Modny prezent


W pewnych kręgach zauważam modne -- dekoracje wykonane z opadłych gałązek.
Ww. gałązki (i badyle) nie opadły samoczynnie, strącił je orkan na wciąż pozbawioną śniegu ściółkę ukochanego mikrolasu. Tego na górce.

Cieszyłam się jak dziecko, wracając do domu z naręczem pachnącym jodłą i wiatrem.

Gałązki pozują z paprotką o przepięknych fifrzastych liściach, tak zwaną studentką. Zwaną tak, gdyż onegdaj, dawno, dawno temu zastałam ją na jednej stancji i potem już nie miałam serca jej zostawić. Każdą przeprowadzkę oprotestowała zrzucaniem liści, aż w końcu znalazła odpowiednio nawodnioną przystań w moim domu rodzinnym.

Dwa światy

Tradycje bożonarodzeniowe w Żywej Pracowni via Arek Twardowski :* :* :*
Ludowa interpretacja rytuałów przesilenia: struktury geometryczne ze złota ubogich, ze słomy. W środku "świat" z opłatka" (w tradycji był podwieszany pod pająkiem). Jeszcze spodem symbol nowych narodzin.
 
Przesilenie zimowe, i najkrótsza noc w ten piątek o 18.10 (jak to możliwe, że godzina jest tak dokładna? Nie wiem, pytajcie astronomów). Zostawiamy stare, przechodzimy przez międzyczas, wchodzimy w nowe. Jaki przyjdzie do Ciebie rytuał?

Wnioski można zapisać na folk-dizajnerskiej kartce LUKR całkowicie hand made.




PS: A to tylko dwa z pięknych i znaczących prezentów, które otrzymałam.
Czuję się głęboko obdarowana. Tak.

Dziękuję :)




Znajdą drogę poeci i wariaci



Cmentarz Cross Bones*. W Średniowieczy był tutaj niekonsekrowany cmentarz prostytutek, jak je nazywano "Gęsi z Winchester". Do XVIII stał się on miejscem pochówku ubogich, który zamknięto w 1853 roku. Tutaj okoliczni mieszkańcy stworzyli święte miejsce pamięci. Zmarli Wyrzutkowie, spoczywajcie w pokoju".

Poruszyła mnie ta historia.
Dzielnica Soutwark w południowym Londynie, blisko London Bridge. Od wieków były to dzielnica, gdzie wielkie miasto spychało swoje podejrzane czynności.
W 1996 roku lokalny poeta i mistyk (bądź jak kto woli - szaleniec) John Constable ma wizję, którą spisuje w formie wiersza. Duch prostytutki powierza mu swoją tajemnicę.
Błądząc po ulicach za wezwaniem tego głosu poeta trafia na miejsce pochówku, rozkopane przy okazji rozbudowy linii metra. Pospieszne i powierzchowne prace archeologiczne stwierdzają, że płytko pod ziemią pochowane są tutaj kobiety i dzieci. Kości noszą ślady typowych w tamtym czasie chorób: ospy, tyfusu, niedożywienia i postrachu tamtych czasów - syfilisu, czyli zemsty Nowego Świata przywiezionej przez konkwistadorów. Archeologowie wydobywają kilkadziesiąt szkieletów, szacunki mówią o 15 tysiącach pozostałych. Okazuje się, że kobietom, które otrzymywały od biskupa licencję na wykonywanie zawodu prostytutki i płaciły podatki na rzecz kościoła, odmawiano prawa pochówku w poświęconej ziemi; pozbywano się ciał na tym skrawku ziemi. Do czasu rozbudowy metra w dokumentach dzielnicy zaginął nawet ślad o istnieniu tego niekonsekrowanego cmentarza.

Tak zaczyna się ta historia - odkrywania tajemnicy, przywracania godności pochowanym tutaj zmarłym - i leczenia rany, jaką wielkowiekowe praktyki pozostawiły.

Od 1998 roku poeta-szaleniec Constable powołany do wykonania tego zadania organizuje tutaj ceremonie i zdołał zgromadzić dość liczną społeczność zainteresowaną losem tego miejsca i zmarłych, do których skrawek ziemi należy. Fundowano pamiątkową tablicę, która wiele razy była usuwana, "tajemniczy ogrodnik" zasadził i pielęgnował przez lata nielegalny ogród. Oczywiście, w międzyczasie stoczona została batalia o to, żeby nie go zabudować luksusowymi apartamentowcami.

Stopniowo, krok po kroku boży szaleńcy zdobywają rozpoznanie przestrzeń w świadomości władz miasta dla "Zmarłych Wyrzutków". Obecnie plakietka już nie znika i w posiadaniu społeczności są oficjalne klucze do ogrodu, który na spłachetku powstał. W winchesterskiej katedrze zawodowy chór i setka mieszkańców wykonała przedstawienie w oparciu o historię "Gęsi z Winchester" opowiedzianą poprzez wiersze Johna Constable. Kościół wyraża troskę.

Co mnie poruszyło w tej historii? Chyba najbardziej to, że w opowieści Constabla nie ma cienia żalu, czy nienawiści do tych, którzy zapomnianej historii nie chcieli uznać przez te wszystkie lata. Jest to natomiast opowieść o leczeniu ukrytej rany - krok po kroku, kropla po kropli, wstążka po wstążce, wiersz po wierszu, emocja po emocji. Świat rzeczywisty miesza się tu ze światem mistycznym, nikt nie narzuca swojej interpretacji tego, w jaki sposób nieukojone duchy istnieją, a jednak wiemy, że jakoś istnieją; poznajemy po tym, jak ta historia nas porusza. Mistyk szaleniec staje się liderem i doprowadza do tego, że miejscowi ludzie - sami w innym sensie biedacy i wyrzutkowie - znajdują w sobie nową siłę i zyskują poczucie też własnej godności.

Tak przynajmniej to sobie wyobrażam. Bo przecież jak jest, dokładnie nie wiem.

Mój terapeuta zaraz by zapytał; a ty? Co ty w sobie zepchnęłaś poza margines niepamięci? Co w tobie domaga się uznania, uhonorowania i przywrócenia godności? Gdzie leży pochowana twoja święta ladacznica i jej nienarodzone dzieci?
Albo inaczej: moja wewnętrzna mistyczka-wariatka podpowiada mi, że co należałoby zrobić? Co i jak leczyć? Porządkować i uspokajać* kości? I co za kości mistyczne??

Grubo.

* "Bones" - kości oczywiście. "Cross" ma podwójne znaczenie - "pokrzyżowana" i "zła".

W świetle gigantów. Odżywianie i leczenie

Ktoś pamięta, jak się nazywał ten gigant czy tytan z greckiej mitologii? Ten, co odzyskiwał siły przy zetknięciu z ziemią? Szukam i nie mogę się dogrzebać, ani w pamięci, ani w guglach.
Jego pogromca (którego imienia również nie pomnę) wziął go na bary i trzymał w powietrzu tak długo, aż gigant skonał bez kontaktu z życiodajną energią.

Ten mit mi się przypomina, zawsze, jak jadę autem z Krk w rodzinne strony. Droga przez Tymową meandruje wzniesieniami i lasami, a odkąd zbudowali autostradę jest jeszcze bardziej pusta, a ja z każdą górą i z każdym widokiem nabieram nowych sił. Prze - pię - kne są moje rodzinne strony.

I jeszcze TO mi się wczoraj przytrafiło! Zaproszenie na finałowy koncert urodzinowy Krzysztofa Pendereckiego w niedalekich Lusławicach.

[przerwa na omdlenie]

Jeśli ktoś nie kocha współczesnej muzyki klasycznej, to ja mu dzisiaj powiem tylko tyle, że ja kocham.
Jednak muzyka Pendereckiego w jest w tej historii, którą dzisiaj chcę opowiedzieć, jedynie skromnie genialnym początkiem.
Przy tej okazji inspiruje mnie rozmach przedsiębiorstwa E. i K. Pendereccy, które na głuchej wsi miało wizję i determinację wybudować centrum muzyki z hipernowoczesną salą koncertową. I które regularnie gra tam - jakby nie spojrzeć - dość wąsko popularny repertuar, i ma tę salę wypełnioną.
To się nazywa umieć zdobywać publiczność :)

Ja tymczasem siedzę teraz w słońcu przy rodzinnym stole i przeglądam stare i świeże "Tygodniki Powszechne".

To nie moja opcja światopoglądowa, lecz to pismo kładzie się ulgą na różne ma bolączki i urazy duchowe oraz psychiczne jak niczym balsam kręgowy franciszkański z naturalnymi olejkami na reumatyzm stawów i mięśni, postrzał, rwę kulszową, sztywność stawów, uderzenia oraz stłuczenia.

Życzę Wam nieco błogości w tej niedzieli, Kochani :)