Chyba oszalałam, czyli pokuta za grzechy własne i cudze albo dżdżownica na emeryturze


Po pierwsze: ostatnio mnie kręcą spirale, chcący nie chcący.
Parafrazując Doro: w tej technice poszczególne kręgi dzieli centymetr w pionie, oraz 50 centymetrów i 150 ściegów w poziomej wznoszącej.

Z jednej strony: chyba oszalałam, że się zajmuję przetwórstwem starych podkoszulków.
Technika: pociąć na paski, z trzech pasków spleść warkocz, warkocz zeszyć spiralnie.
I ten kolor: francja elegancja taupe, stare japońskie tkaniny, bądź też kupa dżdżownicy.

Na zdjęciu nie widać, że podkoszulek miał w sobie złotą nitkę i przez tę odrobinę bling bling powstaje coś, co się kojarzy z błotem i szronem.
Trochę takie coś:



Z drugiej strony: czynność jest medytacyjna, przechodząca w pokutną - przez ubogi kolor i materię, i przez myśl o górach podobnych szmat, którymi po niedokładnym użyciu obciążamy planetę.


Szyjąc dywanik jestem niczym dżdżownica; wykonuję część mechanicznej pracy, niezbędnej, żeby szmatę przetworzyć i przywrócić obiegowi żywej materii.
Oraz estetyce.
W pół drogi powstaje przedmiot pokutny. Dla mnie piękny, głęboko elegancki.


Swoją drogą: skromne dziubactwo jest jedyną z niewielu czynności, jaką jestem w stanie wykonywać, gdy siedzimy w klinczu między dwoma frontami pogody, a ja półprzytomna od niskiego ciśnienia, tonę w morzu kawy.

Ma się ku innemu; dziś przez całą noc spadały z nieba sople.

Dlatego na koniec obrazek z innej bajki: tej, co roztopiła się i odchodzi. Ostatnia mroźna noc sprzed odwilży. Inny świat, zdążyłam złapać zanim mi palce zgrabły.


Haftowanie koralikami: uzależnienie

Siłą woli zaprzestałam gry w galaxy balls w mojej starej nokii.

Przyroda nie lubi próżni, tak? Nie wiem. W każdym razie moje godziny zostały zalane innym rodzajem kulek.
Tłumaczenie racjonalne: muszę wyćwiczyć ściegi wsteczny i pejotlowy, żeby mi weszły w krew z zamkniętymi oczami.


Nagromadzenia zbitek językowych w poprzednim zdaniu jest celowe: ilustruje nawarstwianie się technik. Oto wiotki ślimak albinos w próbie podźwignięcia własnej wspaniałości. Szydełkowe ciałko, zamiłowanie do złota, domek ślimaka to najnowsze uzależnienie ćwiczenie ze ściegu koralikowego wstecznego.

Zasada moja: przetwarzam bogactwo, które już mam w domu, nie lecę do pasmanterii. Tak oto szlachetne: jedwab i wełna stały się tłem dla ubogich koralików, do nabycia za każdym rogiem.
W porównaniu do idealnej kulkowatości drogich i szlachetnych Toho z Japonii, tanie koraliki są marne i krzywe, ja jednak poczytuję im to jako zaletę. Niedoskonałość ma urok codzienności, a krzywizny ładnie łapią światło.


W tych szarych krzywulcach zakochałam się kompletnie.W pudełku wyglądały na nudne, więc wybrałam je do ćwiczenia z pejotlu. Stara czapka zainspirowana szronem.


Ścieg pejotlowy jakby sam narzuca się w technikolorze, tak więc przećwiczyłam go też na tle magenty vel fuksji. Stał się kropką nad i dla bluzki, która stała się interesująca, gdy pofarbowałam ją - ściślej, odbarwiłam - domestosem. Pierwsza kropla domestosa na bluzce to był przypadek...

Czasem można pójść za przypadkiem albo zainspirować się katastrofą.

Czy nie?

Haftowanie koralikami: zrobiłam to


Zrobiłam to, co za mną chodzi od lat dwóch, od czasu jak zobaczyłam pewną pracę w galerii z Zakopanem, i co się odgrażałam że zrobię.

Okazało się, że w moim lokalnym Domu Kultury jest kurs haftowania koralikami.

No i tak: znam już ścieg wsteczny i peyotlowy, ostatni do kompletu poznam za tydzień. Zapisane mam jakie igły, nici, materiał i kleje. No i koraliki - najlepsze pod względem zbalansowania ceny z równością kulki są japońskie Toho.

Na zdjęciu odrobina opalizujących Toho w dwóch rozmiarach, potrzebna żeby skończyć pierwszą pracę. Wzięta na wynos w papierku po truflach z domowej roboty marcepanu, które przyniosła pani prowadząca  kurs kuchni francuskiej w tymże DK.

Panie na kursie to druga historia. Powiem tak: mam podejrzenie, że jest w nurcie naszej kultury pewien strumień kobieco-kobiecej toksyny. Toksyna podawana jest z lukrem i cukrem pudrem.

Chyba się rozwijam: albo bardziej sobie to uświadamiam i stałam się wyczulona, albo po raz pierwszy na drodze od sasa do lasa trafiłam w miejsce, gdzie ów zły lukier przeważa. Ciekawe! Dokąd mnie zaprowadzi żądza koralika?

Konsolacja


Trudny dzień.
Konsolacja: na wzór ludowych "światów" zamykam przedmioty w ochronnej kuli, różności, takie niby zaklęcia, wedle doraźnej potrzeby.
Dziś to żywe kolory i ciepła włóczka.
Lubię tkaniny, przędze, dżerseje, coś (kupon materiału) z niczego (szpula nici). Faktury, kolory, jak się układa i gniecie, jak łapie światło. Cały ten miękki, ciepły, ochronny świat. Jednocześnie zwrócony do wewnątrz, i na zewnątrz, druga skóra i maska.
Lubię włóczki, motki, dzierganie i prucie, nie ma śladu po pomyłce i krzywości.

Przypomina mi się Sheila Hicks i jej wibrujące (wiem, to dziwne słowo, ale tak jest) tkanino-obiekty.
A bardziej nawet przypomina mi się tytuł jej książki: "Tkactwo jako metafora". Książka jest podsumowaniem pięćdziesięciu lat zgłębiania i wywracania na nice tajemnic tkaniny - zamkniętym w stu kieszonkowych, wielkości dłoni, tkanych mikro opowieściach. Alfabet, fonetyka, składnia: materiał, kolor, technika tkacka. Sheila Hicks stworzyła własny, kompletnie radosny język.



Ciemna strona światła. Wpis interwencyjny, który niczego nie zmieni, ale mimo wszystko

Opowiem coś na własnym przykładzie, a potem będzie uogólnienie. Zawsze tak miałam; muszę dostać w swój osobisty tyłek, żeby zrozumieć o co się awanturuje ktoś mądrzejszy w doświadczenie.

No dobrze. Od wczesnej wiosny przed moim blokiem trwa budowa. Było wiadomo kto zacz już od razu, kiedy zaczęli od wycięcia tych paru dojrzałych topoli na samym obrzeżu działki.
I w samej rzeczy. Chłopcy pracują niesamowicie dzielnie i dziarsko; kiedy latem lali beton w fundamenty, ciężkie maszyny hałasowały od 5.59 do 22.01, dosłownie, z zegarkiem w ręku.

Super, że tak potrafią, choć powstaje pytanie na marginesie: jakim kosztem osiąga się taką wydajność? Nie wspominając już o zapatrzeniu we własny pępek terminów, bez wzgląd na to, jak podobna wspaniałość mocy i organizacji kładzie się ciężarem na otoczeniu.

Na razie mam na myśli tylko ludzkich mieszkańców.

Latem miałam całe zasoby wyrozumiałości dla wszystkich istot, włączając deweloperów, architektów i budowlańców, cóż oni winni, biedne Boby, synowie, mężowie, ojcowie? Cóż oni winni i komu. Wstawałam świtem, a wykończona wydajnością własną szłam z kocem nad rzekę chłonąc resztki dnia do 22.

Do czasu, gdy dni stały się zimne i krótkie, budowa urosła do wysokości przepisowego szóstego piętra. Przecież trzeba wykorzystać każdy milimetr prawa budowlanego, czy nie? I tu włącza się ciemna strona światła, czyli silny reflektor, który świeci wprost w nasze okna od godziny 16.00 przez całą noc. Do jego mocy moje rolety mają się nijak.


Przysłowiowa pała się przegięła, a czara przelała jednak dopiero, gdy wracając pewną magiczną styczniową nocą do domu usłyszałam stłumiony huk. Oto i dmuchawy, bo zrobiło się zimno, a tu terminy, ludzie, koszta; i szał budowania musi trwać.

I wtedy ze stresu i złości doznałam oświecenia.

Wiele się mówi ostatnio w Krakowie o złej jakości powietrza, że szkodzi ludziom. Pyły sprawiają też, że lepiej zobaczyłam inny rodzaj smogu - smog świetlny, bardziej było widać tę miejską łunę. A wśród niej zobaczyłam drzewa.

I doszło do mnie: w jakim stresie walczą o życie te biedne strzępki zieleni w mieście. Huk, pył, psy, toksyczny deszcz, a dla zwieńczenia, całodobowe światło niszczące rytm odpoczynku. Normalnie ofiary tortur, cud, że jeszcze wśród nas egzystują. I nic dziwnego, że nie mogą wiele z siebie dać, w sensie tworzenia klimatu sprzyjającego życiu i uwalnianiu nas od ciężarów emocjonalnych. Jak to potrafi na przykład kawałek lasu.

Nie napiszę tu o doniesieniach, że ludzie mają lepsze zdrowie i samopoczucie w kontakcie z przyrodą, a już szczególnie, gdy mogą się stykać w różnorodnością gatunków; im więcej, tym lepszy wpływ. Gdyż każdy sam wie jak gdzie się czuje. A ważniejsze jeszcze, że byłaby to ciągle ta sama stara śpiewka: a co ja z tego będę mieć?

Zakończę historią z Moczarowego Ogrodu, o jednej kalinie, co się jej udało. Klik!

Dbajcie czule również o siebie, nadobne kaliny i drodzy dębowie.

***

PS: Oczywiście jestem okropną hipokrytką, paprotka na moim kwadracie nie miała pulchnej ziemi...

Przypadkowe tęcze

Zaczęły mi się robić porządki na dysku.
Mam wiele przypadkowych zdjęć, próby złapania czegoś, niektóre nawet wciąż mi się podobają,
większość nie.
Ale dziś nie o tym. Dziś o tym, co na przypadkowych zdjęciach znalazło się przypadkowo.
Taki przypadek do kwadratu.


Fotografia miała utrwalić powiew firanki w klasztornym kościółku
na skwerze przy Felicjanek i Smoleńsk.

A sfotografowała się tęcza.


I to z dwu przeciwstawnych stron budynku.

Hm. Chyba już bardziej zaskakujące tęcze mi się nie trafią?
I rok spektakularnej tęczy mogę uznać za zwieńczony, podsumowany i zamknięty?

Kiedyś była


Wiosna? Abstrakcja.

Na jakiej planecie ja się znalazłam?

Kogo można spotykać po północy nad Wisłą?
Z oszczędności podszytej brawurą zaryzykowałam zbirów i zboczeńców.



A tymczasem... 

Pod Wawelem dziewczęta fotografują anioły 
(choć może to wampiry, nigdy nie można mieć pewności).
 Pod Skałką przystojni mężczyźni z promienistym uśmiechem 
przepraszają za swe wesołe psy.
A inni z kolei młodzi ludzie śpiewają "Jedzie jedzie Mazureczek" 
przy okazji wyprowadzania innych sympatycznych czworonogów.
 Na moście Piłsudskiego młodzieńcy
rzucają do siebie śnieżkami pod troskliwym okiem policji,
i z kolejną rundą uprzejmie czekają aż przejdę.


Na jakiej planecie ja się znalazłam? Czy to efekt świeżego śniegu?
Czy za dużo grzanego wina
i jutro obudzę się na szaro?


A może, może... Może  
Przyznaj się, Wu!

Niedowiarka


Mówili, a ja nie przypuściłabym, że odrobina właściwego dymu może zrobić tak wielką różnicę w samopoczuciu!

Gdyby nie prezent, pewnie bym się nie przekonała. Choć... Przecież już jako dziecię uwielbiałam kadzidło, element jako tako ratujący godzinę spędzoną w kościele. Hm... Od jakiegoś czasu również kocham złoto, logiczna konkluzja: gdzie mirra?

Jak zawsze, jak zawsze, klucz leży w rzetelnej naturalności składników! Super hit wśród kadzidełek przedstawiony powyżej przetestowałam własnym nozdrzem, polecam. Nawet jeśli tajemniczo nie "pomaga redukować negatywnych i nie wzmaga pozytywnych aspektów wszystkich znaków zodiaku", jak uprzejmie informuje producent. Wręcz lepiej żeby nie wzmagał.



A tak, modlę się do tego starego gnata kaloryfera, który uwielbiam, gdyż znowu wplątuje się zapach - rozgrzanego żeliwa. Czyli kolejny odnośnik do bezpiecznego czasu dzieciństwa. Dziś się szczególnie przyda i  wszelkie dodatkowe zasoby mocy i wsparcia są mile widziane, bo się zmagam z żelbetonowymi wymogami dorosłości.


Oraz dwie kolejne logiczne konkluzje:
Marzenie numer 1

Made by Pracownia Mahi KLIK

Marzenie numer 2
Made by Pracownia w Starym Sadzie KLIK

Łatwo trafić na zachód




Słychać dęciaki gdzieś spod skarpy. Idę za melodią kolędy, jak za instynktem i znajduję nową ścieżkę. Obok nowego domu, ładnego, w dół skostniałym błotem za tabliczką "ZAKAZ WYSYPYWANIA ŚMIECI", przez wspomniane śmieci w grądach, potem skrajem łąki, skrajem zachodzącego nieba. Niebo rozdeptane kopytami, czyli tędy chodzą konie tego, co sobie jabłkowite wymarzył i trzyma. Muzyka milknie.

Dziś nie odwiedzę cholerycznych, nie mam butów na błoto. Okrężna droga: bloki, half pipe, biedronka, pod górkę, remiza. Idą: piątka rozszturchanych chłopaczków, za nimi kilkanaście kroków jeden samotnie, trochę gruby. Trzech młodych: dwaj łysi okalają czapkę. Dalej bez pośpiechu niosą brzuchy trzej starsi, a pomiędzy nimi namaszczone słowo "przyjęcie", dolatuje aż do mnie kilka razy. Dowiaduję się jak powinno przebiegać i że u Zbyszka to by oni grali do nocy. Największa trąba z kraciastym suną przez zapach dymu węglowego i palonych śmieci jako ostatni.

Jak ty to zrobiłeś, mój kieszonkowy nikonie coolpix, że między piksele uchwyciłeś zjawisko, poprzez paskowatość kraty i blask dżinsów, w aspekcie nad, albo i pod-realnym? Dobry z ciebie kumpel, wyczyszczę ci obiektyw.

Aaaaa, mam też wątek przewodni na ten rok: "tak naprawdę, naprawdę, ważna jest jedynie miłość". Co znacznie łatwiej wypowiedzieć po angielsku, na nutę pop. Lecz niech tam, jak szaleć z wynurzeniami, to szaleć!

I co to jest ta miłość, będziemy odkrywać.
Czego i Państwu życzę, od serca!!!