Pomysły szare i kolorowe: co chcemy zostawić


Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze dni przechodziły i ginęły mi bez śladu, choć byłam bardzo zajęta, wpadł mi do głowy taki pomysł nie oryginalny bynajmniej, żeby każdy dzień uwiecznić, udokumentować taki, jakim mi się przejawił. Moją akurat metodą kalendarzowania miał być patchwork: wyszło mi, że w takim razie dzień powinien mieć 2,5 cm na 2,5.
Kwadracików powstało kilkanaście i nie dotrwałam do przedwiośnia, tak więc w większej części są szare i filcowe. Orygnialne dzieła się zawieruszyły, ale znalazłam kilka fot. Od góry prezentuję: dzień, w którym przyjechała Kasia i zobaczyłyśmy trupę kolędników, oraz dzień w zasadzie głównie zamglony.

Taka to oto moja dzisiaj aluzja do szaro i mokro, bo wciąż i nieustannie mam wewnętrzne na to fuj, nie chce mi się ani patrzeć, ani pokazywać. A jednak to jest.

A teraz będzie reklama.

Otóż, Drodzy Państwo, uwieczniać można się na różne sposoby. Można na przykład dorzucić cegiełkę dla Wioski Barkowo, która tworzy Akademię Bosej Stopy KLIK TU KONIECZNIE.

W tych czasach bezlitosnej uniformizacji, warto się szarpnąć, warto się postarać po to, by mieć wybór. Na przykład w fundamentalnej kwestii: chcę być niewolnikiem kapitału, czy raczej nie.

Wolność od, wolność do? Swoboda pieniądza, czy swoboda czasu? Przywiązanie do ziemi, czy do kredytu? To są ważne pytania i ja chcę je dziś sobie i Państwu uczciwie postawić.

No chyba, że ktoś woli dziś wieczorem przypomnieć sobie Matrix

Tęsknię za sobą



I weszłam na tę drabinę. Szczebel po szczeblu wyszłam z rzeczywistości w nie-wiadomo-gdzie, poza tym, że w głowie. I spotkałam tam niby-siebie, kilka eonów za jakiś czas. Ta osoba doglądała stada kóz na pustyni, może nawet to nie była Ziemia. Jakby czasu nie było, uśmiechnęła się tak, gdzieś tam od środka i zaprosiła na herbatę. Siedłybyśmy przed namiotem, na haftowanej macie i uśmiechałybyśmy się, nauczyłabym się tak...

No, ale przyszłam po prośbie, z tym ważnym pytaniem. Uśmiechnęła się jeszcze bardziej od środka i zapytała: "Czy na pewno chcesz usłyszeć odpowiedź?". Hm. Nie. Nie na pewno.

Czas. Nie zostałam na herbatę. Może bałam się, że drabina zniknie? Albo że mi się nie będzie chciało wrócić.

Ale drzwi zostawiłam uchylone. I teraz tęsknię za tą o-sobą. Ktoś zna na na to lekarstwo?

***

PS 1: Ostatnio dużo kiwam głową. W sensie życzliwe politowanie nad tym co robiłam, co myślałam, co sobie kiedyś wyobrażałam o życiu, o świecie, o sobie. Chciałabym wiedzieć nad czym się będę kiwać za dziesięć lat. A raczej nie chciałabym. Ktoś zna na to lekarstwo?

PS 2: Nie chcę już patrzeć na szarość, zamykam oczy, nawet, gdy są szeroko otwarte. Dlatego do wynurzeń pozuje dom Pani Marii i ostatnie jabłko z ojcowego sadu.

Wróciła: jej wysokość kaligrafia


Białe jest szare, szare jest mokre, a ja brnę przez breję i wszędzie się spóźniam.

A i tak ją lubię, i tak mi się podoba, kiedy zamienia gałązki w ideogramy,
a brzydkie podwórka w błękitne abstrakcje.

W poszukiwaniu




Za wcześnie, mówi siła ciążenia.
A jednak, od Matki Boskiej Gromnicznej już czuję to niepewne światło,
co na dwoje babka wróżyła, a jednak trochę podrywa ciemne, zimowe mięso i kości.
Zobaczymy.
Kuknąć na stary cmentarz, pozdrowić ojców i matki dzielnicy. Jak zwykle impreza,
rano rozkręca się powoli.
Więc szybko do celu: na Kopiec Kraka. Jak wiadomo, jest budowlą, ma w środku konstrukcję drewnianą.
Na cztery strony Kopca widać: dachy starego Podgórza, kominy Nowej Huty,
cmentarz Podgórski i za kamieniołomem bloki Kurdwanowa.
Kopiec otaczają drzewa owocowe i pod górkami piwnice rozebranego fortu. Można wpaść.
W zaciszu pod górką znajduję ułożone ognisko: chleb, jabłko, bazie i liścik. Nie znam się
na pogańskich rytuałach, ale widzę logikę: albo Wicca, albo szaleństwo, takie prosto od korzenia.

A potem wyszło słońce! Na moment chmury się rozstąpiły, wszystko płynie, a ja mam babciowy cień.

Zielone znajduję: w domu. W końcu i do mnie dotarł szał koktajlowy.
Opierałam się, ale już nie mogę pić tyle kawy!
Żołądek - o dziwo! - na śniadanie przyjmuje zmiksowaną kapustę, szpinak, banana i rodzynki.

Ku wiośnie się ma. Jednak.

Pytania zawieszone na sznurku z kolorowym


Coś się kończy coś się zaczyna.

Pan kolega ma wenę, ja lecę po cytrynę, milczę i jem.
Tak zatem poleciałam w niedzielę przez jednolicie szare miasto, getto, Plac Bohaterów.
Z daleka zobaczyłam i ominęłam stewardessę przed monopolowym,
tę, co za złotówkę zawsze próbuje mi wcisnąć historię swojego lotu w kosmos. Nie dzisiaj.
Dzisiaj do jaj po benedyktyńsku - w sosie holenderskim - brakuje tylko jej jednej, cytryny.
Mam ją w garści i odlatuję w absurd, razem z szarym miastem i Placem Bohaterów.

Jak można mieć taki kolor?

Tysiącletni agrest

Kiedy zrobiło się ciepło, częściej spotykam siebie młodszą.

Na ulicy postaci uszyte z moich dawnych ubrań,
cienie wewnętrznego teatru rzucone na nieznajome
współtowarzyszki podróży przez Aleje autobusem numer 173.

Kobieta na poważnie przejęta komórką i sukienką,
sztywno dopasowaną, jak pierwsza praca, kredyt, mąż.
Dziewczyna wysoko niesie kosmyk
nad obcasem, torebką i szalem, wszystko w odpowiednim odcieniu. Taniocha kiepska, nie szkodzi
stać ja na ten kolor.

Czy spotykam siebie starszą.
Jak plastikowe kamienie,
od czapy błyszczą nad czołem zawiedzionym i złym.
Poszło inaczej. Uciekłam.

Jestem kobietą, opowiadam się kodem kostiumów,
językiem szmat.
Tak mam, znam i lubię,
albo
tak mnie nauczono.

To było wczoraj.
Dzisiaj buszuję w spiżarni mojej matki
i wyjadam konfiturę z agrestu, którą smażyłam w roku 2001. Mogła być niejadalna.

Co tysiącletni agrest ma wspólnego
z bagażem z kostiumami
Nie wiem.

Harmonie: barwne i osobowe


To lubię: ciepło, kapcie, wstążki, babciowy sznyt, rękodzieło i te KOLORY!!!!
Pani Dziergająca w Przemyślu; posyłam Pani ciepłe myśli stopami.


Hamsa przywędrowała do mnie w stanie gliny wypalonej na surowo i natychmiast została pokryta
koralikami (klej MAGIC).
Teraz chroni przed szarością, z okiem jak test na rozpoznawanie kolorów.