What's trending


Pierwszy wątek: Nie przypominam sobie, żebym w którymś skansenie widziała obiekty cerowane i łatane. Może niedokładnie patrzyłam.
Tymczasem jest to najbardziej przyziemna - a jednocześnie wzruszająca i osobista - forma rękodzieła, która jak każde rękodzieło, czasem staje się sztuką.
W naszej kulturze historycznego wywyższenia jaśniepaństwa, poniżeniem jest ubóstwo, wstydem jest oszczędność, a pomiędzy tym wszystkim nie ma gleby, na której mógłby rozkwitnąć szacunek dla prostoty, pracy dla funkcjonalnej konieczności, materiałów i odcieni wywiedzionych z natury prostą drogą, bez drastycznych ingerencji, dla bycia bez pawich piór. To piszę ja, wielbicielka brokatu, pstrokatu, złoceń we wszystkich odcieniach, tęczowego migotania i wspomnianych piór. Nigdy nie utrzymywałam, że mam naturę nie dwoistą.


W innych kręgach na przykład japońskie "boro", czyli XVIII i XIX wieczne tkaniny łatane, to obiekty kolekcjonerskie. Wartość we współczesnych pieniądzach nadaje im sentymentalizm i malowniczość, ale też rękodzielniczy walor tkanin, nici, barwników. Więcej boro i inne japońskie słowa związane z tkaninami znajdziecie tutaj: u Sri Threads (KLIK).












Drugi wątek: Osoby, które tego bloga czasem podczytują, mogły zauważyć, że kocham tkaniny i dzianiny, a jednocześnie mam potrzebę ekspiacji za grzechy współczesnego przemysłu odzieżowego - i własne w tej materii.

Nie ja jedna, podobnych osób jest na świecie garść, a nawet dwie. Polecam dokumentację projektu Local Wisdom (KLIK TU). Przedsięwzięcie polegało na tym, że konsumenci z krajów dojrzałych rynkowo, przez co przesyconych tekstyliami*,  na przykładzie własnego odzienia pokazali nowe, post-konsupcyjne postawy i praktyki wobec naszej ukochanej formy ekspresji, czyli ubierania się. A raczej praktyki ponowione: masowa produkcja wyzwoliła nasze babcie i dziadków z tych konieczności, dając wnukom możliwość ich wyboru.

Jak dwa wątki się łączą: W czasach szerokiej konsumpcji kupiłam sobie drogie dżinsy. Nie pytajcie. Nastąpiło rozczarowanie: cena dotyczyła marki, nie materiału, który w tych pieniądzach powinien przetrwać dekady, a tymczasem zaczął się rozpadać już w pierwszym półroczu. Jednak krój spodni jest dobry, a dżins stał się miękki i bardzo przyjemny w dotyku. Tak więc przysiadłam, i uściboliłam własne "boro", czyli łatę (jest przyszyta pod spodem) i cerę w strategicznych miejscach. Nici miałam też z rozrzutnych czasów, wtedy nie wiedzieć czemu (znaczy wiedzieć: bo tak) zakupiłam kilka szpulek w prawie identycznych odcieniach. Dzięki temu cera na dżinsach mieni się subtelnie i zauważalnie jedynie dla niebiańskiego oka.


Teraz odziewa mnie dżins najbardziej trendowy, który dopiero dzięki rękodzielniczej ingerencji stał się wart ceny, którą zapłaciłam w PLN. Oczywiście subiektywnie, tylko dla mnie. Wątpię jednak, czy przetrwa te kilka pokoleń, żeby znaleźć przystań w muzeum, jako świadectwo materialnego pomieszania naszych czasów.




Napisawszy powyższe mam refleksję: kogo we wspomnianych naszych czasach stać na ścibolenie godzinami kawałka jakiejś szmaty? Którego, mam nadzieję, nikt nawet nie zauważy, nawet, jeśli ktoś się zauroczy kształtem mego rewersu. Rozrzutny - oraz obsesyjny - aspekt mojej natury też doszedł do głosu; oto jak trwonię czas na marność nad marnościami. I jeszcze się chwalę. Uroczo wyszło, nie?

***


* Jak Wielka Brytania, bądź co bądź ojczyzna rewolucji przemysłowej, która jako jeden z pierwszych darów przyniosła nam tanie tekstylia na metry. Co jest jak najbardziej symboliczne i znamienne: cały ten konsumpcyjny szał gospodarki zdolnej do taniego wytwarzania dóbr na skalę masową zaczął się od ubierania, oblekania, tapicerowania oraz wieszania firan i zasłon.



2 komentarze: