Naucz mnie jak mam ufać

Naucz mnie jak mam ufać mojemu

sercu
umysłowi
intuicji
temu co wiem w sobie
zmysłom ciała
błogosławieństwom duszy


Naucz mnie ufać
temu wszystkiemu
żebym mogła wejść
w moją świętą przestrzeń
i kochać poza strach
 
I tym sposobem iść w harmonii
z przejściem każdego
pochwalonego słońca


-- modlitwa Lakota --

W kółko



Mam mózg geometryczny, rytm i symetria wprawiają mnie w zadowolenie.
Czy do kwadratu, czy w trójkąt, a również bardzo chętnie w kółko.
Inspirujące mandale trzymam też KLIK TU.
Mandale codzienne robią się i gromadzą wokół mnie jakoś tak same.
Mandala 1: ulotna instalacja ad hoc bo tak - ze znalezionymi piórkami (gdzie higiena!).
Mandala 2: szydełkowa second hand - na stoliku nocnym spięta kolorami z indyjskim słoniem.
Mandala 3: dwa kółka - które łońskiego roku pracowicie wydłubałam ze starych podkoszulków.

A ziemia toczy toczy swój garb uroczy w kółko macieju siala la la spirala.

Na tropie nastych: geometria

No dobrze. A więc zagrzebałam się na jakiś czas w popiołach.
Zatem w międzyczasie moda się zmieniła, może nawet świat się zmienił?
To teraz chodzę i rozglądam się, co mi się nie podoba.
Tu gorzko zamilczę na temat megaton jednorazowych ciuchów z plastiku
oraz innych grzechów przemysłu odzieżowego - i jego konsumentów.

I patrzę co mi się podoba: motywy geometryczne.

Te wszystkie mniej lub bardziej regularne, nieregularne siatki, nadruki, wydruki 3D.
Pierwsza moja interpretacja tego trendu przynależy do kolekcji ręcznie robionych drewnianych utensyliów do kuchni. Trudno już nazwać je wiejskimi, ale sentyment mam. Niektóre są tylko ociosane siekierką i przeszlifowane, co właśnie daje tę interesującą mnie geometrię - w tym wypadku cudnie krzywą.


Wcześniej miałam już jedną ciosaną łyżkę, ale ta zadecydowała o rozpoczęciu kolekcji - odnaleziona na targu bożonarodzeniowym, wśród masy góralskich wyrobów mechanicznie szlifowanych na gładko. Każda łyżka to odrębna historia, te historie zostawiam wyobraźni Szanownych Państwa.
Kolekcja pozuje na elemencie innej mojej kolekcji, a mianowicie na ścierce lnianej second hand (bawełniane też przyjmuję). Ściera wygląda jakby pochodziła ze szwedzkiego promu klasy lux, taki wielki ma gabaryt.


Można mnie obdarowywać pięknymi okazami :)




Drugą interpretację geo trendu wypatrzyłam wśród staroci na Placu Nowym na Kazimierzu - w jeden z tych pierwszych, cudownych, słonecznych dni wiosennych. Nie znam się na tworzywach sztucznych, na starej biżuterii też nie, z tego co wiem, to może być bakelit z lat 30.? 40? 50? 60? - ubiegłego stulecia, rzecz jasna. Przyjemne tworzywo, miodowy kolor i bardzo przyjemny geometryczny wzór - przy bliższym poznaniu też delikatnie krzywawy.




Delikatność trudna do ujęcia



Czy to puch żurawia? 
Przywiozłam z Warmii. Pierwszy raz w życiu widziałam żurawie na rozlewiskach, 
a po nocach słuchałam klangoru. Puch i klangor, trafne słowa, należą do moich ulubionych :)
Z puchem nie radzimy sobie z aparatem.

Zaćmienie albo Beauty Walk

Zagapiłam się przy komponowaniu nowej wiosennej kreacji: bluzka jedwab classic lata 90. 3 pln, spódnica ołówkowa classic lata dwutysięczne 3 pln, obydwie sztuki second hand Pieniężno na Świętej Warmii. Naszyjnik Pink Warrioress eccentric, lata już naste, sieciówka, co nieco uwspółcześnia look. Rajstopy zmienić z grubych na cienkie, ostre słońce dzisiaj.

Trudno, dzwonię po taksówkę, raz się żyje, 12 pln. Taksówkarz informuje mnie, że właśnie się zaczyna zaćmienie słońca, że dziś ludzie dużo jeżdżą taksówkami, na krótkie dystanse. Jestem dowodem i czyżby wyjaśniło się od czego zagapienie? Tajemnicze są ścieżki. Dostaję też wyczerpującą informację o zaćmieniu: kiedy było poprzednie, kiedy będzie następne, że pełnego raczej nie dożyjemy, że ptaki przestaną śpiewać oraz jak należy oglądać, żeby nie wylądować u okulisty.

Rozmowę z prezesem kończę o 10.44, czyli sześć minut po szczytowym punkcie zaćmienia. Jeszcze dobrze widać, szczerbaty dysk oglądamy z prezesem i sekretarkami przez kawałek czarnego worka na śmieci, bo to bardzo pomysłowa firma.

Na zewnątrz, co za światło! Jednym uchem nasłuchuję ptaków, czy milczą, drugim dzwonię do mojego ex-fotografa, czy widzi. Widzi. Mogę go lubić albo nie lubić, ale cieszę się, że mam z kim świetlne wrażenie podzielić, raz na lat 15, a gdybym chciała odtworzyć to światło w filmie, to jak?

Kto nie zna DH Jubilat, temu dzisiaj nie opowiem o wyspie socjalistycznego dobrobytu, które to marzenie się zmaterializowało i kwitnie w sercu Krakowa vis-a-vis Wawelu. Odbywszy rozmowę o zaletach kosmetyku z ulubionym panem ze sklepiku zielarskiego na zapleczu, i z torbą proszku do prania w ręce (ColdZyme German Technology, za którą logo w logo ręczą bosch i siemens*) wędruję bulwarami w tym niesamowitym świetle.

Po czym nadjeżdża policja, a za nią jakieś niepoliczone setki małych rowerzystów. Eskorta boczna: aktywista, misiek uśmiechnięty znad rowerowej stacji boom-boksowej z napisem "Przejazd rowerowy", oraz klucz łabędzi poganiany przez mocarnego policjanta w motorówce. Łabędzie nie wyglądają na zaniepokojone, może też się dobrze bawią? Aktywista i policjant zdecydowanie wyglądają na takich, co lubią swoją robotę.

Peleton zamyka drugi wóz policyjny, a serce moje się otwiera, jakby przez codzienność przebłysnął raj z broszury Świadków Jehowy. Czy mogę kochać to miasto bardziej?

Mogę. Gdy podpływa do mnie para łabędzi i zagadują o buły swoim gardłowym charkotem. Próbuję wydawać takie same dźwięki, odzwierciedlenie to taki naturalny odruch, gdy chcemy kontaktu.

Już pod moim domem, ostatni obserwujący zaćmienie chowa kliszę z prześwietleniem płuc. Na kliszy dużo czarnego - płuco zdrowe, mam nadzieję - a Polak tak pięknie potrafi coś z czegoś :)




*Jest to smaczek zrozumiały dla wtajemniczonych w niuanse wojen przemysłowych.



PS: Polski polarnik Witek Kaszkin wspaniale pokazał zaćmieniowe światło. LOVE

Zabawa!!! Bez podtekstów się nie obejdzie


 
Dzisiaj mam dzień bez mózgu. Może nie dlatego, ale będzie wyznanie: 
marzę, żeby mieć własny kompost... 

Po prostu żal mi pięknych skórek i obierek, zamiast wrócić do ziemi, do dżdżownic, 
na tysiące lat trafią do śmierdzącego piekła wysypiska... Gdzie o ludzki zachwyt materią będzie im bardzo trudno. W moim skromnym, domowym zakresie zastąpiłam plastikowe worki starymi, dobrymi wykładkami z gazet, a nuż jakimś cudem jakiejś naci uda się przetworzyć w glebę? 

Okładka Vivy się nie nadawała, za twarda, za gładka. Ale tyle ma ładności w sobie. Zainspirowana twórczością Jyoti, wzięłam za nożyczki i... Szlak nie nowy, doskonale przetarty nie tylko przez blogerki, również przez noblistki, jednak ja tę zabawę dla siebie odkryłam dopiero dzisiaj. W moim osobistym rankingu fajności stawiam ją obok wymyślania nowych słów podczas gry w Scrabble. Jakość wykonawcza moich wycinanek pozostawia wielkie pole do ulepszeń.
I dobrze :)


Wykroiła mi się sensacyjna historia o podłożu medialno-mistycznym.

Wandera
to Odmieniona! Rosa Wero
Co ją zmieniło,
po raz pierwszy?

Nikt

Życie
Rzym
śmierć telewizji
oczy tajemnicy


Chociaż - jak zwykle - najlepiej czuję się w mikroformach.

W tej zabawie najwyraźniej nie da się uciec od podtekstów. Dziękuję za inspirację!

Odłamany bliźniak


Aj aj! Moja kolekcja "pierwszaków" Arkadiusza Twardowskiego,
pierwszych realizacji w nowych technikach, powiększyła się
o linorytowo-batikowego "BrokenTwina". Aj aj!







Na prośbę Arka, w tym wpisie daję odłamanemu bliźniakowi do pary 
obciachowego jelenia, który ze mną zamieszkuje na kwadracie.


Walory artystyczne swoją drogą, i gorąco życzę Arkowi - i sobie - 
żebym na kolekcji jego pierwszaków zbiła kiedyś fortunę. Naturalnie,
na skutek tego, że o te prace będą walczyć najbogatsi kolekcjonerzy.


Dla mnie osobiście najciekawsze jest to, że bliźniak ma charakterystyczną pozycję ochronną.
W ten sposób chronię się, przytulam moje dawne, trudne reakcje: smutek, ból, wściekłość, które - nie przeżyte w pełni i nie wyrażone - zasiedlają i ściskają mi brzuch, klatkę piersiową. Chronię, ale też odcinam się od świeżych możliwości. Bardzo trudno mi puścić te zadawnione odczucia, trudno nawet zwyczajnie stanąć lub położyć się w pozycji otwartej, z ciałem wyprostowanym i z przyjmującymi ramionami. Nawet wiem na czym ta trudność polega - przynajmniej dla mnie - i wiem jak ją przekraczać, bo właśnie ta otwarta, przyjmująca pozycja ciała jest moim lekarstwem ostatnio :)

Dla mnie najważniejsze: nic na siłę. 
Oddech, czułość, co jest, to jest.

Niech więc namalowany bliźniak chroni, na pamiątkę, a ja będę otwierać i wpuszczać czułość.
Nie było mi całkiem łatwo otworzyć się i napisać to tutaj, ale wiem, że nie jestem taka jedna,
i może komuś ta informacja się przyda w jej/ jego zmaganiach.

 W nurcie: w tej wirtualnej przestrzeni też zrobiłam porządki,
odwiązałam kilka starych wątków, wpuściłam powietrze. Wiosna sprzyja.

Dar popiołu

Znacie bajki z pleców?
Szuka się na plecach drugiej osoby miejsca, które przyciąga dłonie. A potem czeka się, aż z tego miejsca wysnuje się opowieść. Ważne, żeby nie wymyślać z głowy, ale poczekać na obraz, poczucie, słowa, które przyjdą przez dłonie na plecach.

Z moich pleców dostałam kiedyś następującą opowieść.

*****
Sucha, sypka substancja. To popiół! Pokryta jest nim cała dolina. Kiedy badam suchość popiołu rękami, pojawia się obraz świątyni. Jest cała ze złota, odlana w jednym kawałku. Mogę zajrzeć przez drzwi, zobaczyć ołtarz, ściany, wspaniałe figury. Nie wiem jaką technologią ją wykonano, wygląda na kosmiczną. Widzę też, że świątynia została spalona nieznaną siłą, ogromną.

Spalona po to, żeby popioły użyźniły cały wielki teren doliny.

*****

Medycyna przednowoczesna dobrze zna leczącą moc opowieści i symbolu. Nasze serca i dusze jakimś sposobem rozumieją ten język, nawet jeżeli prostolinijny, logiczny umysł wszystkiemu zaprzecza. Parę lat temu, gdy miałam ból w klatce piersiowej, poszłam do kardiologa. Zastosował opowieść, uspokajającą jak pierwsza pomoc: " Serce w porządku, to tylko nerwoból". I proszę, choć oficjalnie jest to zbagatelizowane, współcześni lekarze też czasem leczą słowem. W każdym razie: gdy niedawno znowu mnie odwiedził ognisty ból w sercu, obraz świątyni w ogniu stał się dla mnie balsamem, głębiej leczącym, bo nadającym sens trudnemu doświadczeniu.

Teraz biorę z tej opowieści drugi leczący symbol: popiół. Zauważyliście, jak fantastyczną jest substancją? Co się mogło wypalić w dostępnym nam ogniu, wypaliło się, została niepalna szarość i miękkość, która może użyźnić glebę dla nowych ziaren. Albo - jak się dowiaduję - w japońskiej tradycji chroni przed temperaturą rozżarzonego węgla drzewnego, dzięki czemu krople żywicy mogą we właściwy sposób uwalniać aromat i stać się kadzidłem.

To jest mój czas popiołu, uczę się jak przeżywać smutek. Podobno w naszym kręgu kulturowym ludzie w przejściu pomiędzy starym życiem a nowym, w żałobach i po stratach, dosłownie jakiś czas spędzali w popiołach.

My w tej kulturze mamy skłonności do mylenia sfery symbolicznej z dosłowną, a dosłownej z symboliczną - i stąd może nasz pęd, by szukać spełnienia potrzeb niematerialnych w przedmiotach?
Można palić rzeczy i popiół tworzyć, w popiele się nurzać fizycznie, nad popiołem medytować, o popiele opowiadać bajki, popioły rozsypywać, dla popiołu śpiewać. Chyba każdy sam musi poszukać właściwej proporcji między materią a symbolem - znaleźć swój leczący punkt styczny.

Czas






Jestem dziś smutna i samotna.

Taka jest moja prawda. 

A jednak... Kiedy przyjmuję siebie jako prawdę w tym co jest, skądś zaczynam wiedzieć, że pod jedną prawdą jest inna prawda o samotności. W tych miejscach mojego ciała, gdzie w pierwszej prawdzie mieszkają strach i chłód,w drugiej zaczyna być światło i ciepło.

W tańcu pomiędzy jedną prawdą a drugą zaczynam czuć, że moje ciało częściej jest przyjemnym domem, i że pora zjeść dobre śniadanie.
 

Niezrealizowana nastolatka


Niezrealizowana nastolatka we mnie
chce sobie ten plakat powiesić 
w kuchni, nad spaniem dla gości :)

W zeszłym tygodniu zorientowałam się, że nie zauważyłam, że minęła  nie jedna, 
ale półtorej dekady! Mentalnie wciąż jestem w latach 90., a na świecie już 
- nawet nie lata dwutysięczne, ale połowa ...nastych! Czy jak one się nazywają?

Dżdżownica na śniegu

Na początku lutego, kiedy w końcu zima przyszła, ciepła i spóźniona, ale jednak, K. zadzwoniła, że widziała dżdżownicę. Pełzła sobie w piękności po śniegu - dżdżownica, nie K. - może nawet nie mniej niż ludzki świadek zadziwiona?

Pogrzebałam w maminych PRL-owskich atłaskach, kordonkach i mulinach, i tak oto powstała Jej Okazałość, na bogato, aż z trzema pierścieniami.
Mój ulubiony detal: misterność formy kupy dżdżownicy ujęta w misterność splotu trzech rodzajów włóczki, co rzecz jasna, jest również nawiązaniem do potrójności pierścienia:













Tak to tak, totemy.