Kubik połamanych serc




Ciut się zmieniło. Pierwsze, co miewam ochotę się napić z rana, to napar z lipy z miodem na wyciągu z głogu. Lipa i głóg; już sam głóg podobno dobrze robi mięśniu sercowemu.

Gdybyśmy sobie wyobrazili, że każda roślina ma swojego ducha. Spożywamy jej materię, przez co zapraszamy do siebie też coś subtelniejszego. W tym wyobrażeniu do towarzystwa porannym rozterkom już nie biorę kopiącego ducha kawy, tylko kojącą lipę i sercowy głóg.

W rzeczywistości lipa zawsze była, łagodna, hojna i pomocna. Dwa wielkie drzewa, takie wyrosły od czasu, gdy przy wjeździe do domu rodzinnego zasadził je dziadek, zamiast bramy. Z gałęzi innych drzew w lipcu skubaliśmy kwiaty i suszyliśmy, aż napełniliśmy cała poszewkę na poduszkę. Od listopada czerpaliśmy pachnące siano do wielkiego gara, który stał na blasze w kuchni. Najbardziej lubiłam, gdy już mocno naciągnął i nabrał czerwonej barwy. Kwiaty parzyło się dwa lub trzy razy, w międzyczasie uzupełniając wrzątkiem.

Tamtych drzew już nie ma i pieca nie ma, poddały się modzie, wygodzie i racjonalnej myśli gospodarczej. Za jakiś czas nie będzie też starej kuchni. Ale jest lipa, czekała na mnie, w pamięci ciała i emocji, przez wszystkie wariackie lata. Teraz razem z głogiem karmi mnie co rano słodyczą i wdzięcznością: jak to się dyskretnie plecie. Zdążyłam zapomnieć o rozwodzie, a lipka, które dostałam od ukochanej przyjaciółki dla upamiętnienia dnia ślubu rośnie - dla mnie, nie dla mnie.





Instrukcja obsługi


Kiedy siedzisz z przyjacielem lub przyjaciółką, którzy są w bólu, bo ich świat już nie ma sensu, kiedy panuje zamieszanie i nigdzie nie można znaleźć odpoczynku. Czy przez jedną chwilę oprzesz się pokusie, żeby naprawiać, uspokajać, dawać odpowiedzi, a wręcz, żeby ich uzdrowić?

Czy dasz ciszę, słuchanie, swoje bycie i ciepło fizycznej obecności?

Czy przytrzymasz ich w sercu, z taką czułością, jak matka trzyma noworodka?

Czy obejmiesz ich tam gdzie są, bez potrzeby, żeby się zmienili czy przekształcili według twoich potrzeb i harmonogramu?

Czy będziesz w pobliżu, trzymając na wodzy własną niecierpliwość i dyskomfort? Czy spojrzysz im w oczy i zobaczysz siebie?

Czy zostaniesz z nimi w piekle uzdrawiania, ufając rozpadowi, wiedząc, że jesteś jedynie świadkiem jak odpada stary sen?

Czasem przez to, że nie robi się nic, wszystko zostaje odczynione, a miłość się objawia jako jedyne prawdziwe lekarstwo.



- Jeff Foster i Mat Licata

Żeby sercu radość zrobić


Ścinki czasu, resztki włóczki, historia rodzinnej i zaprzyjaźnionej dzianiny pisana kolorami i gatunkiem.
Niektóre zwitki - po PRL-owsku spłowiałe i drapiące - przeleżały lata w stanie dziewiczej
przędzy. Kilka kłębków pamięta ręce babci, z innych swetry robiłam i prułam ja, siostra, ciotki,
mama koleżanki. Mama moja nie dziergała, jej królestwem był haft.
Moje upodobanie do przetwórstwa odpadów jesienią przybiera formę geometryczną, lubię
wciągać się w grę odcieni, dobierać gatunki szlachetne do nieszlachetnych tak, żeby razem zagrały
jak najcieplej i najpiękniej. Jest już koca małego pół, lub dużego 1/3, jeśli dalej rzeczy będą się toczyć
obecnym trybem, może nawet skończę przed wiosną.

A serce złamane, jednak. Jeśli ktoś ma inne sprawdzone sposoby jak się leczy,
proszę, przyjmę. Tym razem przejdę przez to jak należy, dla serca..
Tymczasem dziękuję Echu które z rana, awansem, przyniosło mi taki prezent :)
"Kintsukuroi", naprawianie złotem. Japończycy, znają się na słowach.


I od Arka

Różne takie

















Coś się tak czasem w życiu ułoży, niby po myśli
i tak jakby cieszy, a dziwnie. Wam też?


Co dziś do mnie przemawia

"Nie możemy tak naprawdę zmienić tego, jak żyjemy na Ziemi, dopóki nie uznamy naszego głębokiego emocjonalnego przywiązania do miejsc, gdzie żyjemy i dopóki nie potwierdzimy i nie wzmocnimy tego przywiązania, odnajdując i tworząc piękno tam, gdzie te miejsca są zniszczone. Akt troszczenia się o miejsce, które ma ranę bywał porównywany do kochającej, nie wymagającej uwagi, jaką poświęcamy choremu przyjacielowi. Często nie możemy nic zrobić, żeby "wyleczyć" przyjaciela. Jednak obecność, uważność i miłość są niezbędne, dopóki trwa relacja. Podobnie, staramy się nie tyle uleczyć miejsce, ale relację pomiędzy ludźmi a miejscami".

Trebbe Johnson



Mieszkam w coraz bardziej zaopiekowanej okolicy Krakowa, jednak myśli mnie poruszyła.
Tyle tutaj blizn z różnych czasów. Na przykład mniej oczywista, dziura po wydobyciu wapienia ze skałek, w której Bednarski wiele dziesiątków lat temu zrobił dla nas park. To się nazywa podejście radykalnie troskliwie. Oczywiście, nie jestem bohaterką, ale nie jeden raz zniszczenie miejsca, które kochałam złamało mi serce. Dobrze mieć taką myśl i taką procedurę w zanadrzu.

Potrzeba nie uboleśniania

Światy
wewnątrz światów
są otwarte dla każdej istoty dwunożnej,
która podejmie decyzję,
aby podróżować poza ból,
ograniczający jej zdolność
widzenia prawdy.

Jamie Sams
13 Pierwotnych Matek Klanowych




Miłość i jedzenie w czasach postimperialnych

Kiszone cytryny (małe jak śliwki)
Pasta z granatów
Sproszkowane limonki 
Woda różana
Woda tymiankowa
Suszony berberys

- Gdybyś mi na studiach powiedziała, że będę miała taką pracę, nie uwierzyłabym, że takie w ogóle istnieją. Teraz mam to, urządziłam się wreszcie dokładnie jak lubię i nagle chcę czegoś innego.
Powiedziała to kiedyś na spacerze, gdy szłyśmy Powiślem. Poznałam ją i pokochałam w czasach , gdy zmieniałyśmy studenckie mieszkanie co najmniej siedem razy i ona w dwie godziny wszędzie potrafiła wyczarować dom, za pomocą narzuty na łóżko i paru drobiazgów. Potem naszego drogi się rozjeżdżały, zjeżdżały. Ja, zaślepiona, z sercem ogłupionym ambicyjkami i strachami na lachy (dopiero teraz, niestety, to wiem) nie zawsze byłam najlepszą przyjaciółką, a ona wybaczała każde zapomniane urodziny i w środku każdej nocy była gotowa przyjąć mnie pod swój dach, gdzie zawsze czułam się lepiej niż w domu.

I tak. Dwa lata temu zostawiła to śliczne mieszkanie razem z tą obłędną pracą w międzynarodowej instytucji, i pojechała do Londynu uczyć się gotować. Pracuje jako szef kuchni. Przygody. Trudności i zwycięstwa. Niebezpieczeństwa, o których mówi dopiero, jak już jest po wszystkim. Ma osobistego przyjaciela, Persa, i on jej opowiada o ogrodach, które jego rodzina straciła, w ojczyźnie, na obczyźnie.

Dostałam od niej torbę perskich smaków. Eksperymentuję i się zawstydzam.
Co ja właściwie wiem o światach Innych?

Zapomniane słowa



Posag. Scheda.

Od dziecka się zastanawiam
co babcię skłoniło do wyhaftowania
na poduszce takich,
a nie innych
wzorów.


Re-kreacja

Na marginesie spraw ważnych i pilnych, przestały mi się podobać moje ubrania.

Jak w każdym między-czasie, pomiędzy latem a jesienią, między teraźniejszością a przyszłością, na chwilę przestałam wiedzieć co mam na siebie założyć.

W przerwach na re-kreację - nawiasem mówiąc ciekawe słowo, prawda?, "ponowne stworzenie" - zatem, by ponownie się stworzyć, zrobiłam czystkę w szafie. Trochę rzeczy do mnie przyszło ostatnio, część drogą kupna w szmateksie i na przecenie, część drogą prezentu. Za dużo, pogubiłam się, niektóre muszą odejść. Zresztą tej czy tamtej rzeczy nigdy nie polubiłam.

Już wiem: teraz chcę nosić kolory dojrzałe i nasycone pompatycznymi nazwami, jak: bycza krew, purpura, butelkowa zieleń, stare złoto. Suknie z krótkim rękawem, ale długie, żeby nie było ani za ciepło, ani za zimo. Luźne, z materiałów miękkich i mięsistych, żeby skóra mogła czerpać przyjemność z wiatru, a mężczyźni z kształtu, którego wiatr pozwoli się domyślić. Do tego cały czas sandały, te nowe, srebrne. Cięższe pierścionki - naszyjniki nie - mocniejsze oko i czerwona szminka. Na wieczory swetry średniej cienkości, też miękkie i długie, też w sytych kolorach.

Parę odpowiednich sztuk wygrzebałam. Ale jakby ktoś miał coś takiego z swojej szafy sezonowo zre-kreowanej, przygarnę!

Na marginesie marginesu, niczym jakaś mysz, chomik, czy pająk - w przeczuciu, że nadejdą chłody - powzięłam też inną formę re-kreacji: ze starego golfu zrobiłam nową czapkę i szalik, a na drutach mam trzy roboty na raz, w tym jeszcze jedną czapkę, chustkę i koc. Może zamiast koca będzie sweter, jednak.

Ostatni kęs sierpnia

Ta kuchnia, w domu nostalgicznie moim i nie moim, po remoncie zaczęła mieć tajemnice; chowa przede mną cukier, noże i babci zeszyt z przepisami. Mimo to, błogie jest gotowanie, pieczenie, kuchnia dogrzana w między-czasie, gdy na pytanie "i jak?" odpowiadam: "ciepło-zimno".

Napisałabym coś

Napisałabym coś, ale ostatnio słowa też mnie opuszczają
Chodzę, wącham jabłka. Śliwki, maliny kwaśne po deszczach.
Dojrzało kolejne dziecko i już nic się nie poradzi.

Ze śliwkami można upiec kruche, dla osłody.
O ile się uda odpalić piekarnik.



What's trending


Pierwszy wątek: Nie przypominam sobie, żebym w którymś skansenie widziała obiekty cerowane i łatane. Może niedokładnie patrzyłam.
Tymczasem jest to najbardziej przyziemna - a jednocześnie wzruszająca i osobista - forma rękodzieła, która jak każde rękodzieło, czasem staje się sztuką.
W naszej kulturze historycznego wywyższenia jaśniepaństwa, poniżeniem jest ubóstwo, wstydem jest oszczędność, a pomiędzy tym wszystkim nie ma gleby, na której mógłby rozkwitnąć szacunek dla prostoty, pracy dla funkcjonalnej konieczności, materiałów i odcieni wywiedzionych z natury prostą drogą, bez drastycznych ingerencji, dla bycia bez pawich piór. To piszę ja, wielbicielka brokatu, pstrokatu, złoceń we wszystkich odcieniach, tęczowego migotania i wspomnianych piór. Nigdy nie utrzymywałam, że mam naturę nie dwoistą.


W innych kręgach na przykład japońskie "boro", czyli XVIII i XIX wieczne tkaniny łatane, to obiekty kolekcjonerskie. Wartość we współczesnych pieniądzach nadaje im sentymentalizm i malowniczość, ale też rękodzielniczy walor tkanin, nici, barwników. Więcej boro i inne japońskie słowa związane z tkaninami znajdziecie tutaj: u Sri Threads (KLIK).












Drugi wątek: Osoby, które tego bloga czasem podczytują, mogły zauważyć, że kocham tkaniny i dzianiny, a jednocześnie mam potrzebę ekspiacji za grzechy współczesnego przemysłu odzieżowego - i własne w tej materii.

Nie ja jedna, podobnych osób jest na świecie garść, a nawet dwie. Polecam dokumentację projektu Local Wisdom (KLIK TU). Przedsięwzięcie polegało na tym, że konsumenci z krajów dojrzałych rynkowo, przez co przesyconych tekstyliami*,  na przykładzie własnego odzienia pokazali nowe, post-konsupcyjne postawy i praktyki wobec naszej ukochanej formy ekspresji, czyli ubierania się. A raczej praktyki ponowione: masowa produkcja wyzwoliła nasze babcie i dziadków z tych konieczności, dając wnukom możliwość ich wyboru.

Jak dwa wątki się łączą: W czasach szerokiej konsumpcji kupiłam sobie drogie dżinsy. Nie pytajcie. Nastąpiło rozczarowanie: cena dotyczyła marki, nie materiału, który w tych pieniądzach powinien przetrwać dekady, a tymczasem zaczął się rozpadać już w pierwszym półroczu. Jednak krój spodni jest dobry, a dżins stał się miękki i bardzo przyjemny w dotyku. Tak więc przysiadłam, i uściboliłam własne "boro", czyli łatę (jest przyszyta pod spodem) i cerę w strategicznych miejscach. Nici miałam też z rozrzutnych czasów, wtedy nie wiedzieć czemu (znaczy wiedzieć: bo tak) zakupiłam kilka szpulek w prawie identycznych odcieniach. Dzięki temu cera na dżinsach mieni się subtelnie i zauważalnie jedynie dla niebiańskiego oka.


Teraz odziewa mnie dżins najbardziej trendowy, który dopiero dzięki rękodzielniczej ingerencji stał się wart ceny, którą zapłaciłam w PLN. Oczywiście subiektywnie, tylko dla mnie. Wątpię jednak, czy przetrwa te kilka pokoleń, żeby znaleźć przystań w muzeum, jako świadectwo materialnego pomieszania naszych czasów.




Napisawszy powyższe mam refleksję: kogo we wspomnianych naszych czasach stać na ścibolenie godzinami kawałka jakiejś szmaty? Którego, mam nadzieję, nikt nawet nie zauważy, nawet, jeśli ktoś się zauroczy kształtem mego rewersu. Rozrzutny - oraz obsesyjny - aspekt mojej natury też doszedł do głosu; oto jak trwonię czas na marność nad marnościami. I jeszcze się chwalę. Uroczo wyszło, nie?

***


* Jak Wielka Brytania, bądź co bądź ojczyzna rewolucji przemysłowej, która jako jeden z pierwszych darów przyniosła nam tanie tekstylia na metry. Co jest jak najbardziej symboliczne i znamienne: cały ten konsumpcyjny szał gospodarki zdolnej do taniego wytwarzania dóbr na skalę masową zaczął się od ubierania, oblekania, tapicerowania oraz wieszania firan i zasłon.



Słowo na S

Mały człowiek
Buduje klatki dla wszystkich
On wie.
Podczas gdy mędrzec
Który musi skłaniać głowę
Kiedy księżyc jest nisko
Przez całą noc gubi klucze
Dla
Pięknych
Awanturników
Uwięzionych

Szamsuddin Mohammad Hafez Szirazi
1319-1389



Miałam w sercu ogień.
Miałam w sercu otoczaka.
Kiedy kamień wyrzuciłam śmiechem i serdecznym kaszlem, miałam serce północne: zimne i puste.
Dużo później kolega podarował opowieść moim górnym - tam gdzie serce ma rewers - plecom: o świątyni w pustynnej okolicy, całej jednorodnie odlanej ze złota nieznaną metodą, następnie spalonej nieznaną siłą, po to, żeby popioły mogły się rozprzestrzenić i ożywić całą okolicę. Alegoria okazała się lekarstwem parę tygodni później, kiedy w sercu rozszalały się pożary.
Teraz moją intencją jest: otwierać, uwalniać.

Co dziwniejszego mamy, niż serce?


Serce i rozum

"Zostaw mapy i wsłuchaj się w zagubienie, jak w święte przywołanie do obecności. Tutaj, gdzie stare drogi niszczeją i gdzie możesz chcieć spalić swój dom. Zamiast tego, poproś o zapoznanie z tym, co potrafi przetrwać. To miejsce bez oparcia dla stóp jest domeną łaski. Jest polem poszukiwania, najpodatniejszym na magię i płynnie władającym mitem. Tu, gdzie nie ma nic do stracenia, śpiewaj głośno z potrzeby, żeby głos potarganego serca został usłyszany. Wyślij święty sygnał i nasłuchuj, co odpowie echo".
Toko-pa Turner
Serce słucha i się rozszerza. Rozum słucha i się krzywi: "Aleś ty egzaltowana. Kobieto".
Oryginał jest po angielsku, w obcym języku słowom łatwiej wśliznąć się pod mój cyniczny i krytyczny pancerzyk.
A tymczasem powiedział mi wczoraj ucisk w mostku : "Chcę mieć tu więcej miejsca. Żeby mogła tańczyć miłość".







Hm.


Wszystko na nic

"Ten dzień będzie dla Ciebie kompletnie bez pożytku. Nic się nie posunie, nic nie zostanie osiągnięte. Spodziewaj się czasu relaksu bez wysiłku, i poezji, posiadywania tu i tam, może trochę uważnego bycia, medytacji - wszystko to na nic.
Niektórzy mogą to zrozumieć jako protest przeciw duchowi naszej kultury - jej pośpiechowi i nadmiernej celowości, ale my wiemy, że to się nie przyda nawet psu na budę. Dobre intencje i zdecydowane cele trzeba zostawić za drzwiami.

Taką wróżbę znalazłam w notesie, spisałam nie pamiętam skąd.

Mam też listę. Oto, co lubię tego lata, co mi pomaga wrócić do równowagi po ćwierćwygranej mikrobitewce z czasem i z demonem prokrastynacji:
* palenie: świeczek woskowych i kadzidełek
* miękkie masło sierpniowe: robienie czegokolwiek z masłem i potem tego jedzenie
* oddychanie
* kawa plujka z mlekiem kozim (dostępna niestety tylko na tych schodkach)
* woda z lodem
* z lodem gruziński koniak
* przytulanie
* wypisywanie zaległych faktur
* słuchanie dźwięków: grzechotek, kalimby, dzwonów, mis, ptaków i świerszczy
* pisanie i rysowanie w rozmaitych notesach, najchętniej bezmyślne
* tkaniny: cieszenie się faktem istnienia tkanin i dzianin
* praca, trochę
* pogibać się i powyginać, zwane tańcem
* śpiewanie pod prysznicem
* poćwiczyć trochę, nie za dużo
* zjeść coś dobrego, co ktoś przygotuje

Taki wgląd. Jakby ktoś przypadkiem chciał się zwierzyć ze swoich sposobów, ucieszę się więcej niż bardzo. Oraz aparat mi się zepsuł, matryca sama z siebie popękała, chyba od słońca. Ciekawe przyzwyczajenie: chodzę teraz i co i raz mam mały niepokój: a co, gdybym chciała to czy to sfotografować?

No i co? Część 2: stado


 
Powiedz TO bez słów :)  










Kielce jako znak


I niebo czyste już do Warszawy.

ostatnie okrążenie


Co mnie do tego skłania? Przyznam, przy całej frajdzie, odrobinę mnie to zajęcie niepokoi. Dywanik do łazienki mogłam sobie kupić za piątkę, pięćdziesiątkę maks. Albo obejść się bez dywanika i nawet nic nie zauważyć. Natomiast czas i żmudną pracę oddać czemuś spektakularnemu, co zdobyłoby dla mnie poklask świata, a przynajmniej aprobatę rodzonej matki. Ale nie. Coś mam na rzeczy ze szmatami... Może czas pokaże, może coś odkryje.

Tymczasem, w dywaniku plecionym w warkocze, a potem w kółko zszywanym, udział wzięły, pocięte na paski szerokości ok. 2,5 cm:
1. Stara piżama ojca, niebieski spłukany prawie do białości, jak jego oczy po tylu latach patrzenia na świat. Uwielbiam ten kolor.
2. Koloru było za mało, więc poszła też koszulka, wspomnienie jeszcze studenckie. Dawno. Ho ho!
3. I dwa rękawy jedwabnego sweterka. Z ciuchów, za duży i w kolorze o tyle szlachetnym, co złym.
4. Szary podkoszulek nie wart swojej markowej ceny, choć w roli dywanika bawełna porządna i miła w dotyku.
5. W ostatnim okrążeniu brokat obowiązkowo, czyli z lat 70. matki mojej sylwestrowe wdzianko.

Jednak, mimo lekkiego niepokoju -- czy sięme zdrowie psychiczne nie drze bokami, niczym dżersej pod nożycą -- podoba mi się. Że bogata faktura, daleka od perfekcji, bezosobowe fabryczne ściegi  zreorganizowane na kilku poziomach, w nowy mikrowszechświat co tańczy po swojemu, choćby się nawet potknął nie raz.

Nawet ten za duży, brzydki pępek na środku mi pasuje.

***

po zimie: dialogi i integracje


Dziękuję Magdzie z Na 27 stronie za patrzenie, myślenie, rozumienie i że się dzieli myślami. Przez co zaczynam i ja inaczej widzieć i rozumieć co przedstawiają moje złe-brzydkie-brudne zdjęcia i po co to robię. Widzę, że kocham i żywy cykl materii, i wytwory ludzi.

Widzę, że las wiele przyjmuje, aż - wyobrażam sobie - przekroczony zostanie punkt na continuum, kiedy przestaje być lasem, a staje się śmietnikiem. Ze strony ludzi...

Taki trochę taki plasterek, te moje estetyzacje.

biała geometria



Macie szczęście: potem mi się skończyła bateria w aparacie.

z miłości


Bo miejsce, skąd pochodzę jest takie piękne, i tak pięknie jest las się budzi do zielonego, delikatnie i lekko, jakby go nigdy nic, żadne zatrucie, żaden rozkład. Zima? Jaka zima?? Już nawet dla ludzi serce mi się otwiera od tego nadmiaru. Że się tak na upartego kochamy w tych naszych niegdysiejszych śniegach.


traszart, albo niewiarygodna bieda i bogactwo nasze



Jestem śmieciarą. Nie dość, że nie wyrzucam, to jeszcze znoszę do domu - jak tę folijkę błękitną, znalezioną na chodniku przed blokiem. Fakt, że myśl o wykonaniu traszarta (ang. trash art, śmieciuch) przyszła do głowy zanim folijka wpadła mi w oko - kiedy wyrzucałam pudełko po starym, starym telefonie i żal mi się zrobiło. Taki ładny obrazek, z miejscem jakby specjalnie przygotowanym na ołtarzyk jakiś, dziewczyński, czy pogański. Ile osób w gorączce transplantacji kontaktów ze starego aparatu do nowego w ogóle zauważyło, że coś tam jest na pudełku?

I tak po kolei, nie przeżywamy, nie przyjmujemy do wiadomości niezmierzonego bogactwa cywilizacji naszej. Gdy tak wiele rzeczy mówi: nie stać cię na mnie. Poza tym jak? Kiedy? Szczególnie gdy są to opakowania, przedziwne ze swej natury: kuszą, czarują, obiecują bóg wi co - czego z rzadka tylko dostaniemy w samym towarze - by natychmiast stać się śmieciem. Szczególnie, gdy akuratnie w przypadku każdego gadżetu elektronicznego, przedawnia się on i traci wartość - magiczną konsumencką i rynkową finansową - dokładnie z chwilą rozerwania pudełka.




Idea śmieciucha: tylko to, co znalezione. Użyłam klucza kolorystyczno-tematycznego (bryza morska o poranku). Warto też uwypuklić subtelny walor krytyki cywilizacji - czym i jak zaśmiecane są nasze akweny. Nieskazitelne już głównie w wizerunkach na opakowaniach telefonów komórkowych.

Udział wzięły: kawałek pudełka po gadżecie, wzmiankowana folijka z pudełka po papierosach, coś od torebki na prezent z nadrukiem holograficznym, stary grosz, istotna muszelka od Joanny.

I nie przestaję się dziwić: niesłychana cywilizacja nasza, co produkuje tak perfekcyjne - śmietki!



PS: Oraz Patafix - również znaleziony w zagłębiach szuflady - w traszartach niezastąpiony .

Brzydki jak patafix.
Czyli nieurodziwy ale pomocny.

chaos zazieleniony. królowa kiczu powraca - z nowymi gadżetami


W obliczu wielkich zadań, wietrzymy sobie głowę naprawdę, naprawdę drobiazgami.
Jak fot. 1:
1. niebieska zakonnica
2. macierzanka
3. melisa
4. kulki szklane

fot. 2:
5. jakieś dziwne oregano
6. tulipan
7. kryształ
8. silikonowe ważki
9. puszka po groszku
:)