Hallo darkness

W tym roku wchodzę w jesień z oporem. Tym bardziej to trudne dla mnie, że kiedyś kochałam tę porę, aż tu nagle coś się zmieniło, i pokochałam lato. Czyżby to były miłości wykluczające?

Wczoraj jednak  znalazłam coś i pomyślałam: oto może być lek! Natychmiast, czyli dzisiaj, zaaplikowałam.

Jest to praktyka związana z oswajaniem, czy też uczeniem się od ciemności: trzeba wstać przed świtem i z kubkiem aromatycznego naparu przywitać słońce. To samo wieczorem, słońce pożegnać. Jedno i drugie najlepiej na otwartym powietrzu, co w mieście nie jest aż takie bardzo oczywiste.

Zachód jest dobrze widoczny, ale okna moje nie wychodzą na wschód, zatem o świcie zapakowałam lipę z lipowym do przenośnego kubka i w jakiejś takiej niby siąpawicy, niby nie, poszłam szukać dobrego miejsca z widokiem. Takie miejsce znalazłam, na grzbiecie naszych podgórzowych skałek, czyli na Wgórzu św. Benedykta, za Fortem, kaplicą i nad starym cmentarzem jest taka ciotka jesion z konarem wygodnie wygiętym w siodełko z widokiem na słońce wschodzące z kopcem Krakusa, nad Prokocimiem i ciepłownią w Łęgu. Oceany szos i trakcji ryczą z trzech stron.

Tak że symbole wszystkich tradycji, oraz ugruntowanie w realiach, mam bezpiecznie, w zasięgu.

I jak? Trafione w mój punkt. Mam zamiar praktykować do zimy.

Jak się mogłam tak ostatnio od zasilania oderwać??


I przypomniała mi się piosenka, która stara była już jak chodziłam do liceum. Choć wtedy myślałam, że to o "brzmieniu ciszy", a dzisiaj wiem, że piosenka jest o tym "jak brzmi milczenie", mimo wszystko czas wykazał, że obserwacje, odczucia i idee, które znalazły we mnie oddźwięk wtedy, jedynie mocnieją z czasem. Niech się utwór dziś tutaj pojawi w świeżym wykonaniu :)





PS: Kolejnego dnia rano, czyli w sobotę, wciąż widać było wielki księżyc w pełni. I doczytałam jeszcze, że tam gdzie kaplica, możliwe, że była fortyfikowana siedziba lokalnego księcia, wskazują na to ślady sztucznej fosy, fundamenty i legenda o księżniczce zaklętej w kaczce w podziemnym jeziorze (w tych wapiennych skałkach jaskinie są jak najbardziej, w jednej jest nawet salka widowiskowa i spora część domu parafialnego św. Józefa...).
Zauważyłam też, że ciotka jesion urosła w niespotykany kształt, bo jest to ścisła skupina pięciu drzew tego gatunku, które wygięły się na zewnątrz swego graniastego kółka, żeby się od siebie oddalić. Z czego jeden miał czubek złamany w maleńkości  i rozrósł się w dwa, tworząc właśnie ciotczyne siodełko.

Wyobraźnia od razu w obroty, dlaczego te jesiony tak dziwnie, czy może pozostałość po pogańskiej tradycji z czasów owego księcia? I ktoś te drzewka dla pokoleń wciąż sadzi w ciasne kółko graniaste? Czemu nie, Kraków jest przecież dość konserwatywny... (tu się zaśmiałam w głos na swój suchy żarcik). Miejsce jest w końcu dobre na jesienno-zimowe praktyki solarne. Może nas przodkowie byli nie mniej pragmatyczni niż my i zwyczajnie przychodzili się naćpać witaminy D, i na tym polegała siła kultu? Że to działało, i na wielu poziomach?

A potem przyszła mieszkanka wzgórz z wielkim, nomen omen, bernardynem psem, wymieniłyśmy rytualne słowa, że jednak zimno, od czego zrobiło się ciut ciepło. Nawet jeśli jestem na bernardynowym błoniu intruzem wśród górnopodgórskich willi, wypasionych pokoleniami mieszczan ze smykałką do handlu i przemysłu.

O pałacu cukrowego króla opowiem innym razem, bo to zupełnie inna historia, a jutro przyjdę wcześniej, żeby złapać moment przejścia ciemności w światło.


5 komentarzy:

  1. Jesiony powoli znikają.... mówią leśnicy :(

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem łowcą wschodów słońca. Muszę wstawać o 5.20. więc jesienią i zimą, samo się.
    Do naszej wsi prowadzi droga jesionowa. Stare, grube, rosochate, mają prawie 200 lat.
    Przepiękne. Już trzy padły pod piłą, dwa "przeszkadzały we wjeździe na pola", a jeden był "baaardzo chory" ...
    Teraz to już nikt ich tak nie ceni, ale dawniej wiadomo było, że najlepszy dyszel, orczyki i trzonek do siekiery, to z jesiona.
    Ciemność nie robi mi krzywdy, krótkie dni nie męczą, mam pod tym względem fajnie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Benedykt jest siedliskiem jesionów, dziś się przyjrzałam. Klony i sporo pięknych głogów.

    Magdo, może dzięki tym wschodom nie męczą? I że jesteś bardziej w rytmie niż my, świetlówkowe szczury biurowe?
    No tak... Mój ojciec wyciął jesiona na skraju podwórka, bo mu śmiecił liściami i na trawnik... Lubiłam go, był młody jak na drzewo, dopiero wkraczał w siłę wieku

    OdpowiedzUsuń
  4. A taka jedna poetka Nielotka-Wuszka, wozi na grób swego ojca (który chciał żeby było normalnie) liście klonowe i wysypuje je tam. Dla uciechy ojca i na przekór rodzinie, która pilnie grób odkurza. Jeszcze się nie skapowali, jak to możliwe, że z tych cisów czy innych tuj, tak lecą te liście klonowe .... :) I sprzątają, sprzątają, bo porządek musi być.
    Jak przychodzą do Pawła na masaż klienci-pacjenci, to mi opowiadają o horrorach liściowych w swoich wsiach. Podobno są tacy, co nocami przesypują liście ze swojego podwórka na cudze!!! No i całymi dniami trzeba grabić, bo nowe lecą. A wycięliby już nareszcie wszystkie drzewa liściaste i byłby spokój. Ale tu chyba nie o spokój chodzi, tylko o te gorące emocje, co żyć nie dają.

    OdpowiedzUsuń
  5. :D Przesypują??? Cudzej katalpie ojciec jakoś te liście wybacza, jeszcze gorsze ma przecież, a swojemu jesionowi nie...

    OdpowiedzUsuń