Czerwony księżyc

W drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, podczas rodzinnego mój szanowny ojciec oświadczył: "Słuchajcie, muszę wam coś powiedzieć. Nie sprawdziłem się jako głowa rodziny, nie przekazałem wam wiary przodków".

:D :D :D

Wiary przodków, czyli katolicyzmu, jeśli dobrze rozumiem.

Konsternacja wśród trójki dzieci i dwójki wnuków. Ja - jako najbardziej przeszkolona - wzięłam na siebie wykonanie kontrolowanej erupcji emocji, z "pierdoleniem patriarchatu, szczególnie, religijnego", wybieganiem z domu, trzaskaniem drzwiami, dramatycznymi powrotami, odwołaniem do zapisach w Konstytucji RP o gwarancji wolności sumienia oraz oświadczeniami typu "Nie masz do mnie żadnego prawa, poza prawem miłości". Na co moja mama: "Jak to cudownie, że mamy taką autentyczna, żywą rodzinę". :D :D Nie ma to jak grunt religijny, jeśli chce się wprowadzić trochę życia i zabawy przy świątecznym stole.

Oświadczenie ojca wzięłam jednak głęboko do serca i zaczęłam przemyśliwać i rewidować mój stosunek do religii, katolicyzmu, przekazu przodków. Postanowiłam przygotować dokument, przedstawić ojcu moje obecne stanowisko przemyślane, w formie pisemnej.

W ramach zgłębiania czym jest katolicyzm, i dlaczego mam na tę formację taki straszny wkurw, w groszowej księgarni katolickiej nabyłam między innymi książeczkę "Neospirytyzm i pseudopsychologie" jednego profesora demonologa, jezuity, którego nie będę reklamować, bo nie warto, a który, jak donoszą mi znajomi katolicy, został wykluczony z kościoła za życie poza klasztorem. Jednak jego dziełko przebywa na półkach, a w nim mieszanka wartościowych informacji o zagrożeniach duchowych - które uznaję i z którymi się zgadzam - i trucizny.

Mogę sobie dziełko dozować w dawkach aptekarskich, jak szczepionkę. Jeśli przyjmę za dużo, zauważam, że podminowuje całą moją bazę, na której mogę oprzeć sąd i zaufanie. Włożyłam wiele lat i dużo wysiłku, żeby sobie taką bazę zbudować: zacząć czuć ciało, odnaleźć w nim uczucia i emocje, odróżnić jedno od drugiego, nauczyć się rozumować, myśleć krytycznie i kwestionować takie rzeczy choćby, jak intencja i poczytalność nadawcy komunikatu. uczyłam się rozpoznawać głos intuicji i się go słuchać. Widzieć w sobie i w świecie świecie sny i projekcje (jeszcze nie do końca umiem). I wiele, innych rzeczy, nie kończąca się historia. Najważniejsze - znalazłam punkt podmiotu, mojego niezależnego istnienia, źródło mojej wewnętrznej wiedzy i rozeznania.

Na marginesie: To smutne, że dorosła osoba musi się uczyć takich rzeczy, od czego mamy dzieciństwo, dorastanie, młodośc? Ale niech tam, to mleko się rozlało dawno, dawno temu.

Wiem, że są różne katolicyzmy, jednak jest pewien rodzaj przekazu katolickiego, który tę moją bezcenną bazę zaufania do siebie podważa. Wciąga mnie jak koszmarny sen, który jest przerażający, bo pretenduje do bycia jedyną rzeczywistością,i  z którego bardzo trudno się obudzić. To całe straszenie diabłem, podkreślanie, że człowiek jest grzeszny, słaby, sam nic nie może, może go uratować tylko jakiś Bóg, do którego jednak nie ma dostępu. Ciało, a szczególnie seks, to zło, a kobieta to - siłą rzeczy - naczynie diabła, odciągające mężczyznę od zbawienia. Brrr!

Podczytywałam sobie "pseudopsychologie" w Wielki Piątek, w pociągu, zjeżdżając do domu rodzinnego na Wielkanoc, wyczerpana, ale też podbudowana po spojrzeniu w oczy mojemu najgorszemu potworowi finansowemu. Podczytywałam i coraz bardziej się bałam, i coraz więcej byłam przytłoczona.

Musiałam po ratunek odwołać się do tego mojego wewnętrznego głosu, który wie co dla mnie najlepsze. Poczułam, że nie ma dla mnie sensu zgłębianie mrocznych labiryntów jezuickiej wyobraźni. Spojrzałam na zewnątrz, w czarną noc, skąd powietrze donosiło, że na polach jeżą się już oziminy.

Następnego dnia, w Wielką Sobotę wypadała pełnia. Mogłam siedzieć w domu, ale poszłam za wczorajszym przeczuciem, wzięłam psa siostry na spacer i poszliśmy w stronę mojego prywatnego miejsca mocy, na leśną górkę ze starą kapliczką, skąd cywilizację widać jako dalekie jeziorko światła. Wielki, wspaniały księżyc - zgodnie z zapowiedziami astronomów i astrologów lekko czerwonawy - wisiał nisko nad łąkami, które pachniały ziemią i kwietniowym śniegiem.

Uwolniłam psa ze smyczy, natychmiast czmychnął za swoimi sprawami, a ja zostałam sama na sam z księżycem, ziemią, krajobrazem. Sama na sam z przerastającą mnie pięknością.

Bez aparatu, żeby zrobić zdjęcie, i w ten sposób pomniejszyć piękność do ludzkiego rozmiaru, spłaszczyć, zamknąć w obrazku.
Bez drugiej osoby, której można by było zapytać: Czy widzisz? i podzielić wielkość, wspólnie jakość unieść.
Bez słów, którymi można by piękność zapośredniczyć, oswoić, odbić jak w lustrze (tu trochę oszukuję na mocy licencia poetica, bo jednak właśnie spisuję, i w słowach...)

I wtedy zrozumiałam:  jeśli nie próbuję łagodzić doznania przerastającej mnie piękności i czegoś jeszcze, czego nie umiem i nie chcę nazywać, jeśli pozwolę mu siebie przeniknąć, ono mnie przemienia i na chwilę dotykam Tajemnicy.

Diasclaimer: To jest opis mojej wrażliwości i mojego osobistego sposobu przeżywania i odbioru świata. Nikomu nie gwarantuję identycznych przeżyć, epifanii, nic takiego. O ile sobie dobrze przypominam, sam Mrożek pisał, jak patrzył, też na księżyc, chciał czuć i nie czuł. Może to jednak JEST błogosławieństwo i łaska; robi się różne rzeczy, bez żadnej gwarancji, że cokolwiek, gdzieś.

I zrozumiałam, że na ten moment moją religią są pola i lasy. Dlatego właśnie, że ich istnienie i piękność bezpośrednio mnie czasem kontaktuje z Niewysławialnym. Amen. Alleluja.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz