Rozważania okołowielkanocne. Bonus track: krótki filmik o miłości

Wybrałam się z rodziną na liturgię Wielkiej Soboty. Nie uważam się już za katoliczkę, ale Chrześcijaństwo to moje korzenie i wiele czerpię z tej tradycji duchowej. W drodze mama opowiada anegdotę. Misjonarz, zakochany w swoim afrykańskim plemieniu, rozmawia z wodzem. Wódz: Ty mi powiedz, co im chcesz powiedzieć, ja Ci pomogę. Misjonarz mówi. Wódz znika. za jakiś czas pojawiają się bębniarze oraz opowiadacze i zaczynają: Jezus przyszedł. Jezus ma kłopoty. Kłopoty pokonują Jezusa. Jezus odszedł. Już nie wróci. Plemię w lament.

W świecie takim, jaki jawi się w ich przeżyciu, nie istnieje pojęcie "śmierć". Nie da się pewnie zatem mówić i o zmartwychwstaniu?

Refleksja pierwsza: po co im opowiadać o Jezusie? Czy nie jest to postać, która może coś objawić tylko ludziom wychowanym w naszej kulturze? Misjonarz zapewne lubi być misjonarzem.

W liturgii brałam udział bardzo porządnie. Raz, że lubię pośpiewać w grupie, a mało mam takich okazji. Dwa, że już mi przeszły złości i urazy z dzieciństwa, dojrzewania i młodości. I że naprawdę chciałam usłyszeć, wziąć udział, przyjąć naukę, gdyby jakaś chciała przyjść tą drogą. I tu pojawia się refleksja druga: świat w moim doświadczeniu stał się bardzo inny, niż ten, do którego odnosi się się ta religia. Jej treści, rytuały odprawiane przez mężczyzn, ten kurczowo nabożny szacunek do litery Słowa zapisanego w Księdze.

Mieszkamy już w innych światach, niczym ten misjonarz i ci ludzie plemienia. Nie znajdziemy wspólnego gruntu. I z całej siły staram się pamiętać, że nie wiem czyje lepsze. Nie wiem czyje lepsze. Wyznam to tutaj teraz: naturalnie mnie lepsze wydaje się moje ;) Naturalnie to ja stoję wyżej na drabinie ewolucji duchowej ;)

Naprawdę jednak jedyne, co mogę wiedzieć: co mnie się jawi jako moja prawda - na moment dany mi tu i teraz. Wiem też, że w następnym momencie mogę jako prawdę zobaczyć coś innego, zrozumieć głębiej.

I tego się trzymam.


Bonus track: dziś wzrusza mnie krótki filmik o miłości KLIK TU.  Z okazji Wielkiej Niedzieli, w mojej tradycji występuje ksiądz katolicki. Jednak do mnie filmik opowiada szerzej, o miłościach rozmaitych: szczęśliwych, nieszczęśliwych, możliwych, niemożliwych, zrealizowanych, lub lub nie, odwzajemnionych, bądź przeciwnie. Mówi też o tym, że w którymś momencie okazuje się to nieistotne. Na plan pierwszy wysuwa się to, że pomimo cierpienia, niespełnienia i rozczarowań, miłość jest wieczna jak trawa, czyż nie? ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz