Algebraiczne porażenie zmysłów



Wydziergane na marginesach czasu zeszłej zimy.
Tej jesieni zeszyłam kwadraty.

Tradycyjny wzór szydełkowy. Myślę, że służył do wykorzystania resztek włóczki i do ponownego użytku włóczek poprutych ze starych robót.
Wykorzystałam przekrój włóczek przez blisko stulecie: od babcinych resztek, poprzez zasoby PRL-owskie mamy mojej i zaprzyjaźnionych, po poprute współczesne roboty moje i cudze.
Ton nadał sweter ze szmateksu. Sądząc po workowej formie i staranności roboty, wykonała go jakaś Frau. Miał bardzo ładny kolor i miękkość włóczki.

Zaczęłam od wybrania resztek harmonizujących z podstawą.
A potem zaczęła się... No dobrze, nie zawaham się użyć tego słowa - orgia algebraiczna. Kiedy podstawowy prosty wzór permutował pod szydełkiem w nieskończoną liczbę wariantów, wydobywających najróżniejsze harmonie - czasem uciekające w dysharmonię - z kolorów, odcieni i rodzajów włóczki. Kiedy włóczki, które nie podobały mi się same w sobie, znajdowały sąsiedztwo, wydobywające ich szczególną urodę.

Jeśli któraś kombinacja szczególnie mi się podobała, powtarzałam kilka razy. Inne są pojedyncze.



Efekt ktoś mógłby nazwać chaosem, wiem. Dla mnie jest to czysta radość: poddawać się harmonii barw i odczytywać porządek ukryty na kilku płaszczyznach. Jest kilka pomyłek na każdej z płaszczyzn, zgrzytają, ale będę musiała z nimi żyć :)
Patrzenie na kolory ogrzewa samo w sobie, dzieło jest ekwiwalentem kominka. W konsystencji trochę przypomina derkę, wersja "koc miękki" jest w sferze planów.

Myślę też o wydzierganiu sobie takiego płaszcza, w spokojniejszej gamie barw.

Gustav Klimt "Śmierć i miłość"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz