przecież informuje, że zostały naruszone jakieś moje granice. Inną niechcianą emocją jest nienawiść. Dlaczego o tym piszę.

Parę dni temu odkryłam, że mam w sobie ocean nienawiści. Nie wchodząc w detale: nie bardzo jeszcze wiem czego/kogo nienawidzę; jakoś jest to związane z mężczyznami.

Wracając do pojęcia "metaumiejętności": umiem już oddzielić siebie od emocji. "Ja" jest jak koryto, które może utrzymać w sobie bieg rzeki, jaką jest emocja. Szłam ulicą po kłótni, czułam tę ogromną nienawiść, czułam jej niuanse, jak niuansem morza są ryby i fale na piasku, i część mnie była pełna podziwu. Oto jestem, taka silna, potrafię w pełni doświadczyć tak głębokiej nienawiści, i nie załamać się w bezsilności, ani nie zatracić w złości. Wiem już teraz jak nienawiść jest emocją, która może łamać albo całkowicie pochłonąć ludzi. Pomyślałam też: Wow! Mogę nienawidzić tak szczerze i głęboko, prawdopodobnie też jestem w stanie tak szczerze, głęboko i szeroko kochać.

Chciałabym.

Ocean przepłynął przeze mnie i zostawił mnie ze świadomością kim jestem. To ja, kobieta pełna niesprecyzowanej nienawiści do świata stworzonego przez mężczyzn, dla mężczyzn.. Samotna, bo ten ocean oddziela mnie od innych ludzi. Co ja mam z tym zrobić? Czerpać łyżką? Zrobić czółno z mydelniczki?

Jak żyć? Jak żyć z nienawiścią?

Odpowiedź przyszła -- w postaci pracy Karli McLaren. Nienawiść, mówi Karla, pokazuje mi mój cień, coś, czego nie chcę zobaczyć w sobie. Praca z nienawiścią jest pracą z cieniem.

W praktyce można na przykład zrobić listę cech, których w obiekcie nienawiści najbardziej nienawidzę. Prawdopodobnie będą to rzeczy, które uważam za sobie zabronione. Ja taka nie jestem i nigdy nie mogłabym być. I właśnie te cechy trzeba zacząć w sobie zauważać, albo pozwalać sobie na nie.

Karla proponuje, żeby listę położyć w świętym kącie. Inne jej ćwiczenie to "spacer z cieniem". Należy iść na medytacyjny spacer z problemem, a potem w wyobraźni zapytać znienawidzoną osobę o rozwiązanie.

Pracując metodą psychologii procesu mogłabym w wyobraźni stać się przedmiotem swojej nienawiści, wcielić się w jej/jego rolę i w ten sposób zacząć integrować cień.

Bardzo, bardzo ciekawe. Bardzo ciekawe jaki ląd znajdę za tym moim gorzkim i słonym morzem nienawiści.

Ktoś z Szanownych Czytelników może już taki ocean przepłynął i może udzielić wskazówek?


Muzycznie, o wschodzie słońca ;)






Dżungla albo parapety



Mieszkam w małym bloku postawionym we wczesnych latach 80, wśród najczarniejszej socjalistycznej nocy. Prawdopodobnie w ramach kontry, klucze dostałam z brelokiem upamiętniającym okrągłą rocznicę zwycięstwa Jana III Sobieskiego pod Wiedniem.

Mieszkańcy są dumni, że dom jest zrobiony z cegły, a nie z wielkiej płyty, ale -- mówiąc między nami -- budownictwo jest to marne, bo materiały byle jakie, a umiejętności i etos architektów i budowlańców nieco rozmyte i nadgryzione zębem korupcji.
A jednak był to szczyt spełnienia marzeń, dostać tu mieszkanie i ludzie byli tu szczęśliwi. I coś z tego ducha nadal tutaj mieszka, chociaż zostali Ci, którym w postkomunistycznym wyścigu nie udało się wygrać i przenieść do większych metraży, materiałów budowlanych lepszych o tyle, że nowych i filozofii "taniej zbudować, drożej sprzedać".
W pewnym sensie są przegrani w wyścigu dzikich szczurów. W innym sensie ci maruderzy to awangarda życia "slow" i toflerowskiej "trzeciej fali" postindustrialnej. Ludzie trzymają się razem, często się odwiedzają w mieszkaniach, po krokach poznaje się która idzie sąsiadka, a dziadek ma czas chodzić na spacery z wnukami. Tutaj jeździ się pod namiot z domowymi zapasami i robi się bataliony słoików na zimę. No i pielęgnuje się ten charakterystyczny detal polskich bloków -- doniczki na korytarzach.

Kiedy dokumentowałam naszą mikrodżunglę, wyobraźnia mnie poniosła i zobaczyłam te parapetowe ogródki jako zaczątek wspólnoty, wzięcia osobistej odpowiedzialności za kawałek przestrzeni nie-mojej. Moglibyśmy z sąsiadami się dogadać i urządzić kawałek klatki schodowej po naszemu.

Znając gust sąsiadów, kłótnie byłyby epickie :)

Akcenty patriotyczne



Drogi etnografie/droga etnografko, badaczu/badaczko dnia codziennego Polaków. Co o życiu mówi dzisiejszy stół:

a. Stół. Chciałam mieć z tradycjami, typowo krakowski. I mam, nabyty od Emaus. Bezdomni prowadzą skład przedmiotów z drugiej ręki na uroczym, kameralnym osiedlu w Nowej Hucie, budowanym w czasach, kiedy planiści-urbaniści mieli jeszcze pomysły na miarę ludzi. Polecam pod każdym względem. Skarby za grosze, konsumpcja hula pod płaszczykiem moralności, jest okazja porozmawiać z ludźmi, którzy coś innego wiedzą o życiu, i ten romantyzm Nowej Huty. Ze stołu niebawem będzie zdzierana stara skóra.
b. Serwetka nabyta w lokalnym szmateksie. Nie wiem skąd przyjechały szmaty? Pewnie z bogatych krajów, upychają u nas i jeszcze bardziej bogacą.
c. W roli flakonów butelki po piwach 0,33 l, produkcja krajowa, lokalne browary. Lubię te piwa, tą objętość i te butelki, za ich pękaty kształt i kolor. Ale ileż można, zachowałam tylko dwie.
d. Pietruszka z zieleniaka. To jest jedyna poważna wada mojej dzielnicy, nie ma targu warzywnego. Zieleniaków jest cztery w promieniu 10 minut, a każdy niedoskonały. Za to pietruszka o tej porze roku! Mam wrażenie, jest najbardziej aromatyczna, sypię pękami.
e. Lampka z ikei, na marmurowej płytce po lampie z lat 80. Była domorosłym brzydactwem bez gustu i proporcji, ale zrobionym przez prywaciarza ze szlachetnych materiałów. Przydadzą się.
f. Książki, teczka z przepisami i rachunki. Wreszcie się zebrałam i załatwiłam sprawę przetrzymanej książki w bibliotece publicznej na Rajskiej. Łaskawa dyrekcja zamieniła karę pieniężną na sześć książek. Czekają na widoku! Rachunki... Cóż. Patriotyzm ma ciężki kryptonim: ZUS VAT-7 PIT-5.


