Haftowanie koralikami: zrobiłam to


Zrobiłam to, co za mną chodzi od lat dwóch, od czasu jak zobaczyłam pewną pracę w galerii z Zakopanem, i co się odgrażałam że zrobię.

Okazało się, że w moim lokalnym Domu Kultury jest kurs haftowania koralikami.

No i tak: znam już ścieg wsteczny i peyotlowy, ostatni do kompletu poznam za tydzień. Zapisane mam jakie igły, nici, materiał i kleje. No i koraliki - najlepsze pod względem zbalansowania ceny z równością kulki są japońskie Toho.

Na zdjęciu odrobina opalizujących Toho w dwóch rozmiarach, potrzebna żeby skończyć pierwszą pracę. Wzięta na wynos w papierku po truflach z domowej roboty marcepanu, które przyniosła pani prowadząca  kurs kuchni francuskiej w tymże DK.

Panie na kursie to druga historia. Powiem tak: mam podejrzenie, że jest w nurcie naszej kultury pewien strumień kobieco-kobiecej toksyny. Toksyna podawana jest z lukrem i cukrem pudrem.

Chyba się rozwijam: albo bardziej sobie to uświadamiam i stałam się wyczulona, albo po raz pierwszy na drodze od sasa do lasa trafiłam w miejsce, gdzie ów zły lukier przeważa. Ciekawe! Dokąd mnie zaprowadzi żądza koralika?

6 komentarzy:

  1. Peyotlowy?! Naprawdę tak się nazywa?
    Pamiętasz, było coś takiego "czyste kobiety wyszywają koralikami" albo niewinne kobiety ...Ktoś szukał takiego hasła, bo może poznał jadowity lukier?

    OdpowiedzUsuń
  2. M., może się pisze pejotlowy? Nie wiem, ale też jestem zachwycona :)

    Faktycznie! Było coś takiego "koraliki robią kobiety o czystym sercu". Kompletnie zapomniałam, rzeczywiście, ciekawe, nie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witkacy by się od razu zapisał na kurs takiego ściegu :)

      Usuń
  3. Indianie po pejotlu też nieźle haftowali.

    OdpowiedzUsuń
  4. M., Paulindo, czyli: będzie jazda kororowa :D

    OdpowiedzUsuń
  5. no to czekam na twoje koralikowanie :)))

    OdpowiedzUsuń