Ostatni kęs sierpnia

Ta kuchnia, w domu nostalgicznie moim i nie moim, po remoncie zaczęła mieć tajemnice; chowa przede mną cukier, noże i babci zeszyt z przepisami. Mimo to, błogie jest gotowanie, pieczenie, kuchnia dogrzana w między-czasie, gdy na pytanie "i jak?" odpowiadam: "ciepło-zimno".

Napisałabym coś

Napisałabym coś, ale ostatnio słowa też mnie opuszczają
Chodzę, wącham jabłka. Śliwki, maliny kwaśne po deszczach.
Dojrzało kolejne dziecko i już nic się nie poradzi.

Ze śliwkami można upiec kruche, dla osłody.
O ile się uda odpalić piekarnik.



What's trending


Pierwszy wątek: Nie przypominam sobie, żebym w którymś skansenie widziała obiekty cerowane i łatane. Może niedokładnie patrzyłam.
Tymczasem jest to najbardziej przyziemna - a jednocześnie wzruszająca i osobista - forma rękodzieła, która jak każde rękodzieło, czasem staje się sztuką.
W naszej kulturze historycznego wywyższenia jaśniepaństwa, poniżeniem jest ubóstwo, wstydem jest oszczędność, a pomiędzy tym wszystkim nie ma gleby, na której mógłby rozkwitnąć szacunek dla prostoty, pracy dla funkcjonalnej konieczności, materiałów i odcieni wywiedzionych z natury prostą drogą, bez drastycznych ingerencji, dla bycia bez pawich piór. To piszę ja, wielbicielka brokatu, pstrokatu, złoceń we wszystkich odcieniach, tęczowego migotania i wspomnianych piór. Nigdy nie utrzymywałam, że mam naturę nie dwoistą.


W innych kręgach na przykład japońskie "boro", czyli XVIII i XIX wieczne tkaniny łatane, to obiekty kolekcjonerskie. Wartość we współczesnych pieniądzach nadaje im sentymentalizm i malowniczość, ale też rękodzielniczy walor tkanin, nici, barwników. Więcej boro i inne japońskie słowa związane z tkaninami znajdziecie tutaj: u Sri Threads (KLIK).












Drugi wątek: Osoby, które tego bloga czasem podczytują, mogły zauważyć, że kocham tkaniny i dzianiny, a jednocześnie mam potrzebę ekspiacji za grzechy współczesnego przemysłu odzieżowego - i własne w tej materii.

Nie ja jedna, podobnych osób jest na świecie garść, a nawet dwie. Polecam dokumentację projektu Local Wisdom (KLIK TU). Przedsięwzięcie polegało na tym, że konsumenci z krajów dojrzałych rynkowo, przez co przesyconych tekstyliami*,  na przykładzie własnego odzienia pokazali nowe, post-konsupcyjne postawy i praktyki wobec naszej ukochanej formy ekspresji, czyli ubierania się. A raczej praktyki ponowione: masowa produkcja wyzwoliła nasze babcie i dziadków z tych konieczności, dając wnukom możliwość ich wyboru.

Jak dwa wątki się łączą: W czasach szerokiej konsumpcji kupiłam sobie drogie dżinsy. Nie pytajcie. Nastąpiło rozczarowanie: cena dotyczyła marki, nie materiału, który w tych pieniądzach powinien przetrwać dekady, a tymczasem zaczął się rozpadać już w pierwszym półroczu. Jednak krój spodni jest dobry, a dżins stał się miękki i bardzo przyjemny w dotyku. Tak więc przysiadłam, i uściboliłam własne "boro", czyli łatę (jest przyszyta pod spodem) i cerę w strategicznych miejscach. Nici miałam też z rozrzutnych czasów, wtedy nie wiedzieć czemu (znaczy wiedzieć: bo tak) zakupiłam kilka szpulek w prawie identycznych odcieniach. Dzięki temu cera na dżinsach mieni się subtelnie i zauważalnie jedynie dla niebiańskiego oka.


Teraz odziewa mnie dżins najbardziej trendowy, który dopiero dzięki rękodzielniczej ingerencji stał się wart ceny, którą zapłaciłam w PLN. Oczywiście subiektywnie, tylko dla mnie. Wątpię jednak, czy przetrwa te kilka pokoleń, żeby znaleźć przystań w muzeum, jako świadectwo materialnego pomieszania naszych czasów.




Napisawszy powyższe mam refleksję: kogo we wspomnianych naszych czasach stać na ścibolenie godzinami kawałka jakiejś szmaty? Którego, mam nadzieję, nikt nawet nie zauważy, nawet, jeśli ktoś się zauroczy kształtem mego rewersu. Rozrzutny - oraz obsesyjny - aspekt mojej natury też doszedł do głosu; oto jak trwonię czas na marność nad marnościami. I jeszcze się chwalę. Uroczo wyszło, nie?

***


* Jak Wielka Brytania, bądź co bądź ojczyzna rewolucji przemysłowej, która jako jeden z pierwszych darów przyniosła nam tanie tekstylia na metry. Co jest jak najbardziej symboliczne i znamienne: cały ten konsumpcyjny szał gospodarki zdolnej do taniego wytwarzania dóbr na skalę masową zaczął się od ubierania, oblekania, tapicerowania oraz wieszania firan i zasłon.



Słowo na S

Mały człowiek
Buduje klatki dla wszystkich
On wie.
Podczas gdy mędrzec
Który musi skłaniać głowę
Kiedy księżyc jest nisko
Przez całą noc gubi klucze
Dla
Pięknych
Awanturników
Uwięzionych

Szamsuddin Mohammad Hafez Szirazi
1319-1389



Miałam w sercu ogień.
Miałam w sercu otoczaka.
Kiedy kamień wyrzuciłam śmiechem i serdecznym kaszlem, miałam serce północne: zimne i puste.
Dużo później kolega podarował opowieść moim górnym - tam gdzie serce ma rewers - plecom: o świątyni w pustynnej okolicy, całej jednorodnie odlanej ze złota nieznaną metodą, następnie spalonej nieznaną siłą, po to, żeby popioły mogły się rozprzestrzenić i ożywić całą okolicę. Alegoria okazała się lekarstwem parę tygodni później, kiedy w sercu rozszalały się pożary.
Teraz moją intencją jest: otwierać, uwalniać.

Co dziwniejszego mamy, niż serce?


Serce i rozum

"Zostaw mapy i wsłuchaj się w zagubienie, jak w święte przywołanie do obecności. Tutaj, gdzie stare drogi niszczeją i gdzie możesz chcieć spalić swój dom. Zamiast tego, poproś o zapoznanie z tym, co potrafi przetrwać. To miejsce bez oparcia dla stóp jest domeną łaski. Jest polem poszukiwania, najpodatniejszym na magię i płynnie władającym mitem. Tu, gdzie nie ma nic do stracenia, śpiewaj głośno z potrzeby, żeby głos potarganego serca został usłyszany. Wyślij święty sygnał i nasłuchuj, co odpowie echo".
Toko-pa Turner
Serce słucha i się rozszerza. Rozum słucha i się krzywi: "Aleś ty egzaltowana. Kobieto".
Oryginał jest po angielsku, w obcym języku słowom łatwiej wśliznąć się pod mój cyniczny i krytyczny pancerzyk.
A tymczasem powiedział mi wczoraj ucisk w mostku : "Chcę mieć tu więcej miejsca. Żeby mogła tańczyć miłość".







Hm.


Wszystko na nic

"Ten dzień będzie dla Ciebie kompletnie bez pożytku. Nic się nie posunie, nic nie zostanie osiągnięte. Spodziewaj się czasu relaksu bez wysiłku, i poezji, posiadywania tu i tam, może trochę uważnego bycia, medytacji - wszystko to na nic.
Niektórzy mogą to zrozumieć jako protest przeciw duchowi naszej kultury - jej pośpiechowi i nadmiernej celowości, ale my wiemy, że to się nie przyda nawet psu na budę. Dobre intencje i zdecydowane cele trzeba zostawić za drzwiami.

Taką wróżbę znalazłam w notesie, spisałam nie pamiętam skąd.

Mam też listę. Oto, co lubię tego lata, co mi pomaga wrócić do równowagi po ćwierćwygranej mikrobitewce z czasem i z demonem prokrastynacji:
* palenie: świeczek woskowych i kadzidełek
* miękkie masło sierpniowe: robienie czegokolwiek z masłem i potem tego jedzenie
* oddychanie
* kawa plujka z mlekiem kozim (dostępna niestety tylko na tych schodkach)
* woda z lodem
* z lodem gruziński koniak
* przytulanie
* wypisywanie zaległych faktur
* słuchanie dźwięków: grzechotek, kalimby, dzwonów, mis, ptaków i świerszczy
* pisanie i rysowanie w rozmaitych notesach, najchętniej bezmyślne
* tkaniny: cieszenie się faktem istnienia tkanin i dzianin
* praca, trochę
* pogibać się i powyginać, zwane tańcem
* śpiewanie pod prysznicem
* poćwiczyć trochę, nie za dużo
* zjeść coś dobrego, co ktoś przygotuje

Taki wgląd. Jakby ktoś przypadkiem chciał się zwierzyć ze swoich sposobów, ucieszę się więcej niż bardzo. Oraz aparat mi się zepsuł, matryca sama z siebie popękała, chyba od słońca. Ciekawe przyzwyczajenie: chodzę teraz i co i raz mam mały niepokój: a co, gdybym chciała to czy to sfotografować?

No i co? Część 2: stado


 
Powiedz TO bez słów :)