ostatnie okrążenie


Co mnie do tego skłania? Przyznam, przy całej frajdzie, odrobinę mnie to zajęcie niepokoi. Dywanik do łazienki mogłam sobie kupić za piątkę, pięćdziesiątkę maks. Albo obejść się bez dywanika i nawet nic nie zauważyć. Natomiast czas i żmudną pracę oddać czemuś spektakularnemu, co zdobyłoby dla mnie poklask świata, a przynajmniej aprobatę rodzonej matki. Ale nie. Coś mam na rzeczy ze szmatami... Może czas pokaże, może coś odkryje.

Tymczasem, w dywaniku plecionym w warkocze, a potem w kółko zszywanym, udział wzięły, pocięte na paski szerokości ok. 2,5 cm:
1. Stara piżama ojca, niebieski spłukany prawie do białości, jak jego oczy po tylu latach patrzenia na świat. Uwielbiam ten kolor.
2. Koloru było za mało, więc poszła też koszulka, wspomnienie jeszcze studenckie. Dawno. Ho ho!
3. I dwa rękawy jedwabnego sweterka. Z ciuchów, za duży i w kolorze o tyle szlachetnym, co złym.
4. Szary podkoszulek nie wart swojej markowej ceny, choć w roli dywanika bawełna porządna i miła w dotyku.
5. W ostatnim okrążeniu brokat obowiązkowo, czyli z lat 70. matki mojej sylwestrowe wdzianko.

Jednak, mimo lekkiego niepokoju -- czy sięme zdrowie psychiczne nie drze bokami, niczym dżersej pod nożycą -- podoba mi się. Że bogata faktura, daleka od perfekcji, bezosobowe fabryczne ściegi  zreorganizowane na kilku poziomach, w nowy mikrowszechświat co tańczy po swojemu, choćby się nawet potknął nie raz.

Nawet ten za duży, brzydki pępek na środku mi pasuje.

***