Przyleciała piosenka jak pierwsza jaskółka



Chyba nie mówiłam, że zapisałam się do chóru? Dla nieumiejących śpiewać? I że nam całkiem już wychodzi. Nasz maestro mówi, że znamy już nuty, teraz będziemy wprowadzać muzykę :)

W każdym razie: pieśń - czy jak mi się omyłkowo, a trafnie wpisało "pieść" - jest skomponowana przez braci Rahbani, słowa napisał Khalil Gibhran. To postacie związane z "arabską wiosną ludów" z ubiegłego stulecia. Nie wiem nic o tej wiośnie, parę zdań, które nasz maestro, Syryjczyk, powiedział wczoraj, przy okazji wprowadzenia tej pieśni. Że im się ta wiosna nie udała.

Nie wiem dokładnie o czym jest pieśń-pieść, ale serce rozumie. To coś też o mnie :)

"Oumin" to "wiara", a pieśń zakorzeniona jest w sufiźmie. Wrzuciłam garść arabskich robaczków do wujka guglowego tłumacza i on opowiedział coś o nocy, o morzu. Serce zanurzone w smutku, z czego wynika coś o współczuciu. Modlitwy rzucane na wiatr, jakieś ogrody za jagody (?), wiara. Wiara w wierze.

"Iman" to po arabsku "amen".

I znowu się nie znam, ale powymyślam, luźno posnuję wątki: Islam i Judaizm wyrastają z jednego korzenia, to religie Adamowe. Z tego drzewa pojawił się Chrystus, żywy rewolucjonista, który jednak został wcielony do organizacji kościelnej jako kontynuacja figury rzymskiego imperatora. Z królestwem już nie kruchym i ludzkim, czyli politycznym i ekonomicznym, ale przewrotnie niezniszczalnym, bo uzurpującym do duchowości. I ta postać - jak mi się wydaje - ciągle próbuje uciec z imperatorskich ram, rozpalić żywy ogień w skostniałych strukturach organizacji. Taka zabawa, a tymczasem na całym świecie co i rusz Chrześcijanie tłuką się z Islamistami i krew płynie, płynie, płynie.

W Syrii też płynie. Tymczasem jaskółki - jak nasz maestro - donoszą, że w syryjskich meczetach i  kościołach śpiewa się pieśni oparte na tej samej skali muzycznej. Czy to coś znaczy? Czy to coś zmienia? Wiara w wierze.

bossa noga nad Wisłą

Idź, jakbyś całowała ziemię stopami.

Thich Nhat Hanh 
"Każdy krok niesie pokój"

Wiosna gorąca jak lato chodzi bez skarpetek... a buty po zimie gryzą się ze stopami.
Zamiast powiększać kolekcję bąbli, wrzucam obuwie do torebki   iiiiiiii

stopa czuła: asfalt... granit wypolerowany podeszwami i piach między kostkami... beton... jakieś egzotyczne drewno... młody beton... świeże kostki granitu kłuuuują!... ucieczka na trawę... asfalt... stary beton... lastriko... buk


***
PS: Zapomniałam! Królowa bossa nova KLIK TU. Z okazji :)

Kto kocha Gosię?


Obudziłam się jako bestia, wychudzona i głodna.
***
Wychodzę, przed wejściem do domu ktoś kocha Gosię.
Zwierzam się panu ze spożywczego, że na śniadanie
marzę o smażonych kiełbaskach. A on się cieszy,
moje marzenie się spełni, gdyż
może mi wskazać miejsce pobytu frankfurterek.

Freud by się uśmiał :D

Drogi Pamiętniczku


Pani Bożena z Urzędu Skarbowego sięga mi w oczy spojrzeniem swoich niebieskich, a potem podpowiada co mam napisać w podaniu, żeby naczelnik przychylił się do prośby. Chyba zna życie kobieta, niejednego petenta tymi oczami spenetrowała.

Babcine tulipany są zbliżone do nostalgicznie ukochanych z dzieciństwa - płatki czerwone z żółtym dołem, na tym tle czarne pręciki jak nogi pająka. Tulipany chyba jednak są ogródkowe, bo się otwierają szerzej niż te z kwiaciarni.

Psuje mi się internet wieczór przed tym, kiedy mam robić ważne tłumaczenie przez skajpa, więc rano idę do czytelni pobliskiego muzeum. Muzealnicy, cudowni, nawet nie, że mi pozwalają w głośnym celu skorzystać z komputerów w czytelni. Oni mnie tak z ulicy wpuszczają do biura, żeby mi nikt nie przeszkadzał (!!!) No powiedzmy, mogą mnie kojarzyć z twarzy, bo u nich bywam, ale jednak (!!!) Taki baśniowy stopień życzliwości i zaufania do mnie zawsze mnie onieśmiela.

A potem maszeruję po kwietniowych ulicach i widzę dziesiątki pięknych, interesujących smakowitych panów. Nagle taki wybór się zrobił, wystarczy się nim cieszyć, nie trzeba nawet wybierać.

Myślę w takich momentach: na jakim świecie ja żyję? Niewiedzący wpadłam przez szczelinę do sąsiedniej czasoprzestrzeni, gdzie żyje się inaczej? Albo wręcz wiedzący i chcący.


A równolegle do wszystkich cudowności, odkrywam w sobie pokłady smutku. Przez kilka lat uczyłam się bezradności i złości, przez kilka słabości i mocy, teraz uczę się smutku i radości. Bieżący smutek i smutki nie moje, pokazują mi drogę i prowadzą do smutków starych i moich-nie moich, bo przekazanych jako dziedzictwo z pokolenia na pokolenie. Smutki o sobie niewiedzące ("nie wiem, nie chcę wiedzieć co czuję"). Smutki zaprzeczone ("ale nie ma się o co smucić". Nie prawda. Smutek jest bo jest bo jest. Dopóki się nie skończy). Smutki, na które nie było czasu i miejsca ("bierz się do roboty zamiast tak siedzieć").

Nagle czuję ją i mogę nazwać: pod wieloma pozorami schowana jest stara, stara zaskorupiałość. I ona tak jakby trochę pęka? Może przyszedł czas i już z trudem ustępuje, żeby zrobić miejsce dla życia? I radości głębokiej, nie po wierzchu. Chociaż tę po wierzchu też cenimy, bardzo.

Poranna fiesta finansowa

I jak tu nie pisać wierszy? Kiedy pani Maria z działu windykacji Urzędu Skarbowego Podgórze ma czoło i twarz "pięknej" Madonny z Krużlowej, jeszcze dodatkowo wyrzeźbioną wiekiem?

Dobra wiadomość nr 1: młodszy kolega pani Marii z pokoju ucieszył się na tę informację, i natychmiast zaczął się do niej zwracać per "Madonno". Dobra wiadomość nr 2: Urząd Skarbowy windykuje incognito, zatem zaległości w spłacie VAT-7 już nie posiadam.

W drodze powrotnej nabyłam świeży - chciałoby się rzec drżący - pęk pąków tulipanów za PLN 3 od babci usadzonej w załomie kamienicy przy Limanowskiego. Babcia była bardzo zadowolona i miała, tak z rana, wydać z pięćdziesiątki.

Pąki pochodzą z własnego ogródka, czy starsza pani jest paserem tulipanów? Pozostawiając pytanie zawieszone w kwietniowym słońcu, kocham to miasto.

Dar Birkenau, albo przeżyj to


Przed wejściem na teren byłego obozu w Birkenau, Brzezince, rośnie jedna brzoza, wielka, płacząca, piękna.

***

Nie pytajcie jak, był to jeden z tych niespodziewanych zwrotów akcji, barwnych zakrętów, na które czekam i które zazwyczaj przyjmuję z uwielbieniem. Ale to...

Poniedziałek, wejście dla ekip technicznych, barak najciężej chorych, wykorzystywany, kiedy komory były przeciążone... Podobno teren wybrany specjalnie, jego wilgotną, wietrzną i ponurą płaskość. Zimno, wiatr, mewy (?) na trawie przed barakiem.

Trudno uwierzyć, a jednak to fakty. Ktoś taki koszmar wymyślił, a ktoś zrealizował, odcisnął w materii, wtłoczył w koszmar ludzkie istnienia w liczbie niewyobrażalnej. No ciężar, straszny, przytłaczający. Ciężar bycia człowiekiem: oto takie rzeczy robimy też... Wzięłam wagę tego na kilka godzin, bo chciałam, bo się nie boję, bo wiem jak umieć.

Choć w pierwszej chwili nie wiedziałam, zupełnie, co. Jak to się robi???

Mam akurat trening psychologii procesu, to jest przydatne, kiedy nie wiadomo.
Rozpoznać to, co prowadzi, pójść za tym, szczególnie tam, gdzie jest bariera "nie umiem", "nie wolno".

W baraku chciało mi się śpiewać, choć na terenie obozu śpiewać nie wolno. Międzynarodowe pieśni nie poddawania się do mnie przychodziły, nie wiadomo skąd. "Ciało Johna Browna gnije w grobie, a jego dusza maszeruje dalej", "hej kto Polak na bagnety... kto przeżyje wolnym będzie, kto umiera wolnym już", itd.

Poszłam do księgarni w zasadzie z myślą, żeby na chwilę uniknąć wiatru i zimna, ogrzać się... Tymczasem przemówiły do mnie obrazy, historie okropności, w kilku językach, opowiedziane z każdej możliwej perspektywy. Prawie z każdej - wyznanie SS-mana nie wpadło mi w ręce.

Kiedy serce mi już pękało, wróciłam na teren obozu. Część bez baraków - jeśli pamiętacie - przecina ceglasta droga, wzdłuż której biegną dwa rzędy drutów kolczastych - jeśli pamiętacie. Zwiedzający tam nie chodzą, więc skierowałam się w tę stronę. Dostałam scenografię, przepiękne oświetlenie: wiatr gwałtownie gonił chmury po niebie i po drodze przepędzał to cienie, to ostre światło. Szłam między drutami w tym wietrze łzy i polały mi się ciurkiem, i zaczęłam zawodzić, jęczeć prosto z serca. Jak fachowa płaczka.




Zawodziłam, łzy płynęły, pozwalałam, żeby płynął też żal, przez serce, ramiona, brzuch, stawy biodrowe, kolana, stopy. Szczególna ulga, pozwolić na przepływ, pozwolić, żeby żal mnie odmieniał na swój tajemniczy, biochemiczny sposób. Do końca ceglanej drogi. I z powrotem. W połowie powrotu poczułam, że potrzebuję być bliżej ziemi, uklękłam.

No tak. Zawodowa wariatka. Co mogę powiedzieć... Robiłam co było trzeba, delikatnie, może dziesięć procent tego, co chciało się wyrazić przez moje ciało, głos, uczucia.

Usiadłam, dotknęłam ziemi. I wtedy zobaczyłam wyraźnie: mrówkę, drobniutkie białe kwiatki wczepione w ceglasty pył. Poczułam, że ziemia jest, niebo jest, są jaskółki i trawa, a nasze ludzkie sprawy nie aż takie ważne. Sami między sobą musimy pozałatwiać sprawy, to nie są kwestie do wtrącania się Boga.

Żalu jest tam morze, ocean. Kto może, chce, potrafi przeżywać, temu warto trochę wziąć, ponieść kawałek, dla własnego dobra. Wzięłam, przeżyłam, ile mogłam, ile było właściwe dla mnie w tamtym momencie. W zamian dostałam coś pięknego: ciało, jakby oczyszczone, i głębokie poczucie w tym ciele dlaczego cenne jest to, o co oni tak straszliwie walczyli w Auschwitz.

Cenne jest żyć, być z duszą w tym ciele, jak człowiek. Jeść, pić, kochać się, płakać, tańczyć, śmiać, sikać, śpiewać.

I jeszcze coś, ale na razie nie umiem wypowiedzieć.

***
PS: Moim skromnym zdaniem, opiekunowie terenu powinni porzucić konserwację i pozwolić na leczenie miejsca przez przepływ życia. Niech te potworne baraki rozpadną się w gruzy w naturalnym tempie, a teren niech powróci we władanie mrówek i brzóz. Birkenau, Brzezinka.

Olśnienie: nie wierzę w ani jedno katolickie słowo o seksie

No przecież.

Dlaczego tyle lat zajęło mi dojście do tego wniosku - prostego i dość logicznego przecież?

Co mogą wiedzieć o seksualności ludzie, którym, przynajmniej w teorii, nie wolno seksu doświadczać i badać tej sfery przez osobiste doświadczenie?
Co może mieć do powiedzenia religia, w której jednostronnie decydują mężczyźni?
Rozumując logicznie, przekaz musi być zafałszowany hipokryzją, jednostronny, bo męski, najeżony strachem i poczuciem winy.

Może mają do powiedzenia coś przydatnego dla osób, które chcą żyć w celibacie, może. Ja nie chcę.
Sorry, chłopaki, nie wierzę też w masowy transfer nadludzkiego wglądu bezpośrednio od Ducha Świętego do mózgów księży i zakonników :D

Logika podpowiada mi, że jak ze wszystkim, również w sferze seksualnej przekaz katolicki miesza żywe ziarno z czystą trucizną (żeby nie powiedzieć dosadnie: banda seksualnych cierpiętników i pokręconych).

Dla bezpieczeństwa nie wierzę w ani jedno słowo. Ulga.

Nieśmiałe bujności




kwiecień
plecień
zazieleniec

Piękna u Ciołka



Madonna z Krużlowej, techniczne określenie: "piękna".

Legenda dzieciństwa, bo wieś Krużlowa leży w pobliżu mojego osobistego końca świata, tam, gdzie się kończyły drogi. Na rzeczywistym końcu, w Starej Wsi, ojciec miał jedno z pasieczysk, więc przez Krużlową często przejeżdżaliśmy z ojcem, rozsiewając na wybojach woń pszczół i podkurzacza.

Okazja, żeby się skonfrontować z legendą nadarzyła się, gdy Pałac Biskupa Ciołka na ulicy Kanoniczej otworzył swe ładnie odremontowane podwoje dla ludności. A muzealnicy stanęli przy najukochańszych eksponatach, żeby o nich poopowiadać, i tym zachęcić ludność do spojrzenia dłuższego niż statystyczne 8 sekund. 

Figura jest wymieniana na pierwszym miejscu wśród przedstawicielek gotyckich "Pięknych Madonn" w Polsce. Nie wiadomo jak dostała się na strych kościoła w maleńkiej Krużlowej. Wiadomo, styl był międzynarodowy, wiadomo, najbliższe ośrodki rzemieślnicze wyrobu figur znajdowały się w Krakowie i w Lewoczy. Wiadomo też, że dla miłośników sztuki odkrył ją Wyspiański podczas swej młodzieńczej "Małopolska tour". Gdy Piękną przejmowali muzealnicy, była "napuchnięta od drewnojadów" (słowa kustosza). Przeprowadzki, niebezpieczeństwa, awantury. Obecnie Piękna wygląda, jakby miała się całkiem dobrze pod czułą opieką muzealników.


Piękną z Krużlowej zobaczyłam jako młodziutką, osadzoną w sobie, absolutnie spokojną, błogą, słodką i przeuroczą, z Jezuskiem staromaleńkim w sposób subtelny (zakola, odstające uszy). Dzięki pogadance muzealnika zyskałam świadomość, że staromaleńkość jest specjalnie, dla podkreślenia ponadczasowości postaci Jezusa. Madonna w regaliach (szata, kolorystyka, diadem), Jezusek figlarny dobrotliwy i goły, żeby tym bardziej było widać, że jest człowiekiem, symboliczny grzech (jabłko) trzyma w łapkach od niechcenia, jak zabawkę. A ona jego za stópkę. Miłość! Kim byli, do czego dążyli Ci, co się lubili modlić wobec wizerunku tej idealnie czułej relacji?

Od przemiłego - a i jeszcze brodatego - kustosza uzyskałam pozwolenie na nieudolne sfotografowanie Pięknej. Najlepiej sami idźcie do Ciołka i zobaczcie. W dalszej sali ofuknęła mnie jakaś hiperpoprawna zwiedzająca, więc nie zaprezentuję naturalnej wielkości Jezusa na karłowym ośle, który mnie zahipnotyzował (Jezus, osioł), a następnie spiorunował transcendentnym obliczem (Jezus). O mało nie zemdlałam, musicie zobaczyć. Nogi się pode mną ugięły również na widok drewnianych fałdów opływających Piotra i Pawła z Mariackiego, nadnaturalnie potężnych. No, ale też wiadomo, że jestem wrażliwa na różne dziwne rzeczy.




Do ciołkowych figur będę wracać regularnie, jedna Piękna na raz, to dość. Tymczasem miasto ustrojone bratkami? Nastała nowa moda, czy z początkiem każdej wiosny rabaty bratkują, tylko ja nie zauważałam?

***
PS: Tymczasem sandałki w obuwniczych na Stradomiu są w tym roku tak ładne i bezpretensjonalne, jak bratki w rabatach.

Drogi Pamiętniczku



ZUS wybrał bardzo dobrą porę na załatwienie spraw ze mną. Chodzę i załatwiam sprawy z ZUS-em dokładnie, kiedy zakwitły drzewa owocowe. Chodzę i oglądam białość w ogródkach, chaszczach i na skwerach. Gdyby nie zusowe peregrynacje, pewnie raczej bym siedziała przykuta do pracy i PRZE GA PIŁA BYM! Ten puchowy szoł. Jeśli którejś wiosny przestanie mi zapierać dech, to będzie znaczyć, że umarłam.

To znaczy trochę umarłam, też.

Pewnie znacie to miłe uczucie: kiedy nagle odkrywa się, że na swój sposób i od niechcenia, ale jednak to właściwie spełniło się marzenie z dzieciństwa, wypowiedziane życzenie, może nawet z kalibru, wydawałoby się wtedy, niespełnialnych. Ja na przykład, jako pulchna nastolatka z lat 80. marzyłam, żeby nosić lajkrowy kombinezon.

NIE taki, jaki miała Grace Jones w Chile (KLIK TU). Czarny.

I żeby być pisarką. Aż tu nagle... W lajkrze czasem biegam, jak czarna pantera po Bulwarze Podolskim, a mój niezbyt lubiany marketing przyniósł mi w zeszłym propozycję napisania książki. Wijąc się w potwornych bólach i mękach przez rok i wpędzając się w kłopoty z ZUS-em, jednakże skończyłam, z grubsza, w poniedziałek. Depresja poporodowa miesza się w euforią :))) Jeszcze nie wiemy, co powiedzą czytelnicy, ale fakt jest faktem: w bolesnym procesie stałam się pisarką.

Rodzi się nowa tożsamość, stara musi umrzeć. Postanowiłam rzecz uczcić ceremonialną śmiercią symboliczną: jutro odcinam się od uzależnienia, jakim stał się dla mnie FB, i kasuję konto :)))

Z innych marzeń, a właściwie intencji, które się spełniły: zapisałam się do chóru, specjalnego dla amatorów nieumiejących kompletnie śpiewać. Nuta po nucie uczymy się "Nad pięknym modrym Dunajem", na trzy głosy. Po niemiecku, bo nasz maestro jest Syryjczykiem i poliglotą. Założę się, że w całym Krakowie pojawił tylko jeden taki idealny chór dla mnie, a ja splotem zbiegów okoliczności trafiłam do niego, tak jak w bajkach trafia się po ścieżce z okruchów we właściwe miejsce.

I jak ja mam się w tej sytuacji martwić, że zapłaciłam części raty kredytu i innych płatności przez to, że moje pierwsze większe pieniądze od dłuższego czasu połknął ZUS? No dobrze, kawałek moich wnętrzności się martwi.

Lektury z dzieciństwa

Mam to szczęście. W rodzinnym domu jest tyle miejsca, że ciągle może tam być pokój, który jest mój. Czyli w nim stare pamiątki, ubrania - i przede wszystkim książki, te, które przetrwały kolejne weryfikacje i czystki dorastania.

W czasie ostatniego wielkanocnego pobytu wpadłam na chwilę do paru lektur, które w swoim czasie rozczytywane były na dziesiątą stronę. Niektóre - stwierdzam patrząc z dzisiaj - przedstawiają okropne wizje i interpretacje świata.

Ale nie mikro wyborek z "Baśni z tysiąca i jednej nocy". Nad tymi paroma baśniami się popłakałam, tak piękne postacie kobiet są w bliskowschodnich opowieściach i tak potrzebne dla mnie teraz nauki.

"Alibaba i czterdziesty rozbójników". W wersji, którą ja mam, całą brudną robotę odwala niewolnica Morgana. To ona tuszuje krwawe porachunki, żywcem gotuje w olej czterdziestu rozbójników i zasztyletowuje herszta. Alibaba ogranicza się jedynie do przeniesienia złota z jaskini i ożenku z bogatą bratową. No ale jest niewolnicą, całą swoją bystrość, energię, intuicję i powab zużywa dla dobra domostwa właściciela.
Lekcja 1: przestać być niewolnicą.


Baśń "O gadającym ptaku, śpiewającym drzewie i złotym źródle" zawiera lekcje dwie.
W pierwszej części sułtan w przebraniu podsłuchuje przekomarzanki trzech bardzo biednych sióstr i uwiedziony ich radością spełnia ich życzenia: najstarszej daje za męża swojego piekarza, średniej - kucharza, a najmłodszą sam bierze za żonę. Siostry są zazdrosne, w miejsce noworodków podrzucają sułtanowej rok po roku zdechłe zwierzęta. Za trzecim razem sułtan wtrąca żonę do lochu.

Lekcja 2: ktoś, kto ma małe aspiracje, nastawione jedynie na zaspokojenie głodu, będzie zazdrosny o tego, kto ma jakieś inne pragnienia.
 Mogę też tak patrzeć na różne dążenia we mnie - jest część mnie, która chce mieć tylko spokój i pełny talerz. Coś więcej w życiu? Ależ to wymaga wysiłku, czego wy w ogóle ode mnie chcecie?! :)


W drugiej części baśni, dzieci oczywiście  zostają wyłowione ze strumienia rok po roku, zaopiekowane przez kochające, a bezdzietne małżeństwo, sułtańskiego ogrodnika z małżonką. Dwóch chłopców i dziewczynka rosną pięknie, następują koleje losu, i dorosła już trójka zamieszkuje w przeuroczym domu z ogrodem poza obrębem pałacu. Gdzie któregoś dnia siostrę odwiedza stara kobieta o młodym spojrzeniu i zadziwiająco żywych ruchach i mówi jej, że rodzeństwo powinno sobie sprawić gadającego ptaka, śpiewające źródło - po czym znika. W dziewczynie budzi się pragnienie, by te rzeczy mieć. Idzie starszy brat, nie wraca, to samo średni, wreszcie pragnąca wybiera się sama i - dzięki przymiotom ducha, umysłu i osobowości - upragnione rzeczy zdobywa. Przy okazji ratuje zaczarowanych braci i rzesze śmiałków, którym się wcześniej nie powiodło. 

Dzięki przymiotom osobistym, w połączeniu z urokami śpiewającego drzewa i złotego źródła - a w szczególności dzięki wiedzy i mądrości gadającego ptaka - rodzina się jednoczy, nieszczęsną matkę wydobywają wydobywają z lochu i odchuchują, złe siostry giną. Happy end. Ale nie o to chodzi.
Lekcja 3: jeśli wiem, czego głęboko pragnę - w tym specjalnym miejscu w sobie - i decyduję się pójść za tym pragnieniem, pragnienie to zaczyna działać jak magiczna różdżka. 
Nagle zaczynam mieć ochotę wstawać rano, wiem co mam robić, a kłopoty stają się przygodami, naukami w podróży bohatera.  Zupełnie inaczej odbieram życie z miejsca strachu: "oj co to będzie, znowu się oberwie i będzie ból, i wszyscy powiedzą, i w ogóle ktoś mi musi pozwolić, namaścić, nominować!". A inaczej z miejsca: "wiem czego pragnę, decyduję się realizować pragnienie, pozwalam mu się prowadzić i na to pożytkuję energię i talenty. Wiem, co mnie rozświetla - jak baśniowe złote źródło - i robię to, nie angażuje się w rzeczy, które mnie gaszą". Z tego punktu widzenia na zorganizowanie środków do życia i dochodu patrzy się zupełnie inaczej. Będziemy się uczyć.


Jest kilka rzeczy, które mnie rozświetlają, w tym momencie szczególniej śpiewanie. Od lat mam pragnienie, żeby móc swobodnie wydawać głos śpiewający publicznie. W zeszłym tygodniu zrobiłam kolejny krok w kierunku i zapisałam się do chóru :D :D :D Bardzo, bardzo amatorskiego, co jest dla mnie idealne, bo mogę ćwiczyć każdą nutę do upadłego. 

Śpiewające drzewo już prawie mam, kilka lat nauki, prób, i będzie. Czas udać się w podróż w poszukiwaniu gadającego ptaka. 


***
A tu jedna matka bardzo dobrze pisze jak jej córka uczy się znajdować własną drogę. 
O to to, Dzienniku Frazeologiczny ! KLIK TUTAJ 



Czas umyć okna

 


Hiacynt pachnie na cały metraż.
Lubię zwyczaj mycia okien na święto, szkoda, że nie kultywuję. 
Mogłabym - zrobić sobie tę przyjemność.

*  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *
  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  
*  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *
  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  
*  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *

I po śnieżnej Wielkanocy. 

Czerwony księżyc

W drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, podczas rodzinnego mój szanowny ojciec oświadczył: "Słuchajcie, muszę wam coś powiedzieć. Nie sprawdziłem się jako głowa rodziny, nie przekazałem wam wiary przodków".

:D :D :D

Wiary przodków, czyli katolicyzmu, jeśli dobrze rozumiem.

Konsternacja wśród trójki dzieci i dwójki wnuków. Ja - jako najbardziej przeszkolona - wzięłam na siebie wykonanie kontrolowanej erupcji emocji, z "pierdoleniem patriarchatu, szczególnie, religijnego", wybieganiem z domu, trzaskaniem drzwiami, dramatycznymi powrotami, odwołaniem do zapisach w Konstytucji RP o gwarancji wolności sumienia oraz oświadczeniami typu "Nie masz do mnie żadnego prawa, poza prawem miłości". Na co moja mama: "Jak to cudownie, że mamy taką autentyczna, żywą rodzinę". :D :D Nie ma to jak grunt religijny, jeśli chce się wprowadzić trochę życia i zabawy przy świątecznym stole.

Oświadczenie ojca wzięłam jednak głęboko do serca i zaczęłam przemyśliwać i rewidować mój stosunek do religii, katolicyzmu, przekazu przodków. Postanowiłam przygotować dokument, przedstawić ojcu moje obecne stanowisko przemyślane, w formie pisemnej.

W ramach zgłębiania czym jest katolicyzm, i dlaczego mam na tę formację taki straszny wkurw, w groszowej księgarni katolickiej nabyłam między innymi książeczkę "Neospirytyzm i pseudopsychologie" jednego profesora demonologa, jezuity, którego nie będę reklamować, bo nie warto, a który, jak donoszą mi znajomi katolicy, został wykluczony z kościoła za życie poza klasztorem. Jednak jego dziełko przebywa na półkach, a w nim mieszanka wartościowych informacji o zagrożeniach duchowych - które uznaję i z którymi się zgadzam - i trucizny.

Mogę sobie dziełko dozować w dawkach aptekarskich, jak szczepionkę. Jeśli przyjmę za dużo, zauważam, że podminowuje całą moją bazę, na której mogę oprzeć sąd i zaufanie. Włożyłam wiele lat i dużo wysiłku, żeby sobie taką bazę zbudować: zacząć czuć ciało, odnaleźć w nim uczucia i emocje, odróżnić jedno od drugiego, nauczyć się rozumować, myśleć krytycznie i kwestionować takie rzeczy choćby, jak intencja i poczytalność nadawcy komunikatu. uczyłam się rozpoznawać głos intuicji i się go słuchać. Widzieć w sobie i w świecie świecie sny i projekcje (jeszcze nie do końca umiem). I wiele, innych rzeczy, nie kończąca się historia. Najważniejsze - znalazłam punkt podmiotu, mojego niezależnego istnienia, źródło mojej wewnętrznej wiedzy i rozeznania.

Na marginesie: To smutne, że dorosła osoba musi się uczyć takich rzeczy, od czego mamy dzieciństwo, dorastanie, młodośc? Ale niech tam, to mleko się rozlało dawno, dawno temu.

Wiem, że są różne katolicyzmy, jednak jest pewien rodzaj przekazu katolickiego, który tę moją bezcenną bazę zaufania do siebie podważa. Wciąga mnie jak koszmarny sen, który jest przerażający, bo pretenduje do bycia jedyną rzeczywistością,i  z którego bardzo trudno się obudzić. To całe straszenie diabłem, podkreślanie, że człowiek jest grzeszny, słaby, sam nic nie może, może go uratować tylko jakiś Bóg, do którego jednak nie ma dostępu. Ciało, a szczególnie seks, to zło, a kobieta to - siłą rzeczy - naczynie diabła, odciągające mężczyznę od zbawienia. Brrr!

Podczytywałam sobie "pseudopsychologie" w Wielki Piątek, w pociągu, zjeżdżając do domu rodzinnego na Wielkanoc, wyczerpana, ale też podbudowana po spojrzeniu w oczy mojemu najgorszemu potworowi finansowemu. Podczytywałam i coraz bardziej się bałam, i coraz więcej byłam przytłoczona.

Musiałam po ratunek odwołać się do tego mojego wewnętrznego głosu, który wie co dla mnie najlepsze. Poczułam, że nie ma dla mnie sensu zgłębianie mrocznych labiryntów jezuickiej wyobraźni. Spojrzałam na zewnątrz, w czarną noc, skąd powietrze donosiło, że na polach jeżą się już oziminy.

Następnego dnia, w Wielką Sobotę wypadała pełnia. Mogłam siedzieć w domu, ale poszłam za wczorajszym przeczuciem, wzięłam psa siostry na spacer i poszliśmy w stronę mojego prywatnego miejsca mocy, na leśną górkę ze starą kapliczką, skąd cywilizację widać jako dalekie jeziorko światła. Wielki, wspaniały księżyc - zgodnie z zapowiedziami astronomów i astrologów lekko czerwonawy - wisiał nisko nad łąkami, które pachniały ziemią i kwietniowym śniegiem.

Uwolniłam psa ze smyczy, natychmiast czmychnął za swoimi sprawami, a ja zostałam sama na sam z księżycem, ziemią, krajobrazem. Sama na sam z przerastającą mnie pięknością.

Bez aparatu, żeby zrobić zdjęcie, i w ten sposób pomniejszyć piękność do ludzkiego rozmiaru, spłaszczyć, zamknąć w obrazku.
Bez drugiej osoby, której można by było zapytać: Czy widzisz? i podzielić wielkość, wspólnie jakość unieść.
Bez słów, którymi można by piękność zapośredniczyć, oswoić, odbić jak w lustrze (tu trochę oszukuję na mocy licencia poetica, bo jednak właśnie spisuję, i w słowach...)

I wtedy zrozumiałam:  jeśli nie próbuję łagodzić doznania przerastającej mnie piękności i czegoś jeszcze, czego nie umiem i nie chcę nazywać, jeśli pozwolę mu siebie przeniknąć, ono mnie przemienia i na chwilę dotykam Tajemnicy.

Diasclaimer: To jest opis mojej wrażliwości i mojego osobistego sposobu przeżywania i odbioru świata. Nikomu nie gwarantuję identycznych przeżyć, epifanii, nic takiego. O ile sobie dobrze przypominam, sam Mrożek pisał, jak patrzył, też na księżyc, chciał czuć i nie czuł. Może to jednak JEST błogosławieństwo i łaska; robi się różne rzeczy, bez żadnej gwarancji, że cokolwiek, gdzieś.

I zrozumiałam, że na ten moment moją religią są pola i lasy. Dlatego właśnie, że ich istnienie i piękność bezpośrednio mnie czasem kontaktuje z Niewysławialnym. Amen. Alleluja.

Nie taki diabeł straszny, czyli "count your blessings"

Nie taki ZUS straszny jak go malują :)
Poszła, pożaliła do sympatycznej urzędniczki na 5 minut przed zamknięciem okienka, dowiedziała co i jak, uspokoiła się.

Tu będzie dygresja, która zaraz się wyjaśni: mój terapeuta czasem powie coś takiego, koan jakiś rzuci w przelocie, który we mnie zostaje, jak trocina do przeżucia. Powie na przykład: "Czemu chcesz być brzydka?". Albo: " Ty żyjesz tak, żeby unikać nieprzyjemności".

Wracając do wątku: strach odczuwam jako zimny ogień i lodowe igiełki, które przenikają okolicę żołądka, klatkę piersiową, okolice kości ogonowej i wewnętrzne uda. To odczucie w ciele, nieprzyjemne, jednocześnie paraliżujące i pobudzające do działania, gorączkowego, jakiegokolwiek. Z jednej strony, kiedy w moim ciele panuje strach, trudno mi o racjonalne wybory, działam automatycznie, jestem w stanie szybciej i sprawniej pobiec znanymi ścieżkami. Logika podpowiada, że to może być pułapka, może wyjście jest całkiem gdzie indziej, na nieznanej ścieżce, za nie otwieraną nigdy furtką.

Z drugiej strony, dopiero kiedy pobędę z tym strachem w ciele, pozwolę mu być i badam jak to jest go doświadczać, w umyśle zaczynają mi się pojawiać myśli, które odpowiadają na pytanie: czego ja tak właściwie się boję???

***

Automatycznie trzeba było zadziałać - uznać kłopot, pójść, nadać sprawie tok urzędowy.

***

Wieczorem, w pociągu wiozącym mnie w stronę rodzinnego domu i Wielkanocy, emocje opadły i przyszło przygnębienie. Czy mi się chce borykać z trudnościami. Wyglądają, jakby mnie przerastały, do chrzanu z taki życiem, chociaż sama sobie tę pułapkę skonstruowałam.

OK. Przyjęłam to. Jak nie chcę żyć, nie muszę przecież. I wtedy otworzyło się nowe okienko, myśl: żyję, bo mogę zrobić różne rzeczy. Żyję, bo chcę. Mam wybór: życie na uniku, życie na możliwości.

I zaczęłam robić inwentaryzację błogosławieństw: mam rodzinny dom, w którym jest zawsze miejsce dla mnie i pełna lodówka, rodziców wzruszająco niedoskonałych - niech tacy będą jak są. Dom stoi na bujnym kawałku ziemi, w miejscu, gdzie jak się podejdzie kilometr, cywilizację można oglądać z górki, jak morze światła, jeszcze ciągle, ciągle dalekie. Gdzie, pomimo sodówek, nocami widać gwiazdy, a powietrze pachnie glebą, igliwiem, gnojówką i kwiatami w sezonach. Mam wydeptane ścieżki i status eksperta w branży, która jest drapieżna, ale gdzie przelewają się duże pieniądze. Mam w pracy mnóstwo swobody, i sama sobie tą przestrzeń zrobiłam. Mam klientów, którzy mnie cenią i chcą ze mną pracować, i są projekty, które na mnie czekają. Mam całą masę drobnych i średnich talentów, może nawet jakiś duży, sporo bogactw duchowych, przyzwoite wykształcenie, paru pięknych przyjaciół, super terapeutę, i wszystkie te warunki zabezpieczają mi byt materialny. Byt z punktu widzenia naszej rozbuchanej cywilizacji minimalny, z perspektywy innych światów bardzo bogaty - w każdym razie wystarczający jak na moje potrzeby. Mam już lepiej poukładaną hierarchię ważności i wartości rzeczy, zdarzeń, wysiłków. Dobre zdrowie, wszystkie kończyny na swoim miejscu, układy, organy sprawne. Z tymi paroma nerwicami, narcyzmami, itp. nauczyłam się żyć, w miarę ;)

To czego ja się boję? Boję się, że w pogoni za pieniędzmi wciągnie mnie stara fala, że znów się zatracę w pracy ponad możliwości mojego ciała i umysłu, w oddzieleniu od duszy.

Ale przecież tak wcale nie musi być. Wcale. Skupię się na tym co chcę, na tym, że mogę - a nie, że coś muszę. Będę siebie szanować, znów stanę twardo na ziemi i znajdę tę inną ścieżkę, otworzę kilka nowych furtek.

Howgh!




Krach

"Nie wolno mi się bać. Strach zabija umysł. Strach jest małą śmiercią, która przynosi całkowite zniknięcie. Stanę twarzą w twarz ze strachem. Pozwolę, żeby przeszedł po mnie i przeze mnie. A kiedy przejdzie, zwrócę wewnętrzne oko, żeby zobaczyć jego ścieżkę. Tam gdzie przeszedł strach nie będzie niczego. Zostanę tylko ja".

Frank Herbert "Duna"

Dziękuję Wam, że tworzyliście dla mnie cichą przestrzeń, gdzie mogłam wypowiedzieć to, co na tamten moment było dla mnie niemożliwe do wypowiedzenia inaczej, kiedy przeżywałam złamanie serca.

Teraz zrobiłam sobie krach finansowy - i przy tej trudności postanowiłam zrobić kolorowy coming out. Robię głupie rzeczy, takie moje prawo stworzenia uczącego się i niedoskonałego, nie będę się tego wstydzić i z tym ukrywać.

Można na to spojrzeć, że mam szczęście, a można, że jestem głupia. Dla mnie jedno i drugie. Na niektórych spada choroba, strata bliskich, pracy, nieszczęście, uzależnienie, a ja sama sobie sprokurowałam kryzys - myślą, mową, uczynkiem, a najbardziej zaniedbaniem. Inaczej mówiąc, niewygodnych rzeczy łatwiej nie widzieć. Do czasu, aż one zobaczą nas.

Czuję się jak mały nindża, który po dłuższym czasie bania się ma w końcu stanąć oko w oko z najgorszym potworem. Czuję, że potrzebuję mówić otwarcie: czym są dla mnie pieniądze, dlaczego strach przed ich nieposiadaniem jest małą śmiercią, która przynosi całkowite zniknięcie?

Czuję się  jak nawigator między Scyllą pragnień mojej duszy, a Charybdą wymagań systemu, który sobie zbudowaliśmy w ramach naszej ludzkiej potrzeby tworzenia kultury i cywilizacji.

Czuję mobilizację, adrenalinę, badam jak przez moje ciało przemawia strach. Wiem, że będą bardzo trudne momenty. Dajcie mi jakiegoś Chińczyka, niech mi przypomni, że po Chińsku "kryzys" znaczy też "możliwość".

Ciekawa jestem jakie nauki i możliwości przyniesie mi ta ścieżka.

Dziękuję sobie, że na nią weszłam, tu, gdzie zarabianie pieniędzy przestało być najważniejsze. Prawda, mogłam to zrobić znacznie, znacznie, ZNACZNIE mądrzej :D :D :D


Lekcja 1: Ale już wiem, WIEM, że moja wartość nie przelicza się na pieniądze i wartość innych ludzi też nie.

W ogóle wartość niczego się nie przelicza. Pieniądze to taka gra, która niby ma służyć do wymiany rzeczy, usług, pomysłów, wzruszeń i energii pomiędzy ludźmi, a używamy jej do tak bardzo różnych celów.