Co dziś do mnie przemawia: modlitwa opowiadacza

Modlitwa

Niech mnie weźmie dobra wizja
Niech łaskawa wizja mnie złapie i poruszy
Niech przyjdzie głęboka i pełna wizja, i otworzy się wkoło mnie
Niech wizja pełna blasku objaśni mnie i obejmie
Niech się obudzę w środku nowej opowieści
Niech się obudzę w pięknej opowieści
Niech cudowna opowieść mnie znajdzie
Niech dzikość czyniąca piękno wzrośnie między parą kochanków
wzrośnie między moją formą, a formą gruntu, który mam pod nogami,
między moim ciałem, a ciałem tej ziemi 
tutaj i teraz,
tego dnia
Niech poznam smak czegoś, co jest święte.

Dawid Abram

Wrzesień. Marina medicina

Wygląda jakby na fale padał deszcz
światła z ćwiartki księżyca.
Ostry krzyk mewy budzi mnie z bólu
jak ze snu.

Nie przejdzie mi, dopóki się nie wkurwię
i nie wykrzyczę co o nich myślę.

Zapora na zatoce otwiera się w mroku
ruchem niedostrzegalnym.
Zbyt chłodno, żeby czekać
aż nadpłynie statek.

Babie lato. Stara medycyna

Kiedyś wypisywałam się tutaj, jakbym się zwierzała nieznajomym w pociągu: z serca, i pojechało w świat. Wiedziałam, że znajomi albo mają lepsze sprawy do roboty niż tu zaglądać, albo nie rozumieją, więc mogę coś popleść swobodnie. Teraz sytuacja być może się zmieniła? A może nie. Trudno, ryzko. To moje miejsce do pisania i innych dziwnych rzeczy.

***
I tak. Wróciło ciepło, i słońce takie, że nad Wisłą można na chwilę ściągnąć koszulkę. Wyciągnęło mnie z domu i krok po kroku znalazłam piękne miejsce.

Za starą piaskarnią, gdzie rzeka zaczyna dziczeć, ktoś - wędkarz, motorowodniak, mors? - zbudował drewniane schodki schodzące z łąki, jak pomost, do rzeki.
Za schodkami woda zrobiła się spokojna i narosło trochę rzęsy wodnej i wodorostów. Wyobrażam sobie, było tak: sadzonka rzęsy podróżowała z biegiem rzeki. Któregoś dnia fala zaniosła ją w miejsce za schodkami i zostawiła. Łodyżka i wodne korzonki zadrżały, rzęsa prawie się przeciągnęła. Gdyby umiała abstrahować i werbalizować powiedziałaby - Tak. Dom - I zaczęło się rozmnażanie; to rzęsa robi, gdy nie podróżuje.

Błogość. Widzę, że gdybym była ważką, mogłabym lądować na zielonym płaszczu rzęsy. Gdybym była pająkiem nartnikiem, w ogóle zasuwałabym po wodzie, luz. A gdybym była ślimakiem, mieszkałabym ze sporą rodziną zakomponowana niezwykle elegancko, na suchych badylach na brzegu.

Gdy siedziałam na schodkach w rzecznym mikroogródku i obserwowałam żyjątka (Żyjątka! Urocze słowo; wszyscy jesteśmy żyjątkami) wróciła do mnie piosenka. Moje stare lekarstwo, z czasów, kiedy rzeka w mojej rodzinnej miejscowości był jeszcze żywa i czysta, tak więc siadywanie na kamieniach przełomu nie łamało serca.

Siadałam nad rzeką na tą rzeką i śpiewałam ją KLIK TU, żeby sobie pomóc, puścić bolesny uścisk, pozwalając, żeby żale, roszczenia i strzępki rozwianych marzeń spływały z biegiem wody.

Niech się stanie. Zauważyłam, że zbieram piosenki jak lekarstwa. Lekarstwa, bo pozwalają wyrazić emocje, reakcje, uczucia dla mnie w inny sposób bardzo trudno wyrażalne, uwolnić je z ciała, zanim się przekształcą w symptomy.


Człowiek z Allianza

Człowiek z Allianza jest aniołem. Słowo daję.

Spotykam takie obecności wśród urzędników bankowych, państwowych, wśród barmanów.

Co dosłownie znaczy "koić"? "Podnosić na duchu" znaczy, że nagle widzę, że sufit jest za niski.


Jesień. Wawel dla Polaków

Jesień przyszła w zeszły czwartek - o ile dobrze pamiętam.
Zimno, zimno, ciepło, nie wiadomo w co się ubrać.

Ale dlaczego odnotowuję?

A! Już pamiętam. Odruch obserwacji, pragnienie bycia w porze roku jaka jest dana w każdym dniu zostało z czasów, gdy wśród mgły pracoholizmu przyszło do mnie marzenie: przez rok siedzieć i patrzeć, jak rośnie trawa. Znalazłam sposób - przez rok codziennie notowałam jaka jest pogoda. Notowałam też sny.

Dzisiaj mam jeszcze, "Beauty Walk", spacer piękności, do zanotowania.

Skończyłam nareszcie artykuł i kilka nawisłych spraw. Ulga.
Zupa z soczewicy w greckiej knajpie, pyszna, chciałam poprosić o przepis. Myślę ilu ludzi włożyło kawałek swojej pracy, żebym ją mogła zjeść.
Sernik w cukierni słaby. Słodycze mi nie służą.
Ochota na espresso, nie piję kawy już prawie od tygodnia. Biała dieta, jak Papież.
W parku Bednarskiego przyciągają mnie drzewa iglaste. Sosny! No trudno, niech będę wariatką (przytulałam się do niektórych).
Na odludnej ścieżce ruch: rowery, psy, ludzie. Niech będę jeszcze większą wariatką: robię jedno ćwiczenie, w którym trzeba chodzić w różnych kierunkach. Ścieżka cierpienia i dźwigania krzyża, ścieżka zmysłowego bycia. Jak się połączy, wychodzi codzienność. Mam bunt.
Na suchej gałązce świerka jedna szyszka. Wiotkość. Dostrzegam owada: czerwiec polski, ten z którego robi się koszenilę, maleńki, aksamitnie czerwony, z subtelnymi nóżkami, całkowicie królewski. Myśl: muszę na Wawel!
Najkrótszą drogą na wzgórze i na dziedziniec: najpiękniejsze miejsce w Krakowie. Rozległość, a także włoskie proporcje oraz odcienie, mleczne i karmelowe, krużganków oraz kolumn leczą mnie ze wszystkich bolączek i schorzeń. To dobrze, bo miejsce przy czakramie jest zablokowane przez wyznawcę jego siły. Siedzi tam też drugi człowiek, wyzuty ze wszystkiego.

Przy wyjściu odkrycie: widzieliście zielone drzwi i czarny portyk Katedry? Kiedyś ludzie potrafili pięknie, czemu już nie potrafią? Bo powierzyli kwestię kątów prostych maszynom? Bo piękno w każdych czasach jest rzadkością?

***
Ubrań z balkonu nie zwiało i deszcz nie przyszedł.


Chłopcy z Cavy

Chłopcy z Cavy mają po dwadzieścia parę lat, zadbane brody i jasne oczy, którymi patrzą w ciemnogranitowy kontuar. Oczy te same od czterech lat, odkąd się tutaj sprowadziłam, teraz może odrobinę głębsze. Czasem tymi oczami cię omiotą, kiedy spieszą uprzedzić życzenie - wypięcia laptopa z gniazdka z barem, czy uprzątnięcia filiżanki po espresso. Wtedy wiesz, że widzą twoją duszę w fusach na dnie. Wiesz również, że skończyli filmoznawstwo, albo religioznawstwo, albo filozofię, że wiecznie robią doktorat. Wiesz, że kasa barmańska jest łatwa, a ich nie stać, żeby pójść do szkoły i zostać psychoterapeutą albo innym Kieślowskim. Zatem patrzą, sprzątają okruchy, czasem coś powiedzą, jak: Nie wzięła pani portfela? Nie szkodzi, zapłaci pani następnym razem.

My tu panią znamy.

Jak ich nie kochać?

Chłopcy z Cavy zasługują na księgę cudownej, poetyckiej prozy. Mogę im dać te kilka krzywych zdań.

Co dziś przemawia, ale chyba nie do mnie?!

"Nadchodzi czas, kiedy stare dusze już nie mogą ukrywać kim naprawdę są, tylko po to, żeby uspokoić kolektywną iluzję i oczekiwania najbliższych. Pomniejszanie tego, kim jesteśmy w prawdzie więcej nie może być akceptowalną posługą wobec ludzkości i naszej planety. Kiedy sobie przypomnimy... sygnał trąbki, Wielkie Wezwanie, już nie będzie uciszony".
Saskia Waheina

A tymczasem w codzienności - co do sygnałów, czy też znaków, czy też zbiegów okoliczności - akurat tego jednego dnia, kiedy nie pracowałam w domu, bo realizowałam zlecenie na drugim końcu Polski, pękł wężyk od spłuczki i w krótkim czasie uwolnił wielką ilość wody, która zatopiła mieszkanie sąsiadki z dołu.

Starsza pani została zmuszona do generalnego remontu, w tym do: wyrzucenia wersalki, stert czasopism, oderwania boazerii i paneli z sufitu, suszenia kuponów lnu i elanolnu, z których można było zrobić obrusik, zasłony, hafty... Sąsiadka o tych lnach mówi "nowe", wiecie, jej mama miała dojścia. Cała ta starannie posegregowana spuścizna PRL-u została rozmoczona na pulpę.

Wczoraj, sama przytłoczona załatwieniami i niepokojem czy polisa obejmuje, nie miałam siły słuchać skarg. Dzisiaj porywy wiatru dwa razy zwiewały suszące się rzeczy na jej balkon. No dobrze. Znalazłam w sercu trochę miejsca na cierpliwość. Zrozumiałam jak trudno się rozstać z tym, co przeminęło, a trwa pod pozorem trwałości rzeczy.

I wiem już skąd się biorą części bielizny na ulicy. Jedną wiatr zabrał z mojego balkonu, zniknęła zanim zdążyłam wysłuchać sąsiadkę.

Woda, powietrze, ogień też już się pojawił - kiedy parę dni temu niechcący przykryłam lampę poduszką. Czekam na mikrotrzęsienie ziemi :)