***
Wiem, wytyka mi to nawet brat: jestem niestandaryzowaną Polką.

I nawet powoli zaczynam się dobrze z tym czuć; oczywiście, w skali globu, nic w moim życiu tak znowu wyjątkowego. Ot, dziecko ze wsi w kraju postkomunistycznym nieopatrznie wkracza na drogę indywiduacji i jednocześnie próbuje znaleźć miejsce dla siebie w społeczeństwie kapitalistycznym i przemysłowym. Które to społeczeństwo po cichu samo w siebie przestaje chyba już wierzyć, ale lepsze opcje nie są jeszcze oczywiste. Puenty nie będzie.

Listopad



Lubię być w domu.

Pierwszy mróz

Dziabnął mnie, jak wysiadałam z rozgrzanego pociągu w noc przed Wszystkimi Świętymi.

Zatoka boli raz lewa, raz prawa, staram się zopiekować bólem bezibuprofenowo. Pomaga napar z oregano w specjalnym kubku mamy, nalewka z trzech kwiatów: akacja, lipa, sosna, nagrzewanie lampą i w ogóle grzanie. Wyobrażam sobie jak cudowny byłby woreczek z ciepłym piaskiem na zatoce. Ogólnie pomaga tez, jak się z bólem prześpię. Już nie całkiem boli, a nawet całkiem nie boli, ale świadomość odlatuje trochę od napompowanej głowy i dzisiaj nie będę intelektualistką.

Ciekawostka: jakiś czas temu we wsi nastał proboszcz wychowany przy ojcu na budowie kościoła. Pierwsze, co na nowej parafii, wziął się za poszerzanie przybytku bożego. Idąc tamtej nocy od stacji weszłam w cień rusztowania i zobaczyłam -- przejrzyste od mrozu niebo, usiane gwiazdami niczym budowa piaskiem.

Nowa, wielka bryła kościoła przysłoniła iluminację od lamp na szosie i uwidocznił się firmament.

Morał: lepiej mieć w wsi sodówki czy gwiazdy?


***
I w ogóle jestem jakaś odwrotna: zamiast zwrócić się ku kontemplacji śmierci, w to Święto Zmarłych widzę życie i życie.


Le roi soleil

To co robię czasem o wschodzie i codziennie o zachodzie, to nie jest kult.

Chyba, że kultem nazwać świadome wchodzenie w relację ze zjawiskiem, otwieranie się i zaufanie, pozwalanie, żeby mnie uczyło -- jeśli przyjdzie jakaś myśl; żeby na mnie działało -- i przemieniało, jeśli tak.

Siedzę opatulona przeciwprzymrozkowo, bezpiecznie wtulona w konar ciotki jesiona, z tą herbaciną w ręce; kaniony trzech szos szumią coraz głośniej, podczas gdy jego różowość narasta. I tak:

  • Myślę sobie, piszą bez emocji w książkach do historii: przyszedł Mieszko I, ochrzcił ogniem i mieczem, wyciął święte gaje w pień i postawił na to miejsce kościoły... Czego ja chcę, ok? Q książkach do historii szerzony jest kult siły, nie empatia do kogo/ czegokolwiek, ale jaka to była tragedia?? Jak się znało to drzewo jako istotę, nie surowiec. Jakby matkę, ojca zabili i nawet nie chcieli wiedzieć, że zabijają!
  • Spektakl "światło i dźwięk miasta" rozwija przede mną swój dramatys, a ja szybko kalkuluję "zaraz, na wschód to my, patrząc w stronę słońca, lecimy do przodu, spadamy z globem, nie?". Spadamy! Juhu, wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię, a my mentalnie przeskoczyliśmy z niewzruszonego gruntu i wskoczyliśmy na kosmiczną karuzelę, stateczny i szalony taniec wśród gwiazd!!! Mogę się temu poddać! No co... Takie mam myśli, karkołomne i  astronomiczne ;)
  • Zaczyna to być ważne, orientować się gdzie wschód, gdzie zachód, a gdzie ja jestem w sieci południków i równoleżników, nanopionek jak ptaki śpiewające na południe, ja jednakże niezbywalnie umocowana magnesikiem grawitacji do twardego gruntu. 
  • Jaką to się drogę interesującą przeszło, idąc za okruchami, ścieżką fascynacji: od złota, do słońca??

Wracam do domu zbudowana, oczyszczona, trochę śpiąca. Normalnie, żyć się chce, jakby? Niech więc w żyłach popłynie kawa i/ albo rytmy z kawy ojczyzny.


To się nazywa BATUCADA :DDD
Niefachowo, orgia bębenkowa.

 

Dziękuję jednej wyuzdanej feministce, i drugiej za poranne ożywienie :)

"Każdy wie, że w szeregu zwykłych, normalnych lat rodzi niekiedy zdziwaczały czas ze swego łona lata inne, lata osobliwe, lata wyrodne, którym -- jak szósty, mały palec u ręki -- wyrasta kędyś trzynasty, fałszywy miesiąc.

Mówimy fałszywy, gdyż rzadko dochodzi on do pełnego rozwoju. Jak dzieci późno spłodzone, pozostaje on w tyle ze wzrostem, miesiąc garbusek, odrośl w połowie uwiędła i raczej domyślna niż rzeczywista.

Winna jest temu starcza niepowściągliwość lata, jego rozpustna i późna żywotność. Bywa czasem, że sierpień minie, a stary gruby pień lata rodzi z przyzwyczajenia jeszcze dalej, pędzi ze swego próchna dni-dziczki, dni-chwasty, jałowe i idiotyczne, dorzuca na dokładkę, za darmo, dni-kaczany, puste i niejadalne, dni białe, zdziwione i niepotrzebne.

Wyrastają one, nieregularne i nierówne, niewykształcone i zrośnięte ze sobą, jak palce potworkowatej ręki, pączkujące i zwinięte w figę.

Inni porównują te dni do apokryfów, wsuniętych potajemnie między rozdziały wielkiej księgi roku, do palimpsestów, skrycie włączonych pomiędzy jej stronice, albo do tych białych nie zadrukowanych kartek, na których oczy, naczytane do syta i pełne treści, broczyć mogą obrazami i gubić kolory na tych stronicach, coraz bladziej i bladziej, ażeby wypocząć na ich nicości, zanim wciągnięte zostaną w labirynty nowych przygód i rozdziałów.

Ach, ten stary, pożółkły romans roku, ta wielka, rozpadająca się księga kalendarza! [...] To o czym tu mówić będziemy, działo się tedy w owym trzynastym, nadliczbowym i niejako fałszywym miesiącu tego roku, na tych kilkunastu pustych kartkach wielkiej kroniki kalendarza".

Bruno Schulz
"Noc wielkiego sezonu"


PS: Kto dziś oglądał jak słońce zachodziło? W KRK zwykły przepych.

Bo tak się trudno rozstać

Rzucam nałóg i upamiętniam dni "bez". Wybór padł na stary poliester.

Dalszy ciąg plecionych robót ze szmat.


Przedwiosenny wpis o dywaniku ze szmat szybko wbił się pośród najchętniej czytane. Tamta spirala ostatecznie zatrzymała się na etapie podkładki na stół i wciągnęła dwa podkoszulki z cienkiego dżerseju. Podnosi mnie na duchu codziennie, jak na nią patrzę, i zachęca do projektu bardziej ambitnego. Będzie to narzuta na łóżko z moich ulubionych cienkich dżersejów. Rzeczy lubiane, wychodzone, zadomowione i spłowiałe do miękkości. Kupiłam je, bo mi się podobały, bo są z materii szlachetnej, nie chcę się z nimi rozstawać. Koc będę dziergać i medytować dobre kilka lat.
Na przykład o tych kobietach, które za grosze pracują w strasznych fabrykach, żebym ja mogła kupić po taniości, ciągle nowe i nowe.
Albo o tej Czeszce, która za czasów dzieciństwa mojej mamy, na ulicy Granicznej tkała dla wszystkich chodniki, na zamówienie, i na metry. Z własnymi szmatami było taniej, choć nie wiem, czy tkane było z własnych, czy szmaty krążyły po przedmieściu. Niektóre sama farbowała i potem farbowały też chodniki. A dzieci przychodziły dla zabawy, ciąć szmaty na paski do tkania.

Jak dojdę do bardziej fotogenicznego koloru, to opiszę dokładnie jak tnę, plotę i zszywam - w ramach podziękowania dla osób, które tutaj z powodu dywaników zaglądają.

Jest i drugie zastosowanie starych szmat, tym razem w postaci zmemłanego kocyka polarowego z ikei. Przełom października i listopada to najwyraźniej dla mnie dobry czas na zmiany. Drastyczne, typu wyrastanie, dorastanie, odrzucanie starych struktur i szukanie nowych. Zmiana ma osnowę i wiele wątków, część jest mocna, inne subtelne, a jedną z pępowin, które mnie trzymają w starym świecie, jest uzależnienie.

Rzucam to! Wychodzenie z nałogu konfrontuje z życia tajemnicami głównie bolesnymi, paroma chwalebnymi; radosnych w tym temacie - a tym bardziej świetlistych - nie widać. Ale może się pojawią, a ja wtedy spojrzę za siebie i powiem: taaaak... Dlatego każdy dzień "bez" postanowiłam upamiętnić; to jeden z tych pomysłów, które się ma o 3 nad ranem. Po namyśle wybór padł na szmaty, i na krzyżyki. Ale teraz po drugim namyśle zwątpiłam, czy wieczysty poliester jest dobry. A jeśli potem zechcę zapomnieć i spalić symbol? Będzie straszny smród.


PS: Muzyka do szmacenia

Rezydentka


Przez parę dni opiekowałam się kotem, przełamując obrzydzenie do perwersji, jaką dla mnie jest kocia kuweta w mieszkaniu, szczególnie na metrażu mikro.

Zmieniłam wiele swoich przekonań na temat kotów. Po pierwsze, Żulka, kot pomieszczeniowy od urodzenia, całkiem dobrze egzystowała na tych moich 33 metrach; na balkon zaglądała jedynie z wielką rezerwą. Wieczorami urządzała sobie polowania wyimaginowane i było trochę rumoru, ale nic nie zostało zniszczone czy potłuczone, bo Żulka to stworzenie inteligentne. Mam wrażenie, nie gada, bo jej się nie chce. Albo to ja nie mam w mózgu włączonego guzika "telepatia". Ale Żulka odbiera moje myśli, a ja łapię język ciała, więc dogadałyśmy się w ciągu 36 godzin i powstała komitywa, tym bardziej, że otwieram szafy, a poza tym czasem robię na drutach, co czyni mnie świetnym obiektem zabawy w myszę.

Na marginesie: ciekawe były to polowania, dzikie szarże na obiekty choćby odrobinę ruchome. Najwyraźniej koty potrafią kompensować porywy swej natury symbolicznie. Jak ludzie.

Po drugie, jak jest z rzekomym kocim przywiązaniem do miejsca? U mnie poczuła się świetnie od razu, zaanektowała i zdominowała przestrzeń - jak widać na załączonym obrazku, gdzie zalega na głośnikach, bo wyższego punktu w mieszkaniu nie było. I nie za bardzo miała ochotę wracać się do domu, jak po nią przyszli. Miło było spędzić z tobą te kilka dni, Żulio, to bardzo ciekawa znajomość.

A poza tym moje praktyki solarne - nie mogę się nachwalić, jak mi służą.
Właściwie otworzyłam kompa z myślą o zanotowaniu dzisiejszych imuplsów, odkryć i tropów... Uciekły z głowy. Nie szkodzi, gdzieś się przecież przyczaiły, złapię je jutro, albo przyjdą nowe.

Hallo darkness

W tym roku wchodzę w jesień z oporem. Tym bardziej to trudne dla mnie, że kiedyś kochałam tę porę, aż tu nagle coś się zmieniło, i pokochałam lato. Czyżby to były miłości wykluczające?

Wczoraj jednak  znalazłam coś i pomyślałam: oto może być lek! Natychmiast, czyli dzisiaj, zaaplikowałam.

Jest to praktyka związana z oswajaniem, czy też uczeniem się od ciemności: trzeba wstać przed świtem i z kubkiem aromatycznego naparu przywitać słońce. To samo wieczorem, słońce pożegnać. Jedno i drugie najlepiej na otwartym powietrzu, co w mieście nie jest aż takie bardzo oczywiste.

Zachód jest dobrze widoczny, ale okna moje nie wychodzą na wschód, zatem o świcie zapakowałam lipę z lipowym do przenośnego kubka i w jakiejś takiej niby siąpawicy, niby nie, poszłam szukać dobrego miejsca z widokiem. Takie miejsce znalazłam, na grzbiecie naszych podgórzowych skałek, czyli na Wgórzu św. Benedykta, za Fortem, kaplicą i nad starym cmentarzem jest taka ciotka jesion z konarem wygodnie wygiętym w siodełko z widokiem na słońce wschodzące z kopcem Krakusa, nad Prokocimiem i ciepłownią w Łęgu. Oceany szos i trakcji ryczą z trzech stron.

Tak że symbole wszystkich tradycji, oraz ugruntowanie w realiach, mam bezpiecznie, w zasięgu.

I jak? Trafione w mój punkt. Mam zamiar praktykować do zimy.

Jak się mogłam tak ostatnio od zasilania oderwać??


I przypomniała mi się piosenka, która stara była już jak chodziłam do liceum. Choć wtedy myślałam, że to o "brzmieniu ciszy", a dzisiaj wiem, że piosenka jest o tym "jak brzmi milczenie", mimo wszystko czas wykazał, że obserwacje, odczucia i idee, które znalazły we mnie oddźwięk wtedy, jedynie mocnieją z czasem. Niech się utwór dziś tutaj pojawi w świeżym wykonaniu :)





PS: Kolejnego dnia rano, czyli w sobotę, wciąż widać było wielki księżyc w pełni. I doczytałam jeszcze, że tam gdzie kaplica, możliwe, że była fortyfikowana siedziba lokalnego księcia, wskazują na to ślady sztucznej fosy, fundamenty i legenda o księżniczce zaklętej w kaczce w podziemnym jeziorze (w tych wapiennych skałkach jaskinie są jak najbardziej, w jednej jest nawet salka widowiskowa i spora część domu parafialnego św. Józefa...).
Zauważyłam też, że ciotka jesion urosła w niespotykany kształt, bo jest to ścisła skupina pięciu drzew tego gatunku, które wygięły się na zewnątrz swego graniastego kółka, żeby się od siebie oddalić. Z czego jeden miał czubek złamany w maleńkości  i rozrósł się w dwa, tworząc właśnie ciotczyne siodełko.

Wyobraźnia od razu w obroty, dlaczego te jesiony tak dziwnie, czy może pozostałość po pogańskiej tradycji z czasów owego księcia? I ktoś te drzewka dla pokoleń wciąż sadzi w ciasne kółko graniaste? Czemu nie, Kraków jest przecież dość konserwatywny... (tu się zaśmiałam w głos na swój suchy żarcik). Miejsce jest w końcu dobre na jesienno-zimowe praktyki solarne. Może nas przodkowie byli nie mniej pragmatyczni niż my i zwyczajnie przychodzili się naćpać witaminy D, i na tym polegała siła kultu? Że to działało, i na wielu poziomach?

A potem przyszła mieszkanka wzgórz z wielkim, nomen omen, bernardynem psem, wymieniłyśmy rytualne słowa, że jednak zimno, od czego zrobiło się ciut ciepło. Nawet jeśli jestem na bernardynowym błoniu intruzem wśród górnopodgórskich willi, wypasionych pokoleniami mieszczan ze smykałką do handlu i przemysłu.

O pałacu cukrowego króla opowiem innym razem, bo to zupełnie inna historia, a jutro przyjdę wcześniej, żeby złapać moment przejścia ciemności w światło.


Kryzys wieku

"Krytyk ma prawo być ze wszystkiego niezadowolony
z rozpaczy przez nieistniejące arcydzieło".

Charles Baudelaire

 
Czasem coś tam napiszę.

Przeważnie źle. Mam wysoko ustanowiona poprzeczkę; co mnie w dziedzinie słowa rusza, daje cenny dreszcz i sama w sobie ów dreszcz wyzwalam niezmiernie rzadko. Co w efekcie czyni wieczną tęsknotę, kopirajterstwo* i grafomanię. A jednak, a pomimo, potrzeba wyrażenia czegoś - nie dokładnie wiadomo czego - słowami towarzyszy mi w postaci tęsknoty chwytającej się trzew okresowo**.

Typowo tłumię to, przerabiam na sucho, ew. niby-humor humor, taka szarża; albo nic nie mówię i jakoś mija. Dopiero całkiem niedawno przestałam tak całkiem się z przed sobą z tym kryć i pozwoliłam na mały, ledwie widoczny mikroupust na boku, gdzie w różny sposób, taki, czy inny, próbuję się do tęsknoty dobrać, coś z siebie wybebeszyć***. O obciachu!

I co się okazało.

I co się okazało. Że jednak kropla drąży, i jeśli pozwolę dziwnej skłonności zaistnieć, dam jej trochę światła, w końcu odkryje przede mną swój sens (prawdopodobnie życzliwi postronni już od dawna wiedzą o co chodzi).

I tak.

I tak jednym z głównych tematów mojego pisania jest samo pisanie, potrzeba wyrażenia potrzeby. Przysłania on inne tematy: co właściwie idzie za tą potrzebą. I pomyślałam sobie: no jestem marginesem. Mój głos, moje doświadczenie: dziecka, potem dziewczyny, kobiety, wychowanej na wsi, potem przeszczepionej do miasta, nie mieściło się w kanonie lektur szkolnych****, ani pozaszkolnych, przynajmniej mnie o nie były dostępne na prowincji. Muszę sobie teraz boleśnie przeorywać beret, przedzierać się przez warstwy "tak się robi", "tak powinnaś", a "tego ci nie wolno", żeby dotrzeć do własnego żywego mięcha. Przez bagno drwiny - sama nie wiem, czy zewnętrznej, chórem starców, patriarchów i sióstr Kopciuszka, czy już bezszwowo uwewnętrznionej.

I tu mi się cisną na usta słowa iście niecenzuralne: już jestem całkiem duża (żeby nie rzec: starszawa). Już sama mogę decydować co mówię, komu - i ile za to płacę!!!

Mogę?

I jeszcze myślę, że każdy ma taki swój osobisty zakątek doświadczeń niekanonicznych, pozaparadygmatycznych, niedozwolonych, a więc wstydliwych i wyrażalnych z trudem, albo w porywie szaleństwa.


* Z ang. copywriter, autor tekstów reklamowych, ma zadziwiać, nie odbiegając jednak od prostych skojarzeń i stereotypów. Może straszyć, budzić poczucie gorszości oraz pożądanie. Raczej ma być łatwo, miło i przyjemnie; i nawet wcale nie jest to kłamstwo, nie sensu stricte.
** Grafomanka we ujęłaby myśl w proste słowa: jest to cichy skowyt oraz wycie wewnętrzne.
*** Dziękuję tym kilku osobom, które czasem mi w próbach wyrażenia ww. towarzyszą.
**** Dziękuję Ministerstwu Oświaty za włączenie w program choćby Wiesława Myśliwskiego i Tadeusza Nowaka, którzy pisali o doświadczeniu wsioka. Głosu żadnej kobiety z tego kręgu rzecz jasna nie było do włączenia.

Rozmowy z praniem



One czasem tak złapią, nie?
Fenomeny drobne, prawie niedowidzenia.

Przecież się nie analizuje co z czym jak się wiesza pranie.

Polifonie jesienne


To ten czas. On wrócił.
Potrzeba ekspresji - wypowiedzenia - wymyka się uściskowi czasu, przestrzeni i zobowiązań lekkomyślnych.
Nadać postać choć jednemu z tysiąca. I żal, że tylko jednemu.

Misiek z wierzchu do nabycia w budce TPN, wejście do Doliny Jaworzynki. Autor nieznany.

Piękna Katarzyna moknie w deszczu


Piękna Katarzyna moknie w deszczu, a ja się powoli żegnam z myślami o lecie.

Jak odróżnić anioła od świra, od zbira?
Nadchodzi nowe pokolenie prawników.
Mówią przepiękną polszczyzną... Całą noc bez ustanku.
Przepraszam, że enigmatycznie, sama nie zawsze umiem poskładać zdarzenia w sens.

Przynajmniej wzięłam parasol.

Mistyczny blask świetlówki. Barok sielski anielski

Coś mam z Barokiem.
Przemawia do mnie tym swoim Wyrazem; polifonicznie coś mamrze niewyraźnie. Tajemnica, czy Co?

Denerwuję się; chciałabym dobitnie. Wprost do mnie mów! Głośno i po polsku!
On nic, wydma się puttem, oślepia kandelabrem. Trąby jerychońskie. Akanty wiją się rytmicznie pośród kolorów kontrastowych i dopełniających. Lotos?


Mam odruch: dopaść go szkiełkiem i okiem, wydusić ze źródeł historycznych i wyczytać z mądrych książek; dopaść ścisłą metodologią socjologiczną i ekonomiczną. Bo przecież ten cały teatr jest tak MATERIALNY. Niech no tylko się dowiem JAK oni to zrobili i skąd mieli takie zasoby. Może to mi coś wyjaśni?
Na bogato. Nadmiar. Na postumencie ołtarza IHS namalowano jako gałązki brzozy. Czym mnie jeszcze zaskoczysz?

Czy to dlatego, że w tamtym czasie ciało na długi czas w naszej kulturze rozstawało się z duchem, by istnienie tegoż zanegować? I że z tego rozdziału oraz negacji wynikły bolesne konsekwencje, z którymi i ja - puch najmarniejszy - osobiście tu i teraz, wczoraj i dziś, się borykam?
Czy może w tych dzikich ornamentach, ujętych w złote ramy geometrii wykreślnej, zaszyfrowane jest pogańskie jakieś doświadczenie; te tłuste paluszki wskazują praźródło obfitości, bujność życia jeszcze nie okiełznaną? Jeszcze nie wciśniętą w nieludzkie ramy efektywności, choć pierwsze ziarna myśli już krążyły i padały na podatny grunt? Smith, Adam, "O bogactwie narodów".


Sielska królowa wśród gwiazd, Madonna niezbyt Apokaliptyczna. Blask przedwiecznego ukazany z detalami, w drewnie. Rozszerzam w sobie znacznie słowa "pozłota"; na księżym tronie metaliczny połysk występuje w odcieniach, jakich pozazdrościłaby tęcza. Warto podkreślić: ze smakiem dobranych, za co szacunek, przypuszczam, należny jest krakowskiej szkole konserwacji.
Jest to moje upodobanie zdecydowanie po linii matczynej. Do Niej należą złocone talerze, róże, hafty, stosy błyskotek i jedzenia, duży gabaryt, horror vacui.

Drodzy Państwo, po tej linii właśnie, niespodziewawszy, znalazłam perłę, Niemal na moim podwórku. No, prawie: w sąsiedniej wsi, przez tyle lata stał mi nieznany.

Kościół pod wezwaniem św. Michała Archanioła w Szalowej jest w Polsce ewenementem, jako barokowa budowla wykonana w całości z drewna. Obszerna ściana frontowa z trzema wejściami, kratkowanymi okienkami i cebulami na dachu przypomina mi budowle rosyjskie. Możliwe, żeby z Rosji ściągnęli cieślów? Czy jest historyk na sali?




W zwieńczeniu dachu Archanioł z gracją i błękitnym okiem nie zmąconym wątpliwością rozprawia się z diabłem. Zły jest słabo widoczny, niestety. Dzisiaj drania nie obejrzę, gdyż trwa renowacja, co czyni też rzadką okazję zajrzeć budynkowi pod skórę. Nowe drewno, stare drewno. Ledwie trzy stulecia industrialnego hasu i gdzie są dzisiaj takie bory? Nad Amazonką, a i tego za chwilę nie będzie.

***
Poczułam się tam jak w domu, pośród kwiatków, wzorków i kolorków. Barok ciepły, swojski, ziemiański. Łagodne kształty, tapetki, roje aniołków tutaj nie straszą. Dla moich biednych, włościańskich przodków wizyta w takim Domu Bożym pewnie była realnym doświadczeniem "raju" na ziemi.

A może nie? Może pogarszała sytuację?


Na tym dzisiaj zakończę. Otwarte pozostaje wiele pytań.


Po czym się poznaje


Pierwsze śliwki
W środku mnie poruszenie, kiedy niebem multum ptaków
Gdy widzę pierwsze, też dym naci ziemniaków
Mama mówi: zapamiętaj tę surówkę. Ogórki, cukinia, jabłko
Nagle wieczór za szybko, chłód
Potrzebne skarpetki

Prasen o dolinie




Jak to się dzieje, że niektóre osady kwitną i rosną, a inne się kurczą, płoną, zapadają, oddają się pokrzywom, perzowi i ostom.
Nie proszę o proste odpowiedzi.
I już nie myślę automatycznie: tu nie ma życia. Myślę: ludzkie tradycje kultywowania zostały tutaj odsunięte na margines. Czuję: coś jakby żal.

Jak to? Tak? Dobry kawał ziemi oddawać przyrodzie? Idea decywilizacji walczy z humanizmem. Jednak mam odruchy solidarności z moim gatunkiem?

***
Od strony Wołowca do Nieznajowej wchodzi się jak do nieistniejącego Edenu.

Wykarczowane pokoleniami dno doliny mogło być krainą mlekiem i miodem płynącą.
I było. Z tartakiem, młynem, cerkwią i szkołą przycerkiewną. Do 1945 roku, kiedy to 350 mieszkańców zostało przymusowo wyemigrowanych do Rosji.




Rytm niewidzialnej wsi odmierzają kamienne krzyże i kapliczki. A! To dlatego znaki trzeba wykuwać z możliwie najtrwalszych materiałów.

Jak już przechodzimy niedaleko, to musimy wszystko zobaczyć. Pani Maria mówi, że ten łemkowski Święty był towarzyszem, ulubieńcem i patronem jej starszej córki. Nie szkodzi, że jest z innej wiary i nie ważne, jakie ma imię. To jemu mała przynosiła kwiatki, jak przychodziła na kraniec doliny paść krowy. Dzielna, to było zanim poszła do szkoły i zamieszkała w internacie.

Święty jak nowy za szybą, a Pani Maria rwie do przodu; gdzie cel naszej wyprawy w suchym słońcu? Za kolejną przeprawą przez strumień wyłania się namacalne serce niewidzialnej wsi. Opelotka z nadbudówką, przeniesiona z lasu tu, na rozstaje w centrum doliny, ówcześnie jedn z trzech siedzib w Nieznajowej, nie licząc baraków robotników leśnych. W tym domku Pani Maria zaczęła swoje pierwsze życie, samodzielne, jako żona bacy, co przez jej rodzinną wieś przewędrował z Podhala ze stadami.

"Mój dom", mówi Pani Maria zasiadając, zawsze tylko na schodach. Nowego gospodarza nigdy się nie udało zastać przez tyle, tyle lat. Choć widać, że ktoś dba. Pani Marii serce się kroi na widok wybujałych w dolinie ostów. Łąki były piękne i soczyste. Mąż Pani Marii takie osty kazałby jej wycinać z nożem na kolanach!




Osty sypią groźnym puchem, katolicki krzyż rozkwitł nieśmiertelnym plastikiem, łemkowska Matka Boska przyjmuje zażalenia gestem obcym, choć nie do końca znajomym.

***

PS: Co za Matka Boska? Co za malunki w kapliczce od strony Radocyny? Zapytaj Doro ze Starego Sadu.


Ciągle nie wiem co powiedzieć


Trzy tygodnie minęły jak sen. A ja ciągle Nie Mam Słów... Że się spełniło. Może pojedyncze wyrażenia?
Otwierają się i udostępniają odżywczą treść. Jak słoiki.

Jak na przykład: "błogo sławić".

Czuję się jakbym każdą komórkę miała przepełnioną byciem i życiem.
Nie bez powodu, myślę, w trzy tygodnie organizm podobno zdąży wiele komórek wymienić.

Na nowe, wypasione inną cebulą i kozim mlekiem, owiane aromatami, cykaniem i świergiem, kąpane w źródlanej wodzie.

Ważny sen, mam wrażenie, długo będzie ujawniał sensy i znaczenia.

Co kto widzi



W średniowiecznym miasteczku Ziębice, stolicy piastowskiego Księstwa Ziębickiego
fotograficznie zobaczyłam rysunki, napisy i tabliczki.
Na pierwszym zdjęciu widoczna gotycka bazylika.

Widziałam też kolory; lekkie letnie sorbety plus dojrzała cytryna (albo mirabelka).

Pewnie za kilka lat nawarstwienia i spękania pokryje świeża farba,
a mieszkańcy ubiorą się w markowe ciuchy i schowają stołki za drzwi.

W Ziębicach wiele kamieniczek się remontuje i odmalowywuje.
Okazja! Jest na sprzedaż najstarszy dom w mieście, okazała kamienica w rynku,
którą onegdaj zakupili Cystersi z Henrykowa dla opata na miejską siedzibę.

(Nie sfotografowałam, przepiękne renesansowe proporcje, wierzcie mi na słowo,
a najlepiej przyjedźcie zobaczyć).




Otwarcie


Drachoslava mówi - Tak wyglądajou domky w czeskych bajkach.
Czyli od początku.

Na co dzień mam słabą głowę do cyfr.

Musi mnie przymusić, typu policzyć PIT-5, VAT-7, okrągła rocznica. Jak ostatnio cztery zero, gdy stuknęło na liczniku. Sukcesywnie nie wyglądam, pomimo starań pozostając wewnętrznym dzieckiem i nastolatką - Ona jest z tych późno dojrzewających - jak wczoraj orzekła mądra Renata.

Dlatego te okrągłe rocznice są mi potrzebne, dla przypomnienia, że licznik jednak stuka z każdym dniem. Gdy wybiło trzy zero, potrzebowałam roku czasu, żeby zrozumieć o co chodzi w danej mi dekadzie. Cztery zero przekliknęło i zrozumiałam szybiciej, w tydzień.

Jak to było. Patrząc nieuzbrojonym okiem, można by powiedzieć: dzielnicowa wariatka. Nagle mi się przypomniało, że mam kilka zaległych obiecanych łapaczy snów do zrobienia i zaczęłam zbierać po ulicach ptasie piórka (głównie gołębie. Fuj!). Po paru dniach również na ulicy znalazło się odpowiednie kółko (drugie przyszło do mnie na plaży, ale to zupełnie inna historia). I już wiedziałam: teraz jest czas łapania i urzeczywistniania marzeń. Teraz. Żadnego później może nie będzie.

Tak więc kiedy dostałam tę propozycję - Może mi popilnujesz domu przez te trzy bagatelka tygodnie - po prostu, acz niespodziewanie dla siebie zrobiłam to, poszłam szefowi zaproponować oszczędności: będę pracować przez internet za mniejsze pieniądze.

Coś mi rzeczywiście na poważnie przekliknęło.

Ja, znana samej sobie głownie jako pilny chomik zbierający ziarnko do ziarnka na hipotetyczne srogie zimy wyskoczyłam jak konik polny, albo inny filip z konopi, że teraz dla mnie ważniejsze jest teraz.

I czy nie za łatwo poszło? Skandal? Wystarczy wiedzieć, że się chce to jabłko, a nie tamto, sięgnąć i już? I już.

Drachoslava mówi - Tak wyglądajou domky w czeskych bajkach - Bajka, baśń, marzenie, sen. Wskoczyłam w cudze życie i kapcie, i w piękny gobelin ludzi, zwierząt, gałęzi, czereśni, mięty, miejsc, samochodów, warzyw, spraw, dzieł ludzkich i ptasich świergów; a oni mnie wzięli jak swoją. Pokochałam tego psa. Minuty tkają się z dziesięciu tysięcy wrażeń, na bogato, we wzory nieprzewidywalne, a dziwnie znajome. Nie bardzo jest czas opowiadać; żyję. To ja?

Zazdrostki i tajemnice


Story i zazdrostki, grzeszki i tajemnice.
Jak na przykład tajemnica rozkochania w firanach.

Komórki pamięci

Bolek i Lolek na polach
Szparagi pierwsze i ostatnie
Przy jaźń


Czy jedzie z nami śmierć?
Druga w nocy, już świt    Morze nierealne jak jezioro
Dziwy, cienie na piasku

***

Przez nas spotkanie ziemi ze słońcem
Wiem: jeden mężczyzna nie podźwignie, gdy ciało i serce wielkie jak świat
Ani też jedna kobieta

Perygeum pełnia przesilenie    Nadmiar mocy
Zasypiam jak przy matce dnia pierwszego    zawinięta w szpilki i esencję sosny

***
 
Pajęcze domki
I słowo strach:   kleszcze



ZosiaJoannaRita (tak)
Magia oraz istny cud:  kawa przemieniona pięć razy   zawsze jeszcze ciepła     na kuchence      dla mnie
Sól woda księżyc wiatr słońce  
przez skórę
bez przeszkody

Odkrycie: strach gdy pojawia się mężczyzna
Cudze sny o lataniu

Mewa zgubiła skrzydło
Łabądź (!) pojedynczy na morzu
Ukradłam nasiona wełnianki
Trzy czarne koty na kuchennych schodach

***



Pieśni ukraińskie jak los
Nieubłagane

Mgła się układa u cieniu drzew
Strzępy na pełnym księżycu

Czas powrotu rozcapierzony


Na okrągłe


Zostałam obsypana prezentami :)
Powyżej mały wybór z tego, co się udało złapać przy świetle.
Babka opiekunka stanęła przy łóżku (mam też drugą, od spełniania życzeń, na oku do śniadania).

Nie dalej jak parę dni temu stwierdziłam, że koniecznie potrzebuję koszyka .I jest :) 
Chwilowo nie mogę sobie przypomnieć (wiek?) do czego miał tak pilnie posłużyć, więc podziwiam splot, rytm i wyważenie.

Sztuka plecenia i nizania czasu na materię unaocznia mi się w kolejnej technice :)

PS: Ekscesy towarzyskie też były, a jakże.

"O wciskaniu kitu"

Z zawodu jestem blagierką.

Zajmuję się cyzelowaniem, a następnie wciskaniem kitu, z ang. "bullshit", w wolnym tłumaczeniu "gówno byka".

77 stron małej książeczki rzuciło nieco światła rozumu na istotę mojej działalności zarobkowej - i dlaczego tak mię uwiera. Vivat akademia! Vivat profesores!

Nawet jeśli ostatnie zdanie konkluzji jedynie mi błysnęło po oczach, a nie przekonało. Co należy raczej zaliczyć autorowi na plus, bo w trakcie śledzenia precyzyjnego wywodu i mię się nieco rozum wyostrzył i nabrał ciut mięśnia krytycznego ;)

Esej (eseik, esejątko) "O wciskaniu kitu" Harrego G. Frankfurta, amerykańskiego emerytowanego profesora filozofii, wydany został nakładem Czuły Barbarzyńca Press.

Co już samo przez się oddelegowuje mnie w błogostan, czego nie muszę wyjaśniać wielbicielom Bohumila Hrabala, a nie-wielbiciele... Cóż. Zawsze możemy porozmawiać :)

Minus: ozdobna twarda okładka znamionuje bibelot, jest pewnym rozminięciem się formy z treścią. Co też można wykorzystać jako plus, bo owo nie-spotkanie-się pięknie podaje mi się jako figura retoryczna prowadząca mię wprost w samo sedno.

Otóż Drodzy Państwo, nic nie zdradzając z elegancji wywodu (którą być może będą Państwo mieli okazję się nacieszyć): autor stawia tezę, że kłamca i prawdomówny grają w jedną grę, gdyż oboje tak samo troszczą się o obiektywnie namacalną prawdę.

Blagiera (kiciarza), różni od nich to, że prawda nic go nie obchodzi, tworzy swoje historie zgodnie li tylko ze swoim celem.

Patrz: reklama. Patrz: marketing. Patrz: public relations. Patrz też: duża część wypowiedzi polityków.

Ja dodam tezę od siebie: prawda kiciarza nie jest z tego świata (obiektywnych faktów, prawa materii, logiki, badań naukowych, doświadczenia dzielonego z innymi ludźmi) - ale ze świata emocji, mitów i snów. Są to światy przenikające się, ale nie tożsame.

Czy to prawdę kiciarza czyni gorszą?

Nie wiem, ale jako stara reklamiara apeluję: nie szukajcie Państwo spełnienia marzeń o czystości i szczęśliwej rodzinie w sklepie z pralkami! Ani z żadną rzeczą, prawdopodobnie.

Babka Emilia przyprawiała miętą

Po pracowitej sobocie siedzę w domu i zbieram się.
Jak koraliki z rozsypanego sznurka.
Domowe metody, działają powoli, ale skutecznie i bez efektów ubocznych.

Drodzy Państwo!

Czasem to się tak człowiek przejrzy we świecie lepiej niż w lustrze.
I, na ten przykład, zobaczy, że to co myślał, że go dręczy i uwiera od zewnątrz
od dawna ma już w sobie i sam sobie złe robi, cuuuudnie współpracuje z systemem.

I tak powstaje człowiek wyinżynierowany. Jest ślepo nastawiony na hasło takie, czy inne,
typu "efektywność". Więcej, lepiej, wyżej. Perfekcja. Jest przekonany, że musi być jak jest,
że inaczej nie da się przeżyć. Ból, swój czy innych, jest mu niestraszny; w razie czego są znieczulacze
i polepszacze nastroju.

System jest maniakalno-depresyjny: im bardziej wewnętrzni  inżynierowie są podjarani jak sobie
coś wymyślą i to im się ziści, tym bardziej gaśnie blask w oczach wewnętrznych robotników.

Nikt tak naprawdę nie żyje, nikt nie potrafi się cieszyć i bawić.
Jest ok, jest dobrze, nasz świat toczy się i wykwita ciągle czymś nowym.
Ale nikt nie jest szczęśliwy. Nie na trzeźwo.

Ja pierdole.

Pytanie: jak rozmontować ten wewnętrzny system? Jak zmienić ten koszmarny sen,
który śnią ludzie z naszej część planety? Nie kijem, i nie pałką. Rozwiązania siłowe ponoć się nie sprawdzają. Tego nie wiem, bo ja taki wzorzec popularny widzę: wojna.

Podobno trzeba iść na naukę do Kubusia Puchatka. Tego nie wiem.

Tak enigmatycznie piszę, bo naprawdę nie wiem jak to co odkrywam ująć w słowa*.

Tymczasem mam od mamy słoik suszonej mięty zeszłorocznej  i nie waham się go używać!

Dzisiaj poszła do rondla z duszoną młodą kapustą. Nie polecam.
Polecam natomiast miętę jako charakterystyczną partnerkę dla czarnej herbaty.
Na sposób arabski dodawalibyśmy do takiego naparu dużo cukru.
To akurat jak kto lubi, moim zdaniem skoro czasem lukrowane szpony biochemii są silniejsze,
niechże przynajmniej będzie pysznie.

Oraz akacja! Na Podgórzu kiście już kwitną, wręcz przekwitają. Mama mówi, że na wsi a. jeszcze
w pąkach, podobnie jak jaśmin. Ale purpurowych piwonii przyniosła już kilka ostatnich. Szkoda!



* O proszę! Bowie zrobił film o pokrewnych dylematach


Plączą łączą i splatają. Dni Dziedzictwa

Uwaga! Szybka reklama
Tu kliknij i wejdź na szlak Małopolskiego Dziedzictwa Kulturowego
Jeszcze we dwa kolejne weekendy można zaglądać w niedostępne dla laików historyczne kąty!

Lubię chadzać swoimi drogami, a jeszcze bardziej lubię, jak coś opowie ktoś kto się zna, widzi więcej i głębiej.W zeszłą niedzielę podróżowaliśmy przez Małopolskę romańskę. Ukochana katedra w Wiślicy (bez wzajemności), ukochany kościółek w Prandocinie (inna opowieść) a w nim... niespodzianka! Żywa Pracownia i K.I.M. w słowiańskiej sukience uczyli czerpać papier w sadzie u księdza. I nowe odkrycie: kościół w Kościelcu. Zapraszam, polecam za tydzień dwory, jakby ktoś lubił krążyć po tymczasowo obłędnie zielonym dnie naszej moreny.


Romański portal w zbarokizowanej fasadzie kościoła w (nomen omen) Kościelcu

Detalik muru przy portalu: taknazwany "niewolnik"

Kłótnia fabularyzowana

"I kto ciebie polubi".

Można to sobie wyobrazić tak. Zabiłbyś mnie. Ale ja już umiem się obronić, można pójść dalej, klątwę odczarować. Poszukałam odpowiedniego miejsca.

Była to obszerna półka w czarnej skale. Gdybym się znała na geologii, powiedziałabym co to za minerał: czarny, twardy, wyślizgany. Nad płaszczyzną półki czarny masyw przesłaniał widok na równinę, daleko w dole. We wgłębieniu półki zbierała się woda. Kiedy zaczynała wysychać, to był znak, że długo nie było deszczu i trzeba zabić ofiarę.

Łzy są potrzebne jak deszcz?

Wyjęłam twoje słowa, jak nóż z czarnego obsydianu. I już wiedziałam. Bardziej niż na tym, żeby być lubianą, zależy mi na prawdzie. Zanim zdążyłam się zastanowić, ręce złamały nóż na pół, a obcasy starły kawałki na proch: już nie da się tego użyć. Pomyślała się też myśl: nie będę więcej zabijać ludzi.

I druga: czyli po to są podkute buty.

***

PS: Ciekawe! W międzyczasie sprawdziłam co na temat obsydianu mówi magiczny sklep ezoteryczny ;)

"Daje ochronę przed negatywnymi energiami, ale też pomaga przetwarzać je na energie pozytywne. Chroni przed emocjonalnym wykorzystaniem przez innych ludzi i wspiera w czasie, gdy presja z zewnątrz jest trudna do zniesienia.
Jest świetnym kamieniem dla ludzi delikatnych, wrażliwych i czułych. Pomaga im w zachowaniu niezależności energetycznej, pozwala im być sobą, nie pozwala na to by inni ludzie nami manipulowali i kontrolowali. Doskonale zapobiega „drenowaniu” naszej energii przez innych ludzi.
Pomaga zaakceptować swój wygląd i siebie takim jakim się jest. Pomaga zwalczać negatywne myśli na temat siebie i innych. Pomaga uwolnić się od trudnych związków. Pomaga pamiętać i zrozumieć sny. Jest kamieniem mającym ogromne znaczenie i dającym ogromną pomoc w rozwoju duchowym. Pozwala na zobaczenia i zrozumienie jakie myśli i wzorce naszego zachowania nam nie służą, działają przeciw naszemu szczęściu. Pozwala na wzniesienie się ponad własne ego, ponad ograniczenia umysłu i ciała fizycznego na drodze do prawdziwej wolności".

Hm, możliwe, że właśnie odkryłam w swoich zasobach psychicznych całą górę owego obsydianu ;)

Twardziel wspak oraz czynności zastępcze wobec prokreacji

Znalazłam wreszcie w miarę mówiące tłumaczenie angielskiego słowa "vulnerable":
[w domyśle: miękki i/lub delikatny przez co] łatwo urazić.

A tymczasem drzewa owocowe wybuchły i kwitną wyjątkowo, mam wrażenie, bujnie. Czy mi się zdaje?
Czy spóźnienie wzmogło witalność? Ktoś dysponuje pomiarami rok-do-roku?

I tak, wiosna w tym roku rozdramatyzowana, a ja chyba przewrażliwiona; trudno mi pojąć, przyjąć, przetrawić w siebie te niepojęte chmury białej materii organicznej.

Nie mam słów, zdjęcia nie oddają. W desperacji, żeby jakoś wyrzucić z siebie nadmiar emocji (zachwyt), chwyciłam się za za igłę. Niech kwitną sukienki, nieporadne wobec pierwotnego wrażenia jak rysunek dziecka.

Przy okazji zrozumiałam skąd natłok kształtów i kolorów w motywach haftów ludowych - ta obfitość odkryła się przede mną jako wyrażenie podstawowej zasady życia, płodnej witalności przyrody.



Oko kowala


Dyszel historyczny: ciężka robota była, kuć żelazo (wiem, bo raz wykułam gwóźdź w skansenie),
a jednak część energii poświęcona została ozdobie.
Mnie natomiast bolą mięśnie zadnie, i w ogóle wszystko, bo odkąd przyszła, nie mogę usiedzieć.