Przejazd przez lipiec

A to ci nowina: czasem jest mi ciężko, jak każdemu i każdej.
Czasem ciężar spada z nieoczekiwanej strony.
Czasem jestem gotowa wiele zrobić, żeby poczuć się bardziej jak dziecko klęski i nieurodzaju. Jeszcze, jeszcze bardziej.

Jak na przykład wczoraj, gdy ze stolicy postanowiłam powrócić legendarną trasą upiorem: 4,5h, przez Radom, Skarżysko i Kielce.

A to ci niespodzianka: zamiast oczekiwanego rzęcha nadjechał szynobus, pachnący świeżą materią. Ulokowałam się przy dużym oknie, uwypukliłam depresyjność w nadziei, że ludzkość się zniechęci i zaniecha przysiadania, po czym poddałam się uwożeniu. Trasą, która szybko się ujawniła jako wakacyjna i widokowa - przez lipiec i Kielecczyznę.

Przez Kielecczyznę, gdzie perony szczęśliwie niedofinansowane przez Unię Europejską zarastają ziołami i mchem, czym budzą marzenia o architekturze wyrastającej z przyrody, a nie walczącej z nią niebieskim plastikiem. Przez lipiec, któremu cudem się udało sforsować klimatyzowane okna i wedrzeć do pociągu, i który w ciągu 4 i pół godzin - plus spore opóźnienie - roztaczał przede mną szalone spektakle chmur stalowych i białych; szerokie oceany powietrzne, jakich nie widujemy w moich pagórkowatych okolicach.

Oczywiście, można się smucić i przygniatać, nawet wobec bezmiaru lekkości w przemianie - Tak, tak, psuje nam się pociąg... Co robić?? Mamy nadzieję, że dojedziemy - melancholijny konduktor odpowiedział na sarkania pasażera.

1 komentarz:

  1. Piękna podróż, ale smutek trzeba było wysadzić na którejś ze stacyjek, niechby go wiatr owiał...Tulę mocno i czekam z rabarbarowym kompotem.

    OdpowiedzUsuń