Tysiącletni agrest

Kiedy zrobiło się ciepło, częściej spotykam siebie młodszą.

Na ulicy postaci uszyte z moich dawnych ubrań,
cienie wewnętrznego teatru rzucone na nieznajome
współtowarzyszki podróży przez Aleje autobusem numer 173.

Kobieta na poważnie przejęta komórką i sukienką,
sztywno dopasowaną, jak pierwsza praca, kredyt, mąż.
Dziewczyna wysoko niesie kosmyk
nad obcasem, torebką i szalem, wszystko w odpowiednim odcieniu. Taniocha kiepska, nie szkodzi
stać ja na ten kolor.

Czy spotykam siebie starszą.
Jak plastikowe kamienie,
od czapy błyszczą nad czołem zawiedzionym i złym.
Poszło inaczej. Uciekłam.

Jestem kobietą, opowiadam się kodem kostiumów,
językiem szmat.
Tak mam, znam i lubię,
albo
tak mnie nauczono.

To było wczoraj.
Dzisiaj buszuję w spiżarni mojej matki
i wyjadam konfiturę z agrestu, którą smażyłam w roku 2001. Mogła być niejadalna.

Co tysiącletni agrest ma wspólnego
z bagażem z kostiumami
Nie wiem.

7 komentarzy:

  1. Mam muzykę to tych słów, zresztą, od Drugiej Siostry: http://www.youtube.com/watch?v=Bdi-H9Eok8U&list=SPD8955E09C83608AB

    OdpowiedzUsuń
  2. Doro, to się robi Zupełnie Inna Historia :) Cudne :)

    OdpowiedzUsuń
  3. o Krolowo uwielbiam cie !!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Neilii, kochana, zawstydzasz mnie... Królowa Starych Podkoszulków ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak pięknie napisałaś ...
    Wracam tu sobie.

    OdpowiedzUsuń
  6. M. dziękuję!

    To raczej się napisało

    OdpowiedzUsuń