Zgubić znaleźć

Dziś zgubiłam drogę i przez ładnych parę godzin krążyłam po lesie.
Na skrzyżowaniu leśnych dróg obejrzałam czaszkę jakiegoś stworzenia, wyjałowioną żywiołami. Oddychałam zapachem żywicy rozgrzanej na polanach. Zobaczyłyśmy się z sarną, zając bez pośpiechu przeskoczył mi drogę. Zjadłam morze malin. Znalazłam siebie.

A potem wróciłam tą samą drogą, odnalazłam zgubiony zakręt i po piętnastu minutach byłam na miejscu. Patrząc potem ze znanej drogi okazało się, że zagubienie też mnie doprowadziło do celu, tylko nie rozpoznałam okolicy.

Najwyraźniej, gdy przyjdzie potrzeba się odnalezienia, człowiek potrafi zgubić najbardziej nawet znajome ścieżki.

I nie byłoby w tym zupełnie nic dziwnego dla mnie, gdyby nie to, że tym razem miałam spory plecak na plecach. Tak właśnie przejawił się podstęp: jak nie ma prawdziwej potrzeby albo prawdziwego celu - teraz, gdy jestem dorosła i już nie podlegam wuefistom - nie ma też siły, która by mnie zmusiła do fizycznego zmęczenia i potów. A to bardzo dobre jest, i dla ciała, i dla ducha, któremu w wysiłku jest łatwiej przewentylować ciało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz