Słowa bez cukru

i
Nie znałam Staszka osobiście. Znałam go przez to, jak chciał nam opowiedzieć świat, w obrazach fotograficznych, opowiastkach i abstrakcjach. Czasem nie rozumiałam co on chce powiedzieć dosłownie, aby tym lepiej zobaczyć palec wskazujący Tajemnicę.

Poza twórczością, znałam jego życie w zarysie, namalowanym słowami przyjaciela.

Najpierw go nie lubiłam, potem zrozumiałam, zaczęłam darzyć szacunkiem i przyjmować jego twórczość jak magiczny destylat. Dusza, która wbrew skrajnym trudnościom i ciężkiej chorobie oko w oko ze śmiercią. Może właśnie dzięki nim?

Staszek miał jakiś mój obraz, tego obrazu nie lubił, potem polubił, potem chyba się rozczarował kolejnym, innym aspektem.

Odszedł. Cieszę się, że są plany, żeby wydać tomik, wypuścić twórczość z cyfrowego świata, a zamknąć w okładkach i nadać wagę papieru. Ślad podróży, znak dla innych podróżników.


ii
Wygląda, że pewna przyjaźń dobiegła końca. Jednak, jednak. Przez kilka ważnych lat była nicią osnowy mojego życia wśród ludzi i oto fakt: ta nić pękła. Rozczarowała się mną, nie zrozumiała, nie wytrzymała napięcia zmian, jakim od trzech lat podlega moje życie. A mnie nie wystarczyło zasobów, żeby Ona uznała przyjaźń za satysfakcjonującą dla siebie.

Strata, smutek, że się materia więzów społecznych przeciera z czasem - nie do zacerowania. Żal, że mnie już nie wzięła takiej, jaka jestem teraz. Bardziej albo mniej, w trudnym czasie przejścia, gdy starego świata już nie ma, a nowy ma tylko zarysy fundamentów, gdy balansuję na krawędzi i wcale nie wiadomo, czy się uda. Chociaż bardzo dobrze wiem, że też z trudem buduje życie dla siebie i synka.


iii
[...] O tym nie chcę pisać..


iv
Przez trzy miesiące nie widziałam się z rodzicami. Córka marnotrawna. Można też powiedzieć: szukam własnej drogi idę ścieżkami, których oni nie rozumieją, ani nawet wcale nie muszą rozumieć. Jest poczucie winy i rozdarcie. Albo zdradzę to, jak sobie wyobrażam bycie dobrą córką tych konkretnych rodziców, albo zdradzę siebie. Z jednej strony mam żal, że jestem sama, bez pomocy, z drugiej strony nie umiem pokazać się taka, nie umiem poprosić o pomoc, z trzeciej strony wiem, że są starzy i sami chcieliby mieć poczucie, że się mogą na kimś oprzeć.


v
Dlaczego o tym wszystkim piszę?

Wczoraj spędziliśmy piękny wieczór. Balsamiczna noc po upalnym dniu sierpnia, grill i ogórki z własnego ogródka z okazji Matki Boskiej Zielnej oraz dnia Wojska Polskiego na tarasie w cudnym ogrodzie siostry. Szwagier zadowolony, jutro całą jadą w podróż do Gruzji, u sąsiada też impreza i śpiewają. Po kieliszku dereniówki, ojciec przyniósł resztkę zapasów, mama przekomarza się ze szwagrem o latarkę, siostrzeniec w ramach protestu osobno, ale tuż za oknem, biały kot z futrem miękkim jak angora zwinął się na moich kolanach, a pies jest przeszczęśliwiony, że może leżeć pod stołem i dotykać wszystkich nóg.

Mogłaby to być sielanka. A tymczasem ja budzę się nad ranem w ogromnej, niedotykalnej samotności i płaczę, że coś się odłamało głęboko i daleko we mnie, i że nie mam nikogo, z kim mogłabym nawiązać kontakt taki, jakiego to coś głęboko potrzebuje.

Jestem człowiekiem, istotą społeczną, brak stada odczuwam jako amputację, a tymczasem nici społeczne zostały zerwane - czy też nie zostały nawiązane - gdzieś na bardzo, bardzo głębokim poziomie.


vi
To jest moje zadanie i tego się uczę. Jak być w takim stanie? Łatwiej sama ze sobą, bardzo mi trudno ten aspekt podzielić z innym człowiekiem. A wtedy właśnie najbardziej potrzebuję kontaktu, i wtedy właśnie najtrudniej.

Tak spełnia się arabskie przekleństwo: Obyś w wodzie stał i wody pragnął.

Uczę się, jednak. Prawdopodobnie nie ja jedna, że może nawet większość. Uzewnętrznię zatem, napiszę tutaj jak było i jak jest, niech się stanie swiadomym.

Następna myśl: o takich stanach zazwyczaj pisze się historie sukcesu. Czułam się źle, ale znalazłam sposób taki i taki, i oto już jest dobrze.

Trzecia myśl: nie o sukcesie napiszę,  ale o żenującej historii. Parę miesięcy temu, kiedy przeżywałam podobny stan - a już wiedziałam, że go przeżywam i że tym, czego pragnę i potrzebuję, a po co nie umiem sięgnąć nie jest kontakt z człowiekiem. Nie z gwiazdami, nie z paprotką, nie z kotem, i nie z Bogiem - z człowiekiem. Do przyjaciół było wciąż za trudno, w ramach tzw. "przechodzenia progu" zadzwoniłam do telefonu zaufania. Dyżurujący emeryt w Olsztynie wysłuchał, po czym orzekł: "To pani wina!".

Powiedziałam, że przemyślę, jeszcze pogadaliśmy, kto go wciągnął w telefon, i że on już chyba nie będzie tego robił, bo co prawda czuje misję jako emerytowany nauczyciel, ale ludzie często sobie stroją żarty i jest ciężko. Rozmowa nie uśmierzyła wewnętrznego bólu, ale mnie rozbawiła kontekstem. I jest historia do opowiadania.


v
Przychodzi czwarta myśl: no dobrze, istnieje na tym świecie przynajmniej jeden człowiek, do którego w tym stanie mogłabym się zwrócić z zaufaniem i z poczuciem, że mogę, bo nie obciążam swoimi problemami. Co by zrobił mój terapeuta?

Byłby, po prostu, delikatnie oglądalibyśmy co boli. Co jest nie kochane.

Przecież nauczył mnie jak to się robi, wewnętrzny terapeuta, w tym wypadku spełnia rolę wewnętrznej matki. Łapię oparcie, i w kontakcie z umiejętnością, którą przejęłam od niego nagle daleka, zimna samotność jest tuż, obok, we mnie, na wyciągnięcie ręki. Znajduję siebie w zgubionym kawałku, coś wskakuje na swoje miejsce, jestem bardziej cała i kocham zgubione coś też. Trochę się rozluźnia chronicznie ściśnięte, zimne miejsce w dole brzucha, robi się lepiej i cieplej.

I czuję, że przecież jestem we własnym łóżku, nie sierota, w domu rodzinnym, gdzie mnie przyjmują i kochają jak potrafią, nawet gdy nie rozumieją. I że będę się starać ich kochać, na wskroś nieporozumień, obustronnych rozczarowań, starych i nowych ran.


vi
Miało nie być, ale jednak się zrobiła historia sukcesu.

Niespełnienia, straty, śmierci.
Człowiek sam, człowiek dla człowieka.

Jacy możemy być, co zrobić i przejawić w pozostałej nam jeszcze części tego pięknego życia?

vii
Przy śniadaniu mama pokazuje mi artykuł, o tym jak brak matczynego ukojenia skutkuje trudnościami z byciem w ciele w całym późniejszym życiu. Przebija się do mnie uświadomienie - na tymże głębokim poziomie - że ona też na swój szuka sposobów, żeby rozumieć, leczyć i kochać, na wskroś rozczarowań.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz