Opowieść urodzinowa

Opowieść urodzinowa co roku ma więcej szczegółów.
Dopiero w zeszłym roku zaczęłam słuchać uważnie i wtedy naprawdę do mnie przemówiła.

Piękni i młodzi zjechali do miasta wojewódzkiego na sobotę i niedzielę.
poszli do cyrku na spektakl o szesnastej.
Ludzie byli tak pięknie ubrani! W początku lat siedemdziesiątych te wspaniałe materiały, garsonki i garnitury stały się dostępne w handlu dla społeczeństwa. W atmosferze była nadzieja na dobrobyt dla wszystkich.
Spektakl skończył się o osiemnastej, a tu niespodzianka. To już!
Wtedy jeszcze nie mieli auta, więc do szpitala poszli na piechotę, dobre piętnaście minut.

Zrobiłyśmy to z mamą szybko i sprawnie: o dwudziestej drugiej byłam już na świecie. Dziewczynka, a nie chłopczyk, jak by wypadało, mając już jedną córeczkę.
Zawód został trochę osłodzony tym, że urodziłam się całkowicie uformowana i śliczna. Lekarz położnik na czarnych włoskach zawiązał czerwoną wstążkę i pokazywał po całym szpitalu: "Patrzcie jakie śliczne dziecko urodziłem".

Do dzisiaj byłam dumna razem z nimi: śliczność stałam się moją przepustką, legitymacją na ciepłe przyjęcie w społeczności.

A dzisiaj delikatnie zapukało do mnie inne zrozumienie. Czy jako noworodek tuż po narodzinach potrzebowałam, żeby się wszyscy na mnie gapili? Czy może raczej dobre byłoby dla mnie być z sama na sam matką w bezpiecznym w półmroku? Czy kogoś naprawdę obchodziło czego potrzebuję, czy wiedzieli, że jestem czymś więcej niż ciałkiem do obsługi?

Panie doktorze. Brzydka, czy śliczna, nie urodziłam się jako rzecz do oglądania. Urodziłam się jako osoba. Czy pan kiedyś uchwyci subtelności tej różnicy?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz