Zbieranie rozsypanych szklanych kulek

Zatem, najpierw trzeba zachcieć wpuścić miasto do serca, żeby leczyło. A potem zbieramy magiczne momenty:

Oczy chłopaka z salonu Orange, gdy składałam reklamację, żywe, nie mechaniczne jak oni często mają. Albo mnie lubi, bo zaniechałam pretensji i mam do nich dużo cierpliwości, albo był blisko koniec pracy, albo się ucieszył, że zadzwonił Marcin z Vobisu.
Doktor Albin - w białym vanie mobilny sklep i serwis rowerowo-narciarski w zakątku ulicy Zamenhoffa.
Przy końcu Radziwiłłowskiej ogniste pomarańczoworóżowe trampki chłopca i opalone łydki na tle zielonej witryny.
Harcerki - małe i duże - akurat tworzyły krąg na placu przed Galerią Krakowską.
Na co wzruszała się babcia z dziadkiem, dziadek w typie kochanego wuja Krzysztofa.
Letnie sukienki.
Złota godzina na ulicy Marka.
Lody karmelowe z solą na placu Wszystkich Świętych (zdecydowanie moje ulubione w KRK).
Cudny stary miłorząb przed kościołem Franciszkanów (dobrze robi na serce też jako żywe drzewo).
Zapach Wisły, gdy jaskółki latają wysoko.

Gdy nie upiększam i nie cukierkuję mojej prawdy.
Odkrycie, że się mogę spokojnie nie zgadzać. Ludzie robią co chcą, ale bez mojej zgody. I że mnie sprzeciw nie wyczerpuje, tylko umacnia, gdy nie walczę, a zwyczajnie jestem w mojej prawdzie.

W sekrecie: jestem już bardzo zmęczona heartbrejkami. Co mam zrobić, żeby ich nie mieć???

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz