Nie taki diabeł straszny, czyli "count your blessings"

Nie taki ZUS straszny jak go malują :)
Poszła, pożaliła do sympatycznej urzędniczki na 5 minut przed zamknięciem okienka, dowiedziała co i jak, uspokoiła się.

Tu będzie dygresja, która zaraz się wyjaśni: mój terapeuta czasem powie coś takiego, koan jakiś rzuci w przelocie, który we mnie zostaje, jak trocina do przeżucia. Powie na przykład: "Czemu chcesz być brzydka?". Albo: " Ty żyjesz tak, żeby unikać nieprzyjemności".

Wracając do wątku: strach odczuwam jako zimny ogień i lodowe igiełki, które przenikają okolicę żołądka, klatkę piersiową, okolice kości ogonowej i wewnętrzne uda. To odczucie w ciele, nieprzyjemne, jednocześnie paraliżujące i pobudzające do działania, gorączkowego, jakiegokolwiek. Z jednej strony, kiedy w moim ciele panuje strach, trudno mi o racjonalne wybory, działam automatycznie, jestem w stanie szybciej i sprawniej pobiec znanymi ścieżkami. Logika podpowiada, że to może być pułapka, może wyjście jest całkiem gdzie indziej, na nieznanej ścieżce, za nie otwieraną nigdy furtką.

Z drugiej strony, dopiero kiedy pobędę z tym strachem w ciele, pozwolę mu być i badam jak to jest go doświadczać, w umyśle zaczynają mi się pojawiać myśli, które odpowiadają na pytanie: czego ja tak właściwie się boję???

***

Automatycznie trzeba było zadziałać - uznać kłopot, pójść, nadać sprawie tok urzędowy.

***

Wieczorem, w pociągu wiozącym mnie w stronę rodzinnego domu i Wielkanocy, emocje opadły i przyszło przygnębienie. Czy mi się chce borykać z trudnościami. Wyglądają, jakby mnie przerastały, do chrzanu z taki życiem, chociaż sama sobie tę pułapkę skonstruowałam.

OK. Przyjęłam to. Jak nie chcę żyć, nie muszę przecież. I wtedy otworzyło się nowe okienko, myśl: żyję, bo mogę zrobić różne rzeczy. Żyję, bo chcę. Mam wybór: życie na uniku, życie na możliwości.

I zaczęłam robić inwentaryzację błogosławieństw: mam rodzinny dom, w którym jest zawsze miejsce dla mnie i pełna lodówka, rodziców wzruszająco niedoskonałych - niech tacy będą jak są. Dom stoi na bujnym kawałku ziemi, w miejscu, gdzie jak się podejdzie kilometr, cywilizację można oglądać z górki, jak morze światła, jeszcze ciągle, ciągle dalekie. Gdzie, pomimo sodówek, nocami widać gwiazdy, a powietrze pachnie glebą, igliwiem, gnojówką i kwiatami w sezonach. Mam wydeptane ścieżki i status eksperta w branży, która jest drapieżna, ale gdzie przelewają się duże pieniądze. Mam w pracy mnóstwo swobody, i sama sobie tą przestrzeń zrobiłam. Mam klientów, którzy mnie cenią i chcą ze mną pracować, i są projekty, które na mnie czekają. Mam całą masę drobnych i średnich talentów, może nawet jakiś duży, sporo bogactw duchowych, przyzwoite wykształcenie, paru pięknych przyjaciół, super terapeutę, i wszystkie te warunki zabezpieczają mi byt materialny. Byt z punktu widzenia naszej rozbuchanej cywilizacji minimalny, z perspektywy innych światów bardzo bogaty - w każdym razie wystarczający jak na moje potrzeby. Mam już lepiej poukładaną hierarchię ważności i wartości rzeczy, zdarzeń, wysiłków. Dobre zdrowie, wszystkie kończyny na swoim miejscu, układy, organy sprawne. Z tymi paroma nerwicami, narcyzmami, itp. nauczyłam się żyć, w miarę ;)

To czego ja się boję? Boję się, że w pogoni za pieniędzmi wciągnie mnie stara fala, że znów się zatracę w pracy ponad możliwości mojego ciała i umysłu, w oddzieleniu od duszy.

Ale przecież tak wcale nie musi być. Wcale. Skupię się na tym co chcę, na tym, że mogę - a nie, że coś muszę. Będę siebie szanować, znów stanę twardo na ziemi i znajdę tę inną ścieżkę, otworzę kilka nowych furtek.

Howgh!




4 komentarze:

  1. Można powiedzieć, że wpis jak najbardziej odrodzeniowy <3
    ,,Mogę... a nie muszę"! :*

    OdpowiedzUsuń
  2. :) tak
    po pierwsze jaka jest przestrzeń "mogę" w "muszę" - wydaje mi się, ze zawsze większa niż sobie człowiek wyobraża

    po drugie, ok, nie muszę, czyli co ja właściwie chcę?? I kto/ co chce we mnie?

    OdpowiedzUsuń
  3. zadanie sobie pytanie o chceniu jest chyba najtrudniejsze, bo dokonuje świadomego wyboru ścieżki na którą się wchodzi. Dochodzi wtedy do konfrontacji właśnie z tym ,,chceniem". Czasem doprowadza to do utraty gruntu, bo okazuje się, ze nie którzy ludzie dążyli cały czas w kierunku niekoniecznie który świadomie obrali idąc.

    OdpowiedzUsuń
  4. No dokładnie...

    Jak powtarza jeden mój nauczyciel "mądrego los prowadzi, a głupiego wlecze". Zaczynam widzieć, że sęk w tym, że ta głupia często sobie roi, że jest właśnie mądra ;) - do czasu, aż się po nią upomni jej droga...

    OdpowiedzUsuń