Zimowe wzory poranne



Dziś był burzliwy i mokry poranek. A ja uwielbiam ten sweter. Chciałam nowy szary, ale trafił się ten; długi, ciepły, niedrapiący, z pięknej, gatunkowej wełny. Sweter babciowej mocy.

Sklepowa z dojrzałą bywalczynią szmateksu wymieniły spojrzenia - Już dzisiaj ktoś mierzył, ale to trzeba mieć styl.

Nie wiem... Według mnie te ciepłe wzory mogłaby założyć każda babcia. Wczoraj dmuchnęło zimowo, dzisiaj włożyłam sweter pierwszy raz. Wzięłam wolne i uczę się siebie: jak być z każdą emocją? To ja, takie coś przeżywam? No to do dna, nie zrzucać na wszystko dookoła. Chociaż dom coraz bardziej nie posprzątany i, szczerze, coraz bardziej mi to przeszkadza.



Zgaduj zgadula, gdzie złota kula?

Dałam się porwać przez grupę
To była przepiękna podróż
Jeszcze piękniejsza na zdjęciach, które same sobie nadawały szlif i głębię 3D
Pociąg jechał wysokimi wiaduktami
W poszukiwaniu zagubionej szansonistki oraz orkiestry dętej
Idziemy przez prywatne amfilady przystojnej pracownicy Urzędu Miasteczka
(o charakterze jakby orientalnym, miasteczko; pracownica słowianka)
Które to mieszkanie ma przepiękne szafy
Gdzie warto by było narobić bałagan
Nim zasięgniemy języka u portiera w nocnym klubie za rogiem
Tuż za kuchennym drzwiami

***
Kiedyś zaczytywałam się w Bruno Schulzu. Teraz już nie muszę, bo sama mam sny o miasteczku.
***

Fakt empiryczny pojedynczy, z obserwacji mojej mamy: kiedy miała przyjść powódź w mojej wsi, ślimaki powłaziły na drzewa wiele godzin przed nadejściem fali.
Fakt uogólniony: istnieje coś takiego, jak fala pilotująca, poprzedzająca nadejście zjawisk. Czy nie taka fala powodowała słynną Białą Panią, która na ulicach Zakopanego przez lata zwiastowała halny?
Hipoteza: w ten sposób o sobie uprzedzają nie tylko zjawiska pogody.
Hipoteza: wyrazem fali pilotującej bywają sny.

Jeśli tak, to wiem już, że poza poszukiwaniem wspomnianej szansonistki, że przez najbliższy rok będziemy: naprawiać elektrownie atomowe, gasić wybuchy w galeriach handlowych, rozdawać tęczowe żelki, otwierać rozpaczliwie pozamykane drzwi komórek i wypuszczać z nich siebie, wpuszczać czarne psy oraz przyciskać opiekunki, żeby oddały dziecko.

Nie wszystko zapamiętałam, ale i tak zabawa zapowiada się niezła :)

Oczywiście nie muszę dodawać, że język snów jest symboliczny, metaforyczny, alegoryczny, hiperboliczny. Kto chce mieć pojęcia uściślone, niech czyta kodeksy. A i tu, szczerze, wątpię w możliwość absolutnej suchości i ścisłości.



Zamiast koralików

Trochę mi żal, że od przedwiośnia zaniechałam haft koralikowy.


Ale przecież dziergam inne rzeczy. I nawet się udaje :)
I tak, od przyszłego weekendu  rusza w Krakowie dwuletnie studium psychoterapii metodą psychologii zorientowanej na proces.


Nie przejmować się złą datą na banerze, po prostu mieliśmy obsuwę.
Miło tak: pomyśleć, że nic nie było, tylko życzenia i chęć kilku osób, które zbiegły się w przychylnym czasie i danym miejscu, i coś jest, zmaterializowało się. Jestem małą, białą lokomotywą ;)



A za dwa tygodnie kolega z roku zaprasza na swój pierwszy, autorski warsztat.


I zrobiliśmy FILM!!! Mateusz tresował kota, ja ZMONTOWAŁAM. Wszystko przez internet, paaanie! Filmik ma urok samizdatu (co ja akurat lubię).


Też jestem małą białą lokomotywą :) No miło... I zapraszam ja też!



 

Ocean nienawiści

Wychowałam się w dość "normalnym" domu. Moi rodzice starali się, jak najlepiej umieli. A jednak. A jednak to nie wystarczyło, nie nauczyłam się konstruktywnie korzystać z emocji. Nauczyłam się je maskować, nawet sama przed sobą.

Pierwszy raz odkryłam emocje dla siebie na studiach, przez praktykę jogi. W miarę, jak się uczyłam coraz dokładniej czuć mięśnie, ścięgna, kości i akceptować, że jak jakieś odczucie jest, to jest, stopniowo okazało się, że to jest coś, co się czuje w ciele, nie wymyśla głową (co się powinno czuć w danej sytuacji).

Drugie odkrycie emocji było w zeszłym roku, dzięki książce Amy Mindell "Metaumiejętności. O sztuce terapii". Dotarło do mnie, że kontakt ze swoimi emocjami i szacunek dla nich to nadrzędna umiejętność (czyli umiejętność "meta").

Trzecie odkrycie emocji wydarzyło się dzisiaj.

Karla McLaren we własnej rodzinie została nazwana jasnowidzącą, tak wiele wiedziała o ludziach z samego tylko kontaktu z nimi. Jako dorosła stwierdziła jednak, że jest jedynie zwyczajną hiper empatyczką i zaczęła studiować antropologię, lingwistykę, psychologię i socjologię, by zrozumieć ludzką emocjonalność. Efektem pracy jest książka "Język emocji".

Karla McLaren za progresywnymi lingwistami twierdzi, że emocje, to "wymagające działania programy neurolingwistyczne", każda z nich jest ważna, jako informacja co się dzieje w moim otoczeniu, jak powinnam zareagować. W naszym świecie niektóre emocje uznane są jednak za "negatywne" - nie bardzo można je wyrażać, właściwie najlepiej wcale ich nie mieć. Jak na przykład złość, niezbyt mile widziana szczególnie u kobiet, a przecież informuje, że zostały naruszone jakieś moje granice. Inną niechcianą emocją jest nienawiść. Dlaczego o tym piszę.

Parę dni temu odkryłam, że mam w sobie ocean nienawiści. Nie wchodząc w detale: nie bardzo jeszcze wiem czego/kogo nienawidzę; jakoś jest to związane z mężczyznami.

Wracając do pojęcia "metaumiejętności": umiem już oddzielić siebie od emocji. "Ja" jest jak koryto, które może utrzymać w sobie bieg rzeki, jaką jest emocja. Szłam ulicą po kłótni, czułam tę ogromną nienawiść, czułam jej niuanse, jak niuansem morza są ryby i fale na piasku, i część mnie była pełna podziwu. Oto jestem, taka silna, potrafię w pełni doświadczyć tak głębokiej nienawiści, i nie załamać się w bezsilności, ani nie zatracić w złości. Wiem już teraz jak nienawiść jest emocją, która może łamać albo całkowicie pochłonąć ludzi. Pomyślałam też: Wow! Mogę nienawidzić tak szczerze i głęboko, prawdopodobnie też jestem w stanie tak szczerze, głęboko i szeroko kochać.

Chciałabym.

Ocean przepłynął przeze mnie i zostawił mnie ze świadomością kim jestem. To ja, kobieta pełna niesprecyzowanej nienawiści do świata stworzonego przez mężczyzn, dla mężczyzn.. Samotna, bo ten ocean oddziela mnie od innych ludzi. Co ja mam z tym zrobić? Czerpać łyżką? Zrobić czółno z mydelniczki?

Jak żyć? Jak żyć z nienawiścią?

Odpowiedź przyszła -- w postaci pracy Karli McLaren. Nienawiść, mówi Karla, pokazuje mi mój cień, coś, czego nie chcę zobaczyć w sobie. Praca z nienawiścią jest pracą z cieniem.

W praktyce można na przykład zrobić listę cech, których w obiekcie nienawiści najbardziej nienawidzę. Prawdopodobnie będą to rzeczy, które uważam za sobie zabronione. Ja taka nie jestem i nigdy nie mogłabym być. I właśnie te cechy trzeba zacząć w sobie zauważać, albo pozwalać sobie na nie.

Karla proponuje, żeby listę położyć w świętym kącie. Inne jej ćwiczenie to "spacer z cieniem". Należy iść na medytacyjny spacer z problemem, a potem w wyobraźni zapytać znienawidzoną osobę o rozwiązanie.

Pracując metodą psychologii procesu mogłabym w wyobraźni stać się przedmiotem swojej nienawiści, wcielić się w jej/jego rolę i w ten sposób zacząć integrować cień.

Bardzo, bardzo ciekawe. Bardzo ciekawe jaki ląd znajdę za tym moim gorzkim i słonym morzem nienawiści.

Ktoś z Szanownych Czytelników może już taki ocean przepłynął i może udzielić wskazówek?


Muzycznie, o wschodzie słońca ;)






Dżungla albo parapety



Mieszkam w małym bloku postawionym we wczesnych latach 80, wśród najczarniejszej socjalistycznej nocy. Prawdopodobnie w ramach kontry, klucze dostałam z brelokiem upamiętniającym okrągłą rocznicę zwycięstwa Jana III Sobieskiego pod Wiedniem.

Mieszkańcy są dumni, że dom jest zrobiony z cegły, a nie z wielkiej płyty, ale -- mówiąc między nami -- budownictwo jest to marne, bo materiały byle jakie, a umiejętności i etos architektów i budowlańców nieco rozmyte i nadgryzione zębem korupcji.
A jednak był to szczyt spełnienia marzeń, dostać tu mieszkanie i ludzie byli tu szczęśliwi. I coś z tego ducha nadal tutaj mieszka, chociaż zostali Ci, którym w postkomunistycznym wyścigu nie udało się wygrać i przenieść do większych metraży, materiałów budowlanych lepszych o tyle, że nowych i filozofii "taniej zbudować, drożej sprzedać".
W pewnym sensie są przegrani w wyścigu dzikich szczurów. W innym sensie ci maruderzy to awangarda życia "slow" i toflerowskiej "trzeciej fali" postindustrialnej. Ludzie trzymają się razem, często się odwiedzają w mieszkaniach, po krokach poznaje się która idzie sąsiadka, a dziadek ma czas chodzić na spacery z wnukami. Tutaj jeździ się pod namiot z domowymi zapasami i robi się bataliony słoików na zimę. No i pielęgnuje się ten charakterystyczny detal polskich bloków -- doniczki na korytarzach.

Kiedy dokumentowałam naszą mikrodżunglę, wyobraźnia mnie poniosła i zobaczyłam te parapetowe ogródki jako zaczątek wspólnoty, wzięcia osobistej odpowiedzialności za kawałek przestrzeni nie-mojej. Moglibyśmy z sąsiadami się dogadać i urządzić kawałek klatki schodowej po naszemu.

Znając gust sąsiadów, kłótnie byłyby epickie :)

Akcenty patriotyczne



Drogi etnografie/droga etnografko, badaczu/badaczko dnia codziennego Polaków. Co o życiu mówi dzisiejszy stół:

a. Stół. Chciałam mieć z tradycjami, typowo krakowski. I mam, nabyty od Emaus. Bezdomni prowadzą skład przedmiotów z drugiej ręki na uroczym, kameralnym osiedlu w Nowej Hucie, budowanym w czasach, kiedy planiści-urbaniści mieli jeszcze pomysły na miarę ludzi. Polecam pod każdym względem. Skarby za grosze, konsumpcja hula pod płaszczykiem moralności, jest okazja porozmawiać z ludźmi, którzy coś innego wiedzą o życiu, i ten romantyzm Nowej Huty. Ze stołu niebawem będzie zdzierana stara skóra.
b. Serwetka nabyta w lokalnym szmateksie. Nie wiem skąd przyjechały szmaty? Pewnie z bogatych krajów, upychają u nas i jeszcze bardziej bogacą.
c. W roli flakonów butelki po piwach 0,33 l, produkcja krajowa, lokalne browary. Lubię te piwa, tą objętość i te butelki, za ich pękaty kształt i kolor. Ale ileż można, zachowałam tylko dwie.
d. Pietruszka z zieleniaka. To jest jedyna poważna wada mojej dzielnicy, nie ma targu warzywnego. Zieleniaków jest cztery w promieniu 10 minut, a każdy niedoskonały. Za to pietruszka o tej porze roku! Mam wrażenie, jest najbardziej aromatyczna, sypię pękami.
e. Lampka z ikei, na marmurowej płytce po lampie z lat 80. Była domorosłym brzydactwem bez gustu i proporcji, ale zrobionym przez prywaciarza ze szlachetnych materiałów. Przydadzą się.
f. Książki, teczka z przepisami i rachunki. Wreszcie się zebrałam i załatwiłam sprawę przetrzymanej książki w bibliotece publicznej na Rajskiej. Łaskawa dyrekcja zamieniła karę pieniężną na sześć książek. Czekają na widoku! Rachunki... Cóż. Patriotyzm ma ciężki kryptonim: ZUS VAT-7 PIT-5.


***
Wiem, wytyka mi to nawet brat: jestem niestandaryzowaną Polką.

I nawet powoli zaczynam się dobrze z tym czuć; oczywiście, w skali globu, nic w moim życiu tak znowu wyjątkowego. Ot, dziecko ze wsi w kraju postkomunistycznym nieopatrznie wkracza na drogę indywiduacji i jednocześnie próbuje znaleźć miejsce dla siebie w społeczeństwie kapitalistycznym i przemysłowym. Które to społeczeństwo po cichu samo w siebie przestaje chyba już wierzyć, ale lepsze opcje nie są jeszcze oczywiste. Puenty nie będzie.

Listopad



Lubię być w domu.

Pierwszy mróz

Dziabnął mnie, jak wysiadałam z rozgrzanego pociągu w noc przed Wszystkimi Świętymi.

Zatoka boli raz lewa, raz prawa, staram się zopiekować bólem bezibuprofenowo. Pomaga napar z oregano w specjalnym kubku mamy, nalewka z trzech kwiatów: akacja, lipa, sosna, nagrzewanie lampą i w ogóle grzanie. Wyobrażam sobie jak cudowny byłby woreczek z ciepłym piaskiem na zatoce. Ogólnie pomaga tez, jak się z bólem prześpię. Już nie całkiem boli, a nawet całkiem nie boli, ale świadomość odlatuje trochę od napompowanej głowy i dzisiaj nie będę intelektualistką.

Ciekawostka: jakiś czas temu we wsi nastał proboszcz wychowany przy ojcu na budowie kościoła. Pierwsze, co na nowej parafii, wziął się za poszerzanie przybytku bożego. Idąc tamtej nocy od stacji weszłam w cień rusztowania i zobaczyłam -- przejrzyste od mrozu niebo, usiane gwiazdami niczym budowa piaskiem.

Nowa, wielka bryła kościoła przysłoniła iluminację od lamp na szosie i uwidocznił się firmament.

Morał: lepiej mieć w wsi sodówki czy gwiazdy?


***
I w ogóle jestem jakaś odwrotna: zamiast zwrócić się ku kontemplacji śmierci, w to Święto Zmarłych widzę życie i życie.