Wojna? Albo sio od cipek

Wojna to część biegu historii świata. Do dziś wojna oznaczała formę zniszczenia, wprowadzająca zmiany w światowej równowadze sił i powodującą śmierć milionów ludzi. Zagrożenie wojną konwencjonalną jest dla facylitatora najbardziej złożonym procesem, z którym musi sobie poradzić; to właśnie dlatego tak mało o tym wiemy. Możliwość pojawienia się przemocy przeraża każdego i sprawia, że mamy ochotę ominąć tę kwestię. Ale czekanie nie rozwiązuje problemu.
W dodatku narody, rodziny i grupy różnej wielkości prowadzą wojny, a niektóre z nich robią to nawet dość często. Konflikty na małą skale mają swoją dobrą stronę; dają nam możliwość stawania się coraz lepszymi wojownikami.
Pierwszym krokiem dla facylitatora jest zauważyć wojnę. W pracy ze światem widzimy wojnę przede wszystkim jako stan świadomości. Ma on pięć charakterystycznych cech:

1. Przeciwnicy są zdesperowani. Wszyscy uczestnicy sytuacji czują, że próbowali już wszystkiego. Porzucili nadzieję na rozwiązanie problemów. Są wykończeni powstrzymywaniem swoich instynktów w celu uniknięcia wojny.
2. Przeciwnicy są wrogami. Zdecydowali traktować się wzajemnie jak wrogowie. Nie maja o sobie nawzajem do powiedzenia nic dobrego. Rozmawiają jak wrogowie, działają jak wrogowie, są wrogami.
3. Każdy z przeciwników chce mieć więcej siły. Obie strony czują się zagrożone z powodu jakichś przeszkód. Nie mają tak wiele siły psychologicznej, społecznej i fizycznej jak przeciwnik. Mają za mało miłości, szacunku, ziemi czy pieniędzy. Utrzymują, że druga strona winna jest ich niedostatkom. Zrywają negocjacje, stawiają ultimatum i urastają w siłę kosztem przeciwnika. Obie strony czują, że sprawy obracają się na ich niekorzyść i starają się zdobyć jak najwięcej siły, by pokonać przeciwnika.
4. Nie można się już niczego więcej nauczyć. Bojownicy stracili już nadzieję, że można się czegoś nawzajem od siebie nauczyć pozostając w przyjaźni. Obie strony odrzucają każdą sugestię mówiącą o tym, że projektują na drugą stronę pewne aspekty siebie samych. Czują, że "ten zły" jest tylko na zewnątrz, a nie również w nich, wewnątrz. Atmosfera iskrzy zbliżającym się konfliktem.
5. Przemoc jest tuż tuż. Komunikacja jest burzliwa, potem chaotyczna, a potem pełna wściekłości. To najgorętsze miejsce. Wszyscy mówią na raz, a ponieważ nikt nie słucha, uczucia stają się coraz silniejsze. Obie strony potajemnie spiskują, a potem otwarcie stwierdzają, że od gróźb czas przejść do czynów. Wybierają przemoc zamiast przyjaźni. Nadchodzi czas, by opuścić schronienie w cieniu barykad. wszyscy chcą zaryzykować utratę historii osobistej i życia.

Większość ludzi pracujących z konfliktami umywa ręce od wojny. Ale ty jako przedstawiciel starszyzny będziesz współczuł ludziom, którzy w niej uczestniczą. Robią wszystko co mogą w danych warunkach. A wiesz to, ponieważ sam przeszedłeś niejeden czas wojny.

Arnold Mindell, "Siedząc w ogniu. O dużych, wielkich i największych konfliktach międzyludzkich"

***

Parę dni przed protestem, kontynuacja burzliwych rozmów o tym kim są, o co i dlaczego walczą feministki, co wywalczyły, kto i jak skorzystał na tym, a kto i co stracił.
M: z oburzeniem pokazuje mi zdjęcie z debaty z udziałem prawników z Ordo luris Ty, patrz, siedzi dziesięciu chłopów i oni mówią kobietom co one mają robić???
Ja: patrzę na niego jak na kosmitę Tak. Wkurzałam się przez czterdzieści lat i już się nie wkurzam...
M: Aha. To ja jestem feministą.

Marsz "czarnego protestu" przeciwko zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej, Kraków, al. Marii Konopnickiej
Ja: Fajny płaszcz ma ta babka.
Siostrzenica: Która? Ta w czarnym. Śmiejemy się obydwie.

Wyszło na to, że czasem trzeba. I że "nie chcem, ale muszem", jak mówi mądrość ludowa, oddając duchom czasów to, co im należne.
Sama pewnie bym w końcu nie poszła, strasznie, okropnie nie lubię bycia w fali nienawistnych emocji zalewających tłum. Ale zadzwoniła siostrzenica. Pierwszy raz w życiu chce publicznie wyrazić, że ma opinię i potrzebuje kogoś do towarzystwa, a z koleżanek żadna nie może. Słodko-gorzkie zaufanie, jest w takim wieku, że mogłaby być moją córką.

I szczerze, z dwojga złego już wolałabym protestować przeciw ustawie aborcyjnej zbyt liberalnej... Opowiedzieć się za prawem do życia. Jednak nie widzę możliwości zdrowego dorastania człowieka bez miłości. I nie widzę możliwości kochania bez poczucia wolności. Nikt nikogo ustawowo nie zmusi do kochania. Smutne, że ktoś może sądzić, że to dobre rozwiązanie problemu braku chęci matki do podjęcia macierzyństwa. Mam jednak ohydne wrażenie, że ten ktoś wyciąga na sztandary szlachetne wartości - pod którymi chętnie bym się podpisała - żeby za tymi sztandarami kisić coś nieokreślonego, a przez nieświadomość potencjalnie groźnego.

Jest smutek w tym proteście, zmęczenie i powaga, ale nie widzę i nie słyszę agresji. Nie wiem, czy nas dużo, próbuję coś odczytać z twarzy nielicznych mijanych ludzi na Piłsudskiego. Trzej mężczyźni w średnim wieku wyszli z pubu, są poważni, może poruszeni. U wylotu Zwierzynieckiej mijamy długi ciąg tramwajów. Uśmiechamy się do siebie z siostrzenicą: jest poczucie mocy, zablokowaliśmy trochę ruchu.

Docieramy do Rynku; można pooglądać sztandary protestacyjne. Motywy: druciane wieszaki - jeden świetny artystycznie. Budzące uśmiech "Sio od cipek", kobieta w pozycji lotosu z napisem "mam świadomość". No dobrze, zdejmuję różowe okularki non-violent: są też jakieś mniej lub bardziej żrące teksty-kwasy, jak: "PISIS IZIS", czy "Rząd nie płód, można usunąć". Mleko z miodem różanym w porównaniu do tekstów wygłaszanych z mównicy sejmowej przez bogobojną posłankę Pawłowską... Okrzyki wzruszająco nieśmiałe: "Chcę mieć wybór". Uczestniczki - i uczestnicy - bo wiele kobiet przyszło z partnerami, czy męskimi przyjaciółmi - chętniej klaszczą w rytm bębnów, niż skandują. O osiemnastej hałasujemy głośniej, bo wreszcie można coś zrobić, poczuć trochę mocy - a mianowicie zagłuszyć sygnał hejnalisty. Byłoby fajnie, gdyby nadawali sygnał na żywo i gdyby mikrofon radiowej Jedynki złapał i wysłał ten sygnał. Prawdopodobnie o to przede wszystkim chodzi w akcie publicznego protestowania, o bycie usłyszaną. Tymczasem to jest wojna, nikt nikogo nie słucha.

Po osiemnastej jedna z organizatorek nieśmiało oznajmia, że ma obowiązek ogłosić, że zgromadzenie publiczne dobiegło końca i poprosić o rozejście się. Stoimy jeszcze chwilę, w końcu ruszamy w stronę Siennej, bo nogi w przemoczonych butach jednak przemarzają. Na rogu mijamy białą furgonetkę z kamerami służb specjalnych i oddział mężczyzn w antyterrorystycznym rynsztunku i z pałkami. Czy mi się wydaje, czy są trochę przestraszeni i niepewni swojej roli w tym czarnym theatrum dziejów?

Konkluzja? Nie wydaje mi się, żeby nasz protest wywarł jakikolwiek wpływ na sprawy polityczne. Ale był to czas rozmowy z siostrzenicą, ważnych wyznań, śmiechu. Bez słów wiadomo, że jesteśmy razem w sprawach ważnych dla kobiecości, ponad pokoleniami. I to się dokonało. Jest...

Serdecznie dziękuję organizatorkom, zrobiony został wielki kawał fantastycznej roboty!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz