Znajdą drogę poeci i wariaci



Cmentarz Cross Bones*. W Średniowieczy był tutaj niekonsekrowany cmentarz prostytutek, jak je nazywano "Gęsi z Winchester". Do XVIII stał się on miejscem pochówku ubogich, który zamknięto w 1853 roku. Tutaj okoliczni mieszkańcy stworzyli święte miejsce pamięci. Zmarli Wyrzutkowie, spoczywajcie w pokoju".

Poruszyła mnie ta historia.
Dzielnica Soutwark w południowym Londynie, blisko London Bridge. Od wieków były to dzielnica, gdzie wielkie miasto spychało swoje podejrzane czynności.
W 1996 roku lokalny poeta i mistyk (bądź jak kto woli - szaleniec) John Constable ma wizję, którą spisuje w formie wiersza. Duch prostytutki powierza mu swoją tajemnicę.
Błądząc po ulicach za wezwaniem tego głosu poeta trafia na miejsce pochówku, rozkopane przy okazji rozbudowy linii metra. Pospieszne i powierzchowne prace archeologiczne stwierdzają, że płytko pod ziemią pochowane są tutaj kobiety i dzieci. Kości noszą ślady typowych w tamtym czasie chorób: ospy, tyfusu, niedożywienia i postrachu tamtych czasów - syfilisu, czyli zemsty Nowego Świata przywiezionej przez konkwistadorów. Archeologowie wydobywają kilkadziesiąt szkieletów, szacunki mówią o 15 tysiącach pozostałych. Okazuje się, że kobietom, które otrzymywały od biskupa licencję na wykonywanie zawodu prostytutki i płaciły podatki na rzecz kościoła, odmawiano prawa pochówku w poświęconej ziemi; pozbywano się ciał na tym skrawku ziemi. Do czasu rozbudowy metra w dokumentach dzielnicy zaginął nawet ślad o istnieniu tego niekonsekrowanego cmentarza.

Tak zaczyna się ta historia - odkrywania tajemnicy, przywracania godności pochowanym tutaj zmarłym - i leczenia rany, jaką wielkowiekowe praktyki pozostawiły.

Od 1998 roku poeta-szaleniec Constable powołany do wykonania tego zadania organizuje tutaj ceremonie i zdołał zgromadzić dość liczną społeczność zainteresowaną losem tego miejsca i zmarłych, do których skrawek ziemi należy. Fundowano pamiątkową tablicę, która wiele razy była usuwana, "tajemniczy ogrodnik" zasadził i pielęgnował przez lata nielegalny ogród. Oczywiście, w międzyczasie stoczona została batalia o to, żeby nie go zabudować luksusowymi apartamentowcami.

Stopniowo, krok po kroku boży szaleńcy zdobywają rozpoznanie przestrzeń w świadomości władz miasta dla "Zmarłych Wyrzutków". Obecnie plakietka już nie znika i w posiadaniu społeczności są oficjalne klucze do ogrodu, który na spłachetku powstał. W winchesterskiej katedrze zawodowy chór i setka mieszkańców wykonała przedstawienie w oparciu o historię "Gęsi z Winchester" opowiedzianą poprzez wiersze Johna Constable. Kościół wyraża troskę.

Co mnie poruszyło w tej historii? Chyba najbardziej to, że w opowieści Constabla nie ma cienia żalu, czy nienawiści do tych, którzy zapomnianej historii nie chcieli uznać przez te wszystkie lata. Jest to natomiast opowieść o leczeniu ukrytej rany - krok po kroku, kropla po kropli, wstążka po wstążce, wiersz po wierszu, emocja po emocji. Świat rzeczywisty miesza się tu ze światem mistycznym, nikt nie narzuca swojej interpretacji tego, w jaki sposób nieukojone duchy istnieją, a jednak wiemy, że jakoś istnieją; poznajemy po tym, jak ta historia nas porusza. Mistyk szaleniec staje się liderem i doprowadza do tego, że miejscowi ludzie - sami w innym sensie biedacy i wyrzutkowie - znajdują w sobie nową siłę i zyskują poczucie też własnej godności.

Tak przynajmniej to sobie wyobrażam. Bo przecież jak jest, dokładnie nie wiem.

Mój terapeuta zaraz by zapytał; a ty? Co ty w sobie zepchnęłaś poza margines niepamięci? Co w tobie domaga się uznania, uhonorowania i przywrócenia godności? Gdzie leży pochowana twoja święta ladacznica i jej nienarodzone dzieci?
Albo inaczej: moja wewnętrzna mistyczka-wariatka podpowiada mi, że co należałoby zrobić? Co i jak leczyć? Porządkować i uspokajać* kości? I co za kości mistyczne??

Grubo.

* "Bones" - kości oczywiście. "Cross" ma podwójne znaczenie - "pokrzyżowana" i "zła".

12 komentarzy:

  1. Zassałaś cały Londyn. Podoba mi się ta transpozycja. To uwewnętrznienie miasta i jego cmentarza. Miasto to jeden z moich ulubionych symboli - bardzo pojemny.
    U mnie też grubo... Aż strach czasem odkopywać. Może lepiej nie budzić demonów? Sama nie wiem...

    OdpowiedzUsuń
  2. Samemu chyba się nie da. Ktoś zewnętrzny powinien przeprowadzić przez cmentarz.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jakoś nie do końca wierzę, że ktoś zewnętrzny potrafi rozsupłać ten węzeł gordyjski i nie uszkodzić żadnego włókna... Nie wiem, nie wiem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ja nie ufam złudnym interpretacjom mojej głowicy. Na manowce mnie wodzi, mówiąc, że moja prawda jest jedyną prawdą.

      Usuń
    2. Nieee...
      Nie wierzę, że Twoja głowica tak mówi. Masz umysł szeroko otwarty, a tylko ciasne głowy widzą słuszność tylko swoich racji.

      Ja się po prostu obawiam, że gdybym pozwoliła komuś rozłożyć się na części składowe i w nich przebierać, to jaką mam pewność, że mnie później złoży w jako tako działającą całość?? Póki co posklejana taśmą izolacyjną jakoś działam ;-) Nie wiem, czy pozwoliłabym komuś kopać we własnym cmentarzu...Nie wiem. Nie próbowałam aż tak.

      Usuń
    3. Co do mania racji, to zwykle mówię nie wiem lub "chyba na pewno":)
      Chodziło mi o tzw prawdę o mnie, czyli śmierć złudzeń, pożar dekoracji, itp. Które są które? :)

      Usuń
    4. Kilka takich śmierci złudzeń mam za sobą, a ile mnie jeszcze czeka - nie wiem, ale chyba te największe padły. Człek pozbył się wreszcie garba :P
      Myślę, że ,,które są które" mierzy się samopoczuciem. Stopniem przyjemności w obcowaniu z sobą. (??) Chyba.

      Usuń
  4. Tak miałam wrażenie, że ważny temat...

    Emmo, z tego co widzę po sobie, to chodzi właśnie o to, żeby zaufać. Rozpoznać ten ułamek sekundy, kiedy można, i pozwolić sobie to przyjąć. Ot, i sedno leczenia, tak myślę, reszta jest cierpliwością, jak układanie kości.

    Magdo, wygląda na to, że niektórzy nie mogą tam nie wejść, tak mamy, powołani do przejścia przez ból, syf i śmierć złudzeń, co nas ładuje w trudne sytuacje, jak mówi Marion Woodman.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Robię uniki :) Nie jestem odważna

      Usuń
    2. Ja też, Magda, ja też! I co z nami będzie?? ;-))

      Swoją drogą naprawdę nie widzę w moim życiu nikogo, kto mógłby sobie z moimi cmentarzami poradzić. Kto by chciał... I komu ja umiałabym aż tak zaufać...

      Póki co stosuję samolecznictwo ;-)

      Usuń
    3. Historia Cross Bones pokazuje, że słowa, "które przychodzą" też pokazują drogę :)
      Niby oddzielam literaturę od życia, a jednocześnie mam wrażenie, że Twoja Ptakodziewczynka, Emmo, radzi sobie całkiem świetnie ;)

      Każdy sam najlepiej wie z kim mu po drodze, dla mnie akurat po drodze jest z ludźmi, to mi najbardziej pozwala rosnąć i jest najciekawsze, i najlepiej mnie karmi - wychodzenie ze wsobnej strefy komfortu, z tym co mam, do ludzi.

      A czasem kwestią jest odróżnić "nie, nie chcę" od "chciałabym a boję się" ;)

      Dziękuję Wam, Kochane, za tę dyskusję. To nie karmi dopiero :)

      Usuń
    4. Oddzielić literatury od życia się nie da. Literatura czerpie z życia, z nas. Nawet jeśli się opisuje cudzą historię, to przecież jest ona filtrowana i przez piszącego i sposób destylacji obnaża bardziej autora niż bohatera.
      Tak, moja Ptakodziewczynka to rodzaj terapii. Wysyłam ją tam, gdzie ja-realna boję się otwarcie chodzić. Pod płaszczykiem fikcji literackiej jest mi łatwiej, bo to jednak ekshibicjonizm emocjonalny. Coś dla mnie bardzo trudnego.
      A Dziewczynka to mój szperacz i peryskop skierowany do ciemnych miejsc. Daje poczucie bezpieczeństwa i możliwość czmychnięcia ;-)

      Usuń