Drogi Pamiętniczku



ZUS wybrał bardzo dobrą porę na załatwienie spraw ze mną. Chodzę i załatwiam sprawy z ZUS-em dokładnie, kiedy zakwitły drzewa owocowe. Chodzę i oglądam białość w ogródkach, chaszczach i na skwerach. Gdyby nie zusowe peregrynacje, pewnie raczej bym siedziała przykuta do pracy i PRZE GA PIŁA BYM! Ten puchowy szoł. Jeśli którejś wiosny przestanie mi zapierać dech, to będzie znaczyć, że umarłam.

To znaczy trochę umarłam, też.

Pewnie znacie to miłe uczucie: kiedy nagle odkrywa się, że na swój sposób i od niechcenia, ale jednak to właściwie spełniło się marzenie z dzieciństwa, wypowiedziane życzenie, może nawet z kalibru, wydawałoby się wtedy, niespełnialnych. Ja na przykład, jako pulchna nastolatka z lat 80. marzyłam, żeby nosić lajkrowy kombinezon.

NIE taki, jaki miała Grace Jones w Chile (KLIK TU). Czarny.

I żeby być pisarką. Aż tu nagle... W lajkrze czasem biegam, jak czarna pantera po Bulwarze Podolskim, a mój niezbyt lubiany marketing przyniósł mi w zeszłym propozycję napisania książki. Wijąc się w potwornych bólach i mękach przez rok i wpędzając się w kłopoty z ZUS-em, jednakże skończyłam, z grubsza, w poniedziałek. Depresja poporodowa miesza się w euforią :))) Jeszcze nie wiemy, co powiedzą czytelnicy, ale fakt jest faktem: w bolesnym procesie stałam się pisarką.

Rodzi się nowa tożsamość, stara musi umrzeć. Postanowiłam rzecz uczcić ceremonialną śmiercią symboliczną: jutro odcinam się od uzależnienia, jakim stał się dla mnie FB, i kasuję konto :)))

Z innych marzeń, a właściwie intencji, które się spełniły: zapisałam się do chóru, specjalnego dla amatorów nieumiejących kompletnie śpiewać. Nuta po nucie uczymy się "Nad pięknym modrym Dunajem", na trzy głosy. Po niemiecku, bo nasz maestro jest Syryjczykiem i poliglotą. Założę się, że w całym Krakowie pojawił tylko jeden taki idealny chór dla mnie, a ja splotem zbiegów okoliczności trafiłam do niego, tak jak w bajkach trafia się po ścieżce z okruchów we właściwe miejsce.

I jak ja mam się w tej sytuacji martwić, że zapłaciłam części raty kredytu i innych płatności przez to, że moje pierwsze większe pieniądze od dłuższego czasu połknął ZUS? No dobrze, kawałek moich wnętrzności się martwi.

4 komentarze:

  1. Pozdrawiam Twoje wnętrzności, łącznie ze zmartwionym kawałkiem (niech on się za bardzo nie martwi, bo to bardzo niszczące) i gratuluję pierwszej książki! Bo jak już zaczęłaś, to będziesz dalej, prawda?

    OdpowiedzUsuń
  2. Hm... Właśnie zauważyłam, że nawet w samym słowie to jest martw- ić się, od martwy :)
    Ciekawy nauczyciel...

    Magdo, zobaczymy co będzie, na razie jest niedowierzanie, że się udało :) Przeszła mi ta myśl, a gdybym miała napisać książkę z własnego impulsu, to o czym by była? :)

    OdpowiedzUsuń
  3. O Tobie pewnie by była.:)
    I spełniłaby może potrzebę posiadania świadka samej siebie. Świadczyłaby odważnie.

    OdpowiedzUsuń
  4. :)
    Kiedyś myślałam sobie, że po co mówić, tyle tych głosów jest... Ale chór mnie uczy, że jest to niezmiernie ważne: znać swoją nutę i się jej trzymać

    OdpowiedzUsuń