Dżungla albo parapety



Mieszkam w małym bloku postawionym we wczesnych latach 80, wśród najczarniejszej socjalistycznej nocy. Prawdopodobnie w ramach kontry, klucze dostałam z brelokiem upamiętniającym okrągłą rocznicę zwycięstwa Jana III Sobieskiego pod Wiedniem.

Mieszkańcy są dumni, że dom jest zrobiony z cegły, a nie z wielkiej płyty, ale -- mówiąc między nami -- budownictwo jest to marne, bo materiały byle jakie, a umiejętności i etos architektów i budowlańców nieco rozmyte i nadgryzione zębem korupcji.
A jednak był to szczyt spełnienia marzeń, dostać tu mieszkanie i ludzie byli tu szczęśliwi. I coś z tego ducha nadal tutaj mieszka, chociaż zostali Ci, którym w postkomunistycznym wyścigu nie udało się wygrać i przenieść do większych metraży, materiałów budowlanych lepszych o tyle, że nowych i filozofii "taniej zbudować, drożej sprzedać".
W pewnym sensie są przegrani w wyścigu dzikich szczurów. W innym sensie ci maruderzy to awangarda życia "slow" i toflerowskiej "trzeciej fali" postindustrialnej. Ludzie trzymają się razem, często się odwiedzają w mieszkaniach, po krokach poznaje się która idzie sąsiadka, a dziadek ma czas chodzić na spacery z wnukami. Tutaj jeździ się pod namiot z domowymi zapasami i robi się bataliony słoików na zimę. No i pielęgnuje się ten charakterystyczny detal polskich bloków -- doniczki na korytarzach.

Kiedy dokumentowałam naszą mikrodżunglę, wyobraźnia mnie poniosła i zobaczyłam te parapetowe ogródki jako zaczątek wspólnoty, wzięcia osobistej odpowiedzialności za kawałek przestrzeni nie-mojej. Moglibyśmy z sąsiadami się dogadać i urządzić kawałek klatki schodowej po naszemu.

Znając gust sąsiadów, kłótnie byłyby epickie :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz