Wypisy z mitów: Eros i Psyche

"Leksykon mitów i legend świata", Kenneth McLeish:

W niektórych mitach bogowie stwórcy byli tak płodni, że gdziekolwiek się ruszyli, na cokolwiek tchnęli, wszędzie tam pojawiało się nowe życie [...]

Mity traktujące niebian z przymrużeniem oka opowiadały o bogach snujących się bez celu po ziemi i kochających się ze wszystkim, co im wpadło w oko, od drzew po nimfy, od kamieni do konia, w braku i takich okazji trwających w wiecznej erekcji w postaci kamieni milowych, strachów na wróble czy słupów przy bramach.

Ameryka: Ghede, Tlazoltetotl, Wahari i Buoka
Australia: Bildjiwuaroju, Miralaldu i Djanggawul
Egipt: Min
Grecja: Afrodyta, Kybele, Eros, Pan, Priap, satyrowie
Indie: Kama, Rati, Siwa
Mezopotamia: Inana
Oceania: Kamapua'a
Skandynawia: Frey, Freyja
Słowianie: Jaryło

W przeciwieństwie do seksualności, traktowanej w mitach jako nieokiełznana i absurdalna siła, płodność była postrzegana jako czynnik porządku, harmonii i uniwersalnej równowagi. Płodność świata zależała od połączenia przeciwieństw, np. pochodzącego z nieba deszczu i panującej na ziemi suszy [...]
Kiedy płodność była zagrożona (np. czuwająca nad nią bogini została uprowadzona przez olbrzymów lub duchy świata podziemnego) bogowie natychmiast zawieszali wszelkie wojny i zabierali się do przywracania powszechnej równowagi i symbolizującego ją porządku pór roku.



A tymczasem idę dzisiaj na "Erosa i Psyche" do Opery Narodowej. Bardziej pretensjonalnie mogłoby być, oczywiście :) Co poradzę, że lubię? :)

Szeptu tu

Od podszewki

Mark Nepo

Patrzyłem na gwiazdy,
jak leżą na ciemności, której
się opierają. I ryby walczące
z prądem i pod prąd. A
jastrzębie szybciej szybują
z nieruchomymi skrzydłami.

I nadal przepowiadam sobie
co się ma wydarzyć, dopóki nie wyjdzie
dokładnie tak, jak chcę.

Tak bardzo się staramy być
protagonistą, gdy to
ten własny punkt widzenia
trzyma nas z dala od prawdy.

A słońce - snuje historie,
których nie przerwie żadna kurtyna.

Prawda. Jedyną drogą, by wyjść
z siebie jest przejść przez siebie.
Jedyne, co można, by usłyszeć nie
wypowiedziane, to uciszyć potrzebę
prowadzenia wątku.

Potargani przez życie, możemy przestać
pleść tę swoją historię, osobno
i odkryć kanwę, w której jesteśmy
tę, która ciągle opowiada nas.

Ten ty to ja

Zrozumiałam

- otwarło się we mnie, jak... Powiedzmy... Czego najbardziej lękam się otworzyć? Powiedzmy: list polecony z sądu.

I poczułam na czym polega zjawisko "przeniesienia".

Ta/ ten najgorszy, najokropniejszych, kim naprawdę nie chciałabym być - to ja. Siebie zobaczę, dokładnie tam, w lustrze właśnie tego zachowania innego człowieka, które budzi moją największą odrazę.

Bo tak bardzo tego akurat aspektu mojego bycia człowiekiem nie potrafię przyjąć; że jest. Zatem kłamię sobie sama: to nie ja, to on/ ona.

Moje święte oburzenie na Ciebie, Twoje święte oburzenie na mnie. W innym sensie są święte, prowadzą do prawdy.

Jak pieczone kasztany

Słuchałam ostatnio wywiadu z kobietą, która bada dlaczego jedne osoby w zetknięciu ze skrajnie sytuacją - jak trudna i przewlekła choroba - rozpadają się, a inne potrafią znaleźć w przeżyciu sens i wyjść wzmocnione i bardziej w całości.

Była mowa o kilku elementach. Przyciągnęła mnie wrażliwość na "touch of grace", "dotyk łaski". Większą szansę mają Ci, którzy zauważają, wręcz wypatrują takich momentów.

Dotyk czuły, jak malutkie tęcze dzisiaj na szlifowanym kamieniu klatki schodowej do biura, w czasie przerwy na obiad. Po dłuższej chwili dochodzenia odkryłam, że tak rzutuje szkło, z którego zrobione są balustrady. Tęczowe późne lata 90., ma sens :)

I odżywiający jak to, że zjadłam dzisiaj kawałek ogrodu botanicznego po kolacji :)

To M. ma oko do darów natury, wypatrzył jadalne kasztany na ścieżce, tuż przy wejściu. Wynieśliśmy ich woreczek, najeżony drobnymi kolcami, całkowicie legalnie, za pozwoleniem kasjerki (dodatkowo, w ramach repatriacji, zakupiłam od ogrodu dwie sztuki mchu). Do zjedzenia z kolczastych skorupek wyszło ich półtorej garści. Przed pieczeniem trzeba naciąć na krzyż, 15 minut w piekarniku nagrzanym na 200. Voila!

Czy to nie podobne do "Beauty Walk", "chodzenia w piękności"?



Równonoc

W tym roku wchodzę w jesień jak w masło, z wysokokaloryczną nostalgią i masą małych, odżywczych i czysto jesiennych przyjemności.

Wrzesień w tym roku jest chłodny i deszczowy. Mamy doskonały klimat, tylko z niego nie korzystamy - w takie dni powinno się zostawać w domu.
Raz zostałam. Rzeczywiście, kluło się przeziębienie. Preprzeziębieniowe dbanie o siebie: napar z kwiatów bzu z cynamonem i moczenie nóg we wrzątku z solą, wzmocnionym olejkiem rozmarynowym i cytrynowym.
W domu jest przytulnie, dużo światła i zieleń. Nowy mieszkaniec parapetu, geranium, ma jasne liście i pachnie cytrynowo gdy je pomiętosić. Za oknem balkonowe trawy zielenieją od deszczu, a pelargonia wciąż kwitnie i wytwarza nowe pąki. Odrodziła zieleninę po wizycie gąsienicy (sądząc po śladach, wielka sztuka; nie dowiem się w co się przekształci). W mikroogródku ziołowym już dłuższą chwilę nie widziałam zaprzyjaźnionego trzmiela, ale lawenda też wciąż jeszcze ma kwiaty.

Co robić, w większość poranków jednak wychodzę. Trudno mi zdecydować: założyć nowy płaszczyk w kolorze mchu, czy równie nową kurtkę w kolorze żurawiny? Obydwa są z miękkiej, ciepłej i bardzo lekkiej wełny, która daje odpór chłodom i wilgociom jak żaden inny materiał. Płaszczyk jest za duży, ma mały kołnierz i nie wykończone szwy. Nosząc go mieszkam i rozgaszczam się w latach dziesiątych stulecia. Szukam jeszcze tylko ładnych butów, te odpowiednie do pory mi się zużyły.

A dzisiaj, dokładnie w dniu równonocy jesiennej świętujemy urodziny. Już za chwilę, razem :)



Mit chrześcijański

Co się zaś tyczny narodów chrześcijańskich, to trzeba powiedzieć, że usnęły utulone w swoim chrystianizmie, zaniedbując z biegiem stuleci pracę nad rozwijaniem swojego mitu. Chrześcijaństwo odmówiło posłuchu tym, którzy dawali wyraz mrocznym poruszeniom związanym z wyobrażeniami mitycznymi: Gioacchino da Fiore, Mistrz Ekhart i Jakob Boehme pozostali dla nas synonimem obskurantyzmu. [...] Ludzie w ogóle nie rozumieją, że gdy jakiś mit nie rozwija się, to znaczy, że jest martwy. Nasz mit oniemiał - nie udziela nam żadnej odpowiedzi. Błąd jednak nie tkwi w micie - takim, jaki został nam przekazany w Piśmie Świętym - błędu trzeba szukać tylko i wyłącznie w nas, bo nie rozwijamy już mitu, a nawet tłumimy wszelkie próby podejmowane w tym kierunku. W pierwotnej wersji mitu jest wystarczająco dużo zarodków, możliwości rozwoju. Chrystusowi włożono w usta na przykład takie słowa: "Bądźcie roztropni jak węże, a nieskazitelni jak gołębie". Do czego miałaby służyć roztropność węża? I jak to się ma do gołębiej czystości? "Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci...". Kto myśli o tym, jakie dzieci są naprawdę? Jaką moralnością uzasadnia Pan przywłaszczenie sobie oślicy, na której odbył się triumfalny wjazd do Jerozolimy? Jaki morał wynika z przypowieści o nieuczciwym włodarzu? Jaki sens - jakże głęboki i doniosły - wynika z apokryficznych słów Pana: "Człowieku, jeśli wiesz co czynisz - jesteś błogosławiony, jeśli zaś nie wiesz, jesteś przeklęty i przestępcą Prawa". Wreszcie, co miałoby znaczyć wyznanie Pawła "(...) czynię zło, którego nie chcę". Że już nie wspomnę o niedwuznacznych przepowiedniach Apokalipsy, którym nie daje się żadnego kredytu zaufania, tak są kłopotliwe. Postawione niegdyś przez gnostyków pytanie: "Skąd zło?" - nie doczekało się w świecie chrześcijańskim odpowiedzi, a nieśmiałe przebąkiwanie Orygenesa o możliwości zbawienia diabła zostało okrzyknięte kacerstwem. Dzisiaj jednak, gdy powinniśmy o tym mówić, gdy trzeba udzielić odpowiedzi, stoimy z pustymi rękami, zdziwieni i bezradni, nie mogąc sobie uzmysłowić nawet tego, że żaden mit nie pospieszy nam z pomocą, choć właśnie tego byśmy bardzo potrzebowali. Wprawdzie sytuacja polityczna i przerażające, wręcz demoniczne osiągnięcia nauki powodują, że ogarniają nas tajemne dreszcze i niejasne przeczucia, nie wiemy jednak co robić, a tylko nieliczni dochodzą do wniosku, że tym razem gra toczy się o dawno zapomnianą duszę człowieka".
Carl Gustaw Jung, "Wspomnienia, sny, myśli"

Zrobiłam ten wypis spory czas temu i czekałam z wrzuceniem, bo chciałam dodać komentarz:
- O C. G. Jungu - jak zrozumiałam, dlaczego i dla kogo stał się podejrzaną figurą (dla naukowców, za podświadomość i naleganie, że istnieją zarówno dusza, jak i Bóg, dla chrześcijan, za nie pomijanie ciemnej strony).
- O moim osobistym rozwoju, który wymagał rozwinięcia chrześcijańskiego mitu, który wzięłam z mojej tradycji (Lucyfer, najpiękniejszy z boskich aniołów, syn poranka i Jutrzenki, który zbuntował się na to, że coś tak materialnego jak człowiek otrzymało boską świadomość. Czym jest Lucyfer?).

Ten zamysł mnie przerósł, więc wrzucam cytat, a moje myśli zaznaczam. Może na później.

Wrzesień: powroty i rytuały


Sopot 2017

Rosarium mniejsze i piękniejsze niż zapamiętałam.
Queen of Sweden nie pachnie. Na zdjęciu Cosmos, pachnie cytrynowawo.

Niespodziewanie wyszło słońce.

Miałam szczęście trafiać na dobre jedzenie; nawet obsługa w większości starała się być miła.
Sprzedawczyni na stoisku z pierścionkami pyta: I co? Widzi pani za każdym razem coś nowego w Sopocie? Szczerze: dawno nie byłam i nie pamiętam dokładnie co stare, co nowe. Ładnie.

To przywilej: spędzić wrześniowy piątek na plaży, ze słońcem w tym mieście ładnym na wiele sposobów.

W PGS ładna kolekcja paryskich malarzy ze Wschodniej Europy. Na drugiej wystawie zrozumiałam rzemiosło impresjonistów: z bliska abstrakcyjne plamy, w miarę oddalania układają się w iluzje kształtu. No tak... Ktoś już nie żyje, a został zapis jego osobistego ruchu, maz pędzla na płótnie. Wdzięczność, że uwolnili nam postrzeganie z niby-lustra realistów.

I jeszcze radość i kłopot: w kawiarniach przy Monciaku mnóstwo wróbli.
Kłopot, bo brudzą krzesła.
Na plaży mewy pobiły się ze starym krukiem o resztkę mojego gofra. I

Dziwne rzeczy dziś do mnie przemawiają

Robię porządki na biurku i w papierach i znalazłam coś takiego.

Jak liderzy utrzymują się przy życiu
Przywództwo jest ciężkie - dla ludzi, którzy pracują z liderami, jak i dla samych liderów. Skąd szefowie mają wytrzymałość, energię i pasję potrzebną, by nie ustawać w popychaniu rzeczy do przodu?
Pracuję nad tym pytaniem z kolegą z Kennedy School. Piszemy książkę dla liderów zatytułowaną "Utrzymać się przy życiu". By wypełnić należycie rolę lidera w długim okresie, musisz nauczyć się odróżniać ją od siebie. Mówiąc prościej: nie możesz brać rzeczy osobiście. Szefowie często biorą do siebie to, co nie jest osobiste, i w efekcie źle diagnozują opór, który napotykają.
Pamiętaj: to nie ciebie chcą dopaść. To może wyglądać jak osobisty atak, może mieć wydźwięk jak osobisty atak - ale tak naprawdę chodzi im o kwestie, które reprezentujesz. Odróżnianie roli od siebie pomaga zachować umysł diagnosty w trudnych momentach.
Jest jeszcze drugi punkt: role zawodowe tak bardzo nas wciągają, trudno jest rozróżnić rolę od samego siebie. Dlatego potrzebujemy partnerów, którzy pomogą nam zachować analityczny punkt widzenia. 
Liderzy potrzebują również sanktuarium, miejsca, gdzie będą mogli skontaktować się z wartością swojego życia i wartością ich pracy. Nie koniecznie mam na myśli fizyczne miejsce, czy dłuższy urlop dla poszukiwań duchowych. Mówię o praktycznych sanktuariach - codziennych momentach, które spełniają rolę sanktuarium. Jedno sanktuarium, które ostatnio sobie stworzyłem polega na otrzymywaniu e-maili od mojego przyjaciela rabina, który jest mistykiem i uczonym biblistą. Codziennie przysyła mi interpretację jednego słowa z Biblii. Ma tylko kilka ekranów długości, ale kiedy przechodzę przez skrzynkę e-mailową, poświęcam kilka minut na przeczytanie tego, i zakorzenia mnie to w innej rzeczywistości, w innym źródle znaczenia.
Ronald Heifetz, artykuł z "Issue", 1999 rok

Z jednego z notesów przemówiło do mnie natomiast to:
Kontemplowanie wzrostu, to przede wszystkim przyglądanie się dobrym i twórczym siłom w świecie. Jest to naturalna i spontaniczna najwyższego rzędu.
 I Ching, "Kontemplacja"

Tło muzyczne: od kilku dni w głowie śpiewa mi Lana del Ray.
Dziś wreszcie odszukałam na YT, odsłuchałam i oczywiście -- M. wyjechał, tęsknię u schyłku lata.

Jadę sobie w tramwaju, atu. Wydarzyło się

BOHATEROWIE
Babciodziewczynka, drobna szelma
Rosły, gruby facet w pomarańczowym kontuszu z szablą przypasaną do słuckiego.
Tramwaj numer 8


Babciodziewczynka: [po tym, jak została trącona sterczącą szablą] Wygląda pan jak wielki trzmiel... Z żądłem.
Tramwaj numer 8: Nie tłumi uśmieszku. Dobrze mu tak, rozbija się z tą szablą.
Facet w kontuszu: [chwila na odszukanie ciętej riposty] Dobrze, że nie jak dżin... Z tonikiem.
Tramwaj numer 8: W śmiech. Niechęć rozładowana.

Jedynie kobieta w czarnej spódnicy ze skóry spod automatu do wydawania biletów ogląda scenę pochmurnymi oczami.
Nad jej głową do sufitu lgną dwa złociste balony w kształcie cyfr. 0 i 5?

Takie rzeczy w Krakowie.

Muszę jednak obiektywnie przyznać, że męska tusza doskonale się prezentuje w ogniście pomarańczowym kontuszu, podkreślona pasem ze złotogłowiu, to strój stworzony na słuszne gabaryty. Stercząca szabla dodaje lekkości.

Co dziś do mnie przemawia: o matkowaniu

Wiele razy widziałam, że im więcej empatii kobieta ma dla swojego wewnętrznego dziecka, tym bardziej może przyjąć ogrom tego, co przecierpiała jako dziecko. Niezależnie od tego, czy jej rodzice mieli dobre intencje, czy nie, to tak naprawdę nie ma znaczenia. Ważny jest sam fakt cierpienia. Kobiety, które naprawdę to przyjmują i mają empatię dla siebie, automatycznie stają się bardziej empatyczne i dostępne dla swoich dzieci.
Istnieje rzeczywiste połączenie pomiędzy tym w jakim zakresie matkujemy sobie, a tym, jakimi matkami możemy się stać.

Bethany Webster

Cały wywiad warto posłuchać: KLIK TU. Hasło: Belonging (z dużej litery). Niestety po angielsku, w tradycji analizy jungowskiej.

Przemawia do mnie, gdyż sądzę, że tak, że ten cytat i cały wywiad w dużej mierze to prawda. Sądzę na podstawie mojego doświadczenia z Prawie Pięciolatkiem. Zostałam nazwana rzecznikiem Praw Dziecka, i cieszy mnie ten tytuł. Już widzę, że utożsamienie się z dzieckiem nie wystarcza. Potrzebne mi zaufanie do moich reakcji, że są zdrowe, albo, że potrafię odróżnić zdrowe od zranionego moim własnym dzieciństwem (czasem czuję, że się udaje). Zdrowa umiejętność pokazania gdzie są moje granice i jakie zachowanie dziecka je przekracza (przychodzi mi z wielkim trudem). Przyjęcie roli osoby dorosłej (Ha, ha... Wciąż jeszcze nie tak, nawet PP wprost mi mówi: "Ty to nie jesteś dorosła". Ja: Nie?! To jaka jestem. PP: yyy...).

Sierpień: już po połowie



Wczoraj w drodze z pracy, ku własnemu zaskoczeniu, cieszyłam się jak głupia, że istnieją:
- chmury (środkowoeuropejskie sierpniowe pre- i post-burzowe, nad Krakowem)
- ubrania (ładne)
- lody (GoodLood, TE)

Bez tego byłoby trudno.

Półwakacje dla uprzywilejowanych: powidoki



Kocham to miejsce.

Znów miałam przywilej spędzić tam tydzień.
Teraz będzie strumien świadomości
Przypomniało mi się, bo wyszłam dziś ciut wcześniej z pracy i sklepy były otwarte. Kupiłam: różowy lakier do paznokci (Polska, witaj z powrotem Królowo Kiczu), mydło z neem i bazylią (Indie, w Krakowie widzi się sporo Hindusów), do twarzy hydrolat z neroli (Polska ze składników międzynarodowych, wciąż jeszcze pamiętam greckie kwitnące pomarańcze), tanie mydło kuchenne czerwony grejfrut i mięta (Polska, Polska, Polska, nie wierzę w prawdziwość tego grejfruta, ale łaknę zapachów). No i Herbapol był jeszcze otwarty (PRL). I kupiłam suszoną malwę, bo podobno należy pić latem, lato zaraz mi się skończy. Przez tę malwę mi się przypomniało.
Od góry:
1. W tym roku eksperyment, malwa, w tym czarna, zebrana z ogrodu na herbatę. Przeżyliśmy. Gdy jest świeża, nie parzy się na czarno, ale na mętno. Kilka kropel cytryny zmieniło kolor na piękny malwowy. Przed momentem wcisnęłam kilka kropel do naparu z suszonej, też zmienił się kolor, na piekną purpurę.
2. Okno kuchenne. Nie widziałam ogrodu dwa lata, wybujał, wypiękniał, wyraźnie zaznaczyła się myśl i znawstwo ogrodnicze. Za ogrodem smutek, wycięli dwie cudowne stare jodły przed kościołem. Mam jeszcze szyszki... Zasadzę, a nuż.
3. I ten widok z drzwi wejściowych, zieloność nie dotknięta brakiem wody.

Kocham to miejsce.


Definicje

Nerwica - stan braku pojednania ze sobą spowodowany sprzecznością pomiędzy potrzebami instynktowymi a nakazami kultury, między infantylnym brakiem woli a wolą przystosowania się, między obowiązkami wobec zbiorowości a obowiązkiem przystosowania się. Nerwica to jakby znak "stop" zawracający jednostkę z błędnej drogi, oraz wezwanie do indywidualnego procesu leczenia.
C.G. Jung pisze: "Zakłócenie psychiczne w nerwicy a i nerwicę jako taką można rozumieć jako nieudany akt przystosowania. To sformułowanie (...) odpowiada podglądowi Freuda, dla którego nerwica jest w pewnym sensie próbą samoleczenia".

Co dziś do mnie przemawia

Jedyną różnicą, która sprawia, że doznaniem Twojego mózgu w trakcie przejścia przez zmianę jest strach albo spokój, jest Twój oddech. Oddychaj.
Diana Dorell 


Rawa blues and pinks



Odkrywam Katowice, stare i nowe.
W Katowicach, rynek.
Pod rynkiem, rzeka Rawa.
Nad nią, na płycie rynku, ku pamięci, sztuczna kaskada w kształcie płynącej rzeki, w komplecie z żywymi palmami i leżakami z drewna.
Z boku rynku prawdziwa Rawa wynurza się z ciemności tunelu (nieco woniejąc zgniłym jajem, prawdopodobnie przez co nie można jej puścić po wierzchu) i zmierza w stronę wiecznotrwałego i miejskiego "zachodu słońca" w neonach.
Odzwierciedlenie natury wykonane przez i dla mieszczuchów, budzi oddźwięk i we mnie (hybrydzie wiejsko-miejskiej, dziecku neonowego PRL-u).
Katowicki rynek w nowej aranżacji. Tak oto przepływa strumień pieniędzy Katowiczan i kształtuje ich wspólny świat.
Lubię to miasto.

FOT: katowice.naszemiasto.pl

I have so much



"Mam tyle do".

***
W Rybniku dominuje wspaniała zieleń.
Ale ten akcent znalazłam czerwony.

Lipiec: Pamiątki z mikropodróży

Mikropodróż 1: Kraków Trzebinia pociągiem podróż służbowa


Na dworcu PKP w Trzebini jest włoska restauracja :) Całkiem niezły lunch można zjeść, w otuleniu czerwonym polarkowym kocem, przy stoliku ustawionym na peronie z widokiem na Tor 1 :)
Dla mnie, dziecka z kolejarskiej wsi, któremu pociągi i budynki kolejowe są tak obarczone znaczeniem i symbolizmem, że wciąż jeszcze śnią się po nocach, jest to doświadczenie całkowicie mityczne. Chyba Wam tego nie wytłumaczę (no chyba, że się wychowaliście przy kolei) :)
Ale mogę Was zachęcać, żebyście do panierki do ryby dodali świeżego rozmarynu.

Mikropodróż 2: przez Park Jordana rowerem powrót z pracy okrężną drogą


Łąki łan! Taki wspaniały trend zakorzenił się tego lata w zakładzie utrzymania zieleni miejskiej w Krakowie. W kilku miejscach widziałam łąki rosnące w miejsce wykoszonego trawnika. Ww. łąkę w Parku Jordana podziwiałam z blisko i na świeżym powietrzu, więc do widoku kwiatów dołączył zapach.
Cieszą się owady i cieszą się mnie podobni miłośnicy braku przystrzyżenia. Brakiem ryku motorów kosiarek rozkoszuję się intelektualnie.
Wiem, wiem; wielu mówi: chwasty, chwasty.

Mikropodróż 3: nie zdokumentowana na zdjęciu wycieczka szlakiem miejskich drzew w najbliższej mi okolicy. Zorganizowana przez krakowskie Muzeum Etnograficznym i poprowadzona przez szalenie sympatycznego docenta od etnobotaniki, pracownika krakowskiego Ogrodu Botanicznego. Teraz wreszcie wiem gdzie na bulwarach wiślanych chodzi się na morwy i gdzie rośnie cis, a przecież przechodziłam koło tamtych miejsc chyba już setkę razy... Nie wystarczy patrzeć, trzeba widzieć, a do tego czasem ktoś musi pokazać. Mój zielony świat się poszerzył i urósł, za co serdecznie dziękuję docentowi i Szanownemu Muzeum.

***

A poza tym śmiertelne niebezpieczeństwo zdrowia mojej mamy przynajmniej odsunięte w czasie. Taka choroba to akurat megapodróż...

Nie musisz

Dzikie gęsi

Nie musisz być dobra.
Nie musisz iść na kolanach
sto mil przez pustynię z pokutą.
Musisz tylko pozwolić, żeby miękkie zwierzę ciała
kochało co kocha.
Opowiedz mi o rozpaczy, swojej, a ja ci opowiem o mojej.
Tymczasem świat się toczy.
Tymczasem słońce i przejrzyste kamyki deszczu
przechodzą przez krajobrazy,
przez prerie i głębokie drzewa,
góry i rzeki.
Tymczasem dzikie gęsi, wysoko w czystym niebie powietrza,
znowu kierują się ku domowi.
Kimkolwiek jesteś, choćbyś się czuła najbardziej samotna,
świat oferuje się twojej wyobraźni,
woła cię głosem dzikiej gęsi, szorstkim i ożywczym -
wciąż i wciąż oznajmiając, gdzie jest twoje miejsce
w rodzinie rzeczy.


Mary Olivier

Magia praktyczna na trudne przypadki

Cztery składniki magii praktycznej na czas śmiertelnie poważnej choroby w najbliższej osoby.
Przepis dla kobiety:

1. Utrzymywać kontakt z ziemią
2. Trzymać szeroko nogi i czuć, że się ma miednicę
3. Mieć ducha Dziadka Staszka zawsze blisko przy sobie
4. Archetypowa miłość do Matki

Utrzymywanie tych czterech składników pozwala w każdym momencie rozpoznawać co należy robić - a jeszcze szczególniej nie robić - w kwestiach poplątanych emocji rodzinnych i w kwestiach spraw ostatecznych.

Co śmieszy człowieki

- To jest tak śmieszne, jak kiedy drzewo zwali się na drogę! -



Wykrzyknął Prawie Pięciolatek, trzęsąc się ze śmiechu wywołanego starym, półlegalnym wierszykiem wygrzebanym z przedszkolnej pamięci; tym o misiu, co zrobił w teczkę sisiu, teczce co poszła do doktora, który był pijany, więc przykleił się do ściany itd.

Spływ





Potwierdziło się: jestem poganką, rzeka Krutynia to moja katedra. OK

Kąty



Już ją kiedyś pokazywałam: mandala z puchem łabędzim, mająca przywodzić na myśl komfort finansowy złożona na Warmii KLIK TU.
Znalazła swój kąt, razem z deską do prasowania.
Męskie ozdoby domu na początku budziły we mnie skryte przerażenie. Oto butelka starki... Okazało się, że chodzi głównie o to, żeby je mieć i na nie patrzeć, używane są rzadko.

Hm... No dobrze. W sumie ja mam półkę z przyprawami ozdobioną okrągłym kawałem mosiądzu, a drugą dmuchawką do przedmuchiwania obiektywu i  żeliwnym przyrządem do odkręcania śrub. To też jest piękno chyba raczej mało powszechnie zrozumiałe?

LGBTQ Alphabet

Co robiłam w Grecji?

Najpierw wyjaśnię, a potem powiem, co mnie zruszyło do łez.

Niektórzy czytelnicy wiedzą, że studiuję psychoterapię w nurcie psychologii zorientowanej na proces. Jedną z dziedzin, którą bardzo żywo interesuje się i rozwija Arnold Mindell, twórca nurtu, jest praca ze światem, tzw. World Work.

Jednym z elementów pracy ze światem są tygodniowe seminaria, które odbywają się co trzy lata w różnych miejscach na świecie.

W tym roku, w najpiękniejszych okolicznościach greckiej wiosny w porcie na półwyspie Peloponeskim zebrało się 500 ludzi z chyba ponad 40 krajów świata, o różnych kolorach skóry, stopniu posiadania i dostępie do dóbr, najtrudniejszych przejściach wojennych i innych, różnym stopniu przywiązania do tej rzeczywistości, upodobaniach seksualnych i wielu, wielu innych odcieniach różnic.

W tym gronie codziennie pracowaliśmy w wielkiej grupie podczas tzw. procesu grupowego, w mniejszych grupach tematycznych w obecności wszystkich zebranych, w małych grupach po południu, mieliśmy indywidualne sesje terapeutyczne i dodatkowe zajęcia rano i po południu. Sytuację przed przegrzaniem ratowały chwile wytchnienia nad morzem, na grackich polach i w gronie znajomych.


Ciekawe, że wśród całej tej różnorodności szukałam homogeniczności, pokochałam Polaków bardziej niż PIS, pragnęłam towarzystwa innych Polaków i chwile spędzone z nimi były jak usiąść w sadzie i zjeść chleb z masłem, twarogiem i miodem - swojskie i kojące. Dziękuję.


Było to coś wspaniałego. Chodziłam i przez cały czas powtarzałam przyjaciółce: nie wierzę, że to się dzieje naprawdę. To jest utopia, o tym czyta się w książkach, że inni ludzie to robią, nie robi się samemu.

I była to masakra, którą zresztą po powrocie odchorowałam. Wydobywanie i przetwarzanie najtrudniejszych tematów i emocji: wściekłości, upokorzenia, strachu, bólu, smutku. Dźwiganie ciężaru masywnego przywileju i dziedzictwa nadużycia innych ludów, w którym się urodziłam i jest to jak grzech pierworodny. Nie wiem co mam z tym zrobić. Przynajmniej już wiem, jaka jest sytuacja, nie wypieram się.

To wstęp. Który prowadzi do niesamowicie wzruszającej pracy ludzi ze środowiska LGTQ. Któregoś dnia po południu mieli oni odwagę wyjść na środek, stworzyć świętą przestrzeń i pozwolić się ujawnić trudnym, ukrywanym emocjom i przeżyciom. Zmieniło mnie to, wydobyło na światło moją skrywaną, ale istniejąca z przyrodzenia - jak ww. grzech pierworodny - homofobię, czyli w praktyce strach przed sobą samą. I mój smutek, że zupełnie nie chcę znać tej części we mnie, która jest LGBTQ. Wiem tylko, że taka część jest i że bez niej nie jestem całością.

Jest część mnie, która chce dać adnotację: chociaż oczywiście jestem heteroseksualna, kocham mężczyzn itd. I to właśnie jest przejaw homofobii! Utwierdzanie siebie i innych - ja, jestem "normalna".

Urodziłam się w kulturze, która na każdy możliwy sposób utwierdza mnie w przekonaniu, że to jest złe - i że lepiej się tym nie zajmować, to zniknie. Fałsz.

Dziękuję moim LGBTQ przyjaciołom i znajomym, za to, że są, że przekraczają swoje granice, że siebie odkrywają. Chciałabym zmieniać swoje podejście i świat tak, żeby następne pokolenia nie musiały się rodzić do strachu przed tymi częściami siebie.

A dzisiaj natrafiłam na ten filmik KLIK TU.

I mam łzy w oczach. Wzruszam się, że są osoby, które się nie boją, wchodzą we wszystkie zakamarki ludzkiego doświadczenia i nam opowiadają o ty, co tam odkryły. Filmik, niestety, jest po angielsku. Chciałabym Polakom udostępnić taki przekaz.

Czerwiec: pełnia szczęścia przed pełnią lata


Z Aten wróciłam zainspirowana. Mieszkałam w danej willowej dzielnicy pod Akropolem, gdzie IX wieczne wille z czasem obrosły ciasnymi uliczkami, gdzie dość wysokie bloki zbliżają się do siebie.

To było ciekawe odkrywanie. Idąc wieczorem stronę Wzgórza od czasu do czasu wśród bloków napotykałyśmy zabite deskami okna i kawałek dzikiego ogrodu. Widziałyśmy tylko 1 czy 2 z tych pięknych domów dobrze utrzymane. Następnego dnia w hoteliku, gdzie się zatrzymałyśmy na ścianie odkryłam zdjęcie z początku ubiegłego stulecia: Wzgórze Akropolu, a pod nim rozsiane wille.
I te uliczki pachną, obsadzone drzewami pomarańczy i akacji. Na chodnikach gdzie się da poupychana zieleń, są drzewka, kwiaty i zioła, na skwerach, sadzone w doniczkach i kubłach, na balkonach, przed blokami. Gdzie się da wystawiony jakiś stolik i krzesło. Ktoś dba o każdą doniczkę, zasadził/a, podlewa w upale. Korzystają wszyscy, ciasny upał z zielenią jest łatwiejszy do zniesienia.

Po powrocie podobnego ducha zauważyłam na ulicy Królewskiej. Dzielnica stara i zasiedziała, od wczesnej wiosny rozkwita po kolei: przebiśniegami, krokusami, narcyzami, tulipanami, pierwiosnkami, bratkami. Obecnie kwietnie krzewami dzikiego bzu, róż i jaśminu, w zielonych mikro przestrzeniach zasadzonymi i zadbanymi przez mieszkańców, przed blokami.

Jak się zainspirowałam, tak uczyniłam: jeden mam ogródek zielny, pod wielkim oknem w kuchni. No po prostu nie mogę inaczej, niż się zachwycać. Cudowne! Wystarczy, że je pogłaskam, czy odgarnę przy podlewaniu i moja osobista ręka pachnie: lawendą, tymiankiem, macierzanką, rozmarynem lub szałwią. Dużo patrzę na krzaczki. To moja obecna modlitwa, od której serce mi rośnie i poszerza się, obejmując nie tylko rośliny na parapecie, ale w ogóle życie. Wcześnie rano, przed śniadaniem jest na to czas.

Na balkonie posadziłam mikrowydmę - dwie czupryny traw w doniczce, szepczą na wietrze. Wspaniale!

Spieszę uciszyć niepokoje: nie zabrakło pelargonii. Mieszka w sporej donicy, odmiana pyszni się wielokrotną czerwienią płatków i zbitą, dość ciemną zielenią liści

- Jak na przystało na mieszczański balkon. Widać ją z dołu - M. odetchnął z ulgą.


Czym ludzie żyją


Czym żyją ludzie w moich okolicach:

Droga jest udekorowana w całej wsi - od tablicy początkowej, do kościoła, a potem z kościoła do domu.

Przyjeżdżają po niego na najbliższą stację, w Stróżach, gdzie nadjeżdża pociągiem z Tarnowa.

Pierwsi jadą strażacy, w starym, pięknym, czerwonym fordzie.
Następnie podenerwowany kamerzysta, pieszo.
Potem drużba, na skuterze.

W następnej kolejności:
- orkiestra, na wozie
- młody - ksiądz prymicjant - i jego rodzina, w bryczce

A potem jest parada.
Pierwszy jedzie kapitan, w zielonej kamizelce na białej koszuli i ... w krakowskiej rogatywce z pawimi piórami.
Za nim reszta, też w białych koszulach i z krakuskami, tak zwana banderia.
52 konie, wszystkie, jakie są w okolicy, wypolerowane na wysoki połysk i wystrojone.
Najpierw gospodarze, za nimi chłopcy i dziewczyny, których odróżnia się po tym, że ich konie są delikatniejsze i mają pęciny owinięte czerwoną wstążką.

Za banderią goście, samochodami.

Zostaje asfalt, nowy, ozdobiony sienną, końską kupą. Teraz już nieczęsty widok.

Prymicje zawsze odbywają się w maju. Tradycyjnie na imprezę zrzuca się cała wieś. W tym przypadku młody ksiądz się uparł, żeby rodzeństwo wzięło pożyczkę, a on spłaci. Może dlatego, że rodzina była bardzo biedna, z wielkim problemem w postaci choroby matki. Wychowali się praktycznie sami. Może ma żal, że wtedy, jak ojciec nie miał się do kogo zwrócić, to nie pomogli.

Znam historię, bo z mojej rodziny mu pomagali, co jest opowieścią inną, długą, intymną i z niejednoznacznym zakończeniem. Na paradę trafiliśmy przypadkiem, wracając skrótem z Wysowej.

Europejski tik

Chyba nie przypadkiem Europa - w odróżnieniu od innych kręgów cywilizacyjnych - ma zawsze w swoim postępowaniu jakoś zakorzenioną zasadę historyczności i strukturalnej natury czasu, czyli przekonanie, że wszystko prowadzi lub powinno prowadzić dokądś, czyli do przodu, co czegoś najlepiej w możliwy do zmierzenia sposób lepszego, a zatem ma zakodowany uniwersalizm, czyli pewność, że to co najlepsze w naszych oczach, musi być najlepsze dla całego świata, i że jeśli mamy okazję owo dobro szerzyć, to winniśmy to czynić.
Propagowaliśmy w historii tysiące rzeczy, których dobrych i złych stron często w ogóle nie dało się od siebie oddzielić. Niezmiernie zaraźliwa, niemal wręcz agresywna idea ciągłej zmiany, nieustannego postępu, rozmachu, zwiększania, szerzenia, zdobywania, niekończącego się wzrostu, jak również idea doskonałego świata, który należy budować pod dobremu, a jeśli się nie udaje, choćby i po złemu - wszystko to przecież są idee typowo europejskie. Wszystkie one mają zaklętą w sobie pewną dwuznaczność. Dlatego bez zahamować możemy szerzyć po świecie oświeceniowe pojęcia państwa i pojęcia praw człowieka, jak i ideologię komunistyczną lub rasistowską, możemy dostarczać mu zarówno najnowocześniejsze ideologie, jak i najnowocześniejszą broń, możemy być chrześcijanami i krzyżowcami, propagatorami postępu społecznego i kolonizatorami, twórcami światowego bogactwa globalnego i tymi, którzy przez swoje rozumienie gospodarki rynkowej wtrącają ogromne regiony świata w biedę i czynią je obcymi sobie samym, swojemu krajowi i swojej planecie.
Niezależnie jednak od tego, czy służmy jakiejś wspaniałej sprawie, czy sprawie spornej lub niezmiernie niebezpiecznej, zawsze jako Europejczycy mamy poczucie, że jest ona lepsza niż cokolwiek innego i że jesteśmy powołani przez opatrzność do tego, żeby ją lansować, gdzie się da. Pomaganie światu, jakiekolwiek by było, stało się jakimś europejskim tikiem.
Vaclav Havel, "Zmieniać świat". Frag. eseju. "Zatrzymać karuzelę" 

Przyswajanie

Nie ma zapewne ani przepisów, ani praw, którymi musimy się kierować żyjąc wraz z Gają. Dla wszystkich naszych działań są tylko konsekwencje.
James Lovelock "Gaja. Nowe spojrzenie na życie na Ziemi"

Ucząc się do egzaminów poznaję nowe koncepcje, modele świata inne, niż znam. Ciekawe jest obserwowanie jak mój umysł się otwiera, żeby zobaczyć świat przez nowy zestaw pojęć - pod nowym kątem. Jest to odświeżające - jak początek lata.

Czerwiec to jeden z moich ukochanych momentów w roku. Jest już dojrzały, a jednocześnie ma wszystko przed sobą. Jednak tak naprawdę przeżyłam niewiele czerwców w życiu, większość z nich przeszła w pomroce spowodowanej strachem: podciąganie ocen na koniec roku, potem egzaminy.

W tym roku też mam egzamin, ale powiedziałam: dość. Pora roku, rytm Gai ma pierwszeństwo. Tak więc uczę się w sposób zdycyplinowany: unikając pomroczności i z wygospodarowaniem czasu na bycie i nurzanie się w czerwcu, wciąganie doznań porami zewnętrznymi i wewnętrznymi.

Zobaczymy, czy to wystarczy? Czy duch egzaminów bezwzględnie wymaga poświęceń?

Ciuchi: trzy miłości


Miłość. To jest za duże słowo w odniesieniu do ciuchów.
Powiedzmy zatem: bardzo lubię.

Dzisiaj będzie kilka intymnych i mało znaczących faktów z mojej szafy.

Po latach poszukiwań zakończonych zaniechaniem, odpowiedni pasek wreszcie znalazł mnie. Prosty, ze skóry, ze zwykłą sprzączką, w przystępnej dla mnie cenie.
Przeszedł moje oczekiwania, ponieważ jest z napisem! Producent Pantuniestał KLIK z dowcipem wytwarza ubiory dla zdrowych i chorych. To jest ten dowcip, który ja łapię. Łódzki producent miał uprzejmość w KRK otworzyć sklep na ul. Nadwiślańskiej, w mojej okolicy. Hmm.. Ciągnie swój do swego, moja okolica zdecydowanie jest to.



Do paska dżinsy. Raczę Szanownych Czytelników nieco prowokacyjnym zdjęciem (gdyby ktoś nie zauważył).
Ukochane Jedna z ulubionych dżinsów się rozsypują, co daje mi powód do wykonywania kolejnej czynności, którą bardzo lubię: dziubdzianie igłą. Moja rodzina już nawet nie to, że zaakceptowała - wręcz polubiła - że umilam sobie nudne rodzinne nasiadówki dziubdzianiem dywaników ze zużytych podkoszulków.
Dżinsy dziubdziam w zaciszu samotności.



Ostatnia miłość lubienie na dziś: second handy z jedwabiu. Zdecydowanie poluję, mam kilka wspaniałych okazów w szafie. Ww. koszulka ma historię, została wygrzebana w szmateksie na ukochanym Dolnym Śląsku (tam to są sklepy z odzieżą używaną!). Koszulka była za duża i, pomimo przeróbek, w roli odzienia nocnego wyglądała źle. Dziś obcięłam ją zatem - jako krótka koszulka dzienna leży OK. Ucięty kawałek stał się źródłem łat, którymi podszywam dziury na dżinsach.

I tak oto ukazał się związek ostatniego elementu z dzisiejszą ciuchową układanką.

Radosnej soboty Państwu życzę, jako i sobie :)

Próby zrozumienia: czas zimna

Większość ludzi pracujących z konfliktami umywa ręce od wojny. Ale ty jako przedstawiciel starszyzny będziesz współczuł ludziom, którzy w niej uczestniczą. Robią wszystko co mogą w danych warunkach. Wiesz to, ponieważ przeszedłeś niejeden czas wojny. [...]
W czasie wojny początkowo zmiany zamierają: każdy zamarza na swojej pozycji. Ostre konflikty zamieniają się w suchy lód. Nienawiść przesycająca ową niezgodę jest tak wielka, że ludzie, którzy w niej tkwią przymarzają do swoich stanowisk. Ale pamiętaj, że lód to tylko zamarznięta woda i można go roztopić. Topienie lodu rozpoczyna się od skupienia na nim. Możesz powiedzieć: "To czas zimna, które jest tak głębokie, że prawie parzy. Jest wojna. Rozgrywa się walka, która zgodę rozbija w niezgodę. Ludzie mogą cierpieć".
Mówienie czegoś jasno, w momencie, gdy wszyscy inni są zatrzaśnięci w swojej nienawiści, daje zadziwiające efekty; świadomość zostaje wydobyta na pierwszy plan. Może to złagodzić wściekłość.
Arnold Mindell "Siedząc w ogniu" 

Próby zrozumienia


Przemoc nie jest właściwa jedynie tym, którzy szukają zemsty. Jest ona podstawową cechą kultur, w których większość traktuje osoby dysponujące władzą lub siłą jako wzorce dobra, dobrego zachowania, które wszyscy inni powinni naśladować. Oto w jaki sposób dobre społeczeństwa wywołują wojny.



Arnold Mindell, "Siedząc w ogniu"

Bujna zieleń wiejska



Żółte jaskry i różowe firletki w zieleniach, to paleta na Dzień Matki.
Kiedyś w ten dzień na łąkach między torami zbierałam wielki bukiet; czasem z nim kleszcze.

W tym roku przywiozłam cyklamen z miasta.

Ale zbiegiem okoliczności trafiłam jednak na łąkę i - szybko, szybko - udało się zebrać mały bukiecik. O zbiegu chciałabym napisać więcej.

Co dziś do mnie przemawia: pozorna przeciwstawność pojęć

Słowo Śratać ma skomplikowaną etymologię. W językach słowiańskich oscyluje ono wokół znaczenia witać, spotykać, ale lokalnie rozumiane jest jako żegnać. Być może dlatego, że pieśni śratalne śpiewano do błogosławieństwa młodych przez rodziców. W tym momencie obrzędu powitanie i pożegnanie mieszają się ze sobą i przeciwstawność znaczenia tych słów jest w pewnym sensie pozorna.

Być może witać, żegnać i błogosławić oznacza tu po prostu jedno – akceptować.

Pieśni śratalne należą do najstarszych w polskim folklorze.

Impulsy zakupowe


Co: Skarpetki z miśkami, dla mnie obecnie tanie
Nie pamiętam jaka firma, wisiały w oknie tego małego sklepiku z bielizną w podcieniach, na rogu. Św. Gertrudy i Starowiślnej.
Czas decyzji: Przed sklepem 0,3 sekundy "zobaczyłam i chcę", w sklepie 1 sekunda "za tę śmiesznie miśkową cenę", 10 minut "co oni tu jeszcze mają", 1 minuta "z czego te miśki są zrobione", 1 minuta "kto je zrobił, w jakim kraju".
Po co kupiłam: Dla radości. Nie dość, że urocze wzornictwo, że miśki, to do tego uśmiechnięte i włochate. No i w drugim planie liski, liski! Oraz choinki, krzaki i to czarne coś przy ściągaczu: czy to ślady zwierza stóp, czy kup?

Pilnie potrzebuję ładnych historii, wszędzie. A już szczególnie na skarpetkach!



Co: Olejek eteryczny rozmarynowy, dla mnie obecnie drogi
Sprzedaje Klaudyna Hebda KLIK TU, nie pamiętam jak trafiłam na jej bloga
Czas decyzji: Zajęła mi chyba pół roku, ciągle były ważniejsze wydatki, wreszcie stwierdziłam, że w tym miesiącu rozpieszczę się właśnie tak.
Po co kupiłam: Bo tęsknię za aromatami roślin. Racjonalne uzasadnienie było, też: zapach rozmarynu podobno pomaga w koncentracji; podobno go można też używać w miejsce kawy. Hm, może... W przypadku mojego nałogu kawowego mało realne, ale zobaczymy? W ostatnich miesiącach mam mózg jak tysiąc kulek, które się rozbiegły po podłodze, a ja próbuję je złapać wszystkie na raz.

Po zakupie, przy okazji, poczytałam bloga Klaudyny (wcześniej tylko oglądałam buteleczki z aromatami i czytałam o olejkach). Wśród jej licznych przymiotów jest też tytuł "Królowej Chaosu" i mnie olśniło - może zbyt kurczowo próbuję te moje kulki łapać i organizować? Może one chcą mi powiedzieć, że jest inna zasada, głębsza, która rządzi chaosem i moim zadaniem jest złapać z tą kontakt, zaufać i nauczyć się z nią współpracować?

W każdym razie rozmaryn z buteleczki pachnie wspaniale. W zasadzie: cóż więcej od niego wymagać? No dobrze, niech mądre głowy aromatoterapeutów rostrzygają ważne kwestie biochemiczne, ja mam zamiar się delektować i unosić.

Na marginesie: Po powrocie z Grecji pragnę mieć również moją własną buteleczkę neroli - zapachu kwiatów pomarańczy.
Pod koniec kwietnia pachnie nimi całe Porto Heli i Ateny (nie wiem jak reszta kraju). Czy wiecie, że przed budynkiem parlamentu w Atenach rośnie gaj pomarańczowy? Może dlatego nasza polska demokracja trochę kuleje? Zaczerpnęliśmy wzorzec niepełny, zapomnieliśmy przed parlamentem posadzić sad.

Od Klaudyny kupiłam też balsam "Lekki Oddech", czeka na wypróbowanie (czemu właściwie zwlekam, po chorobie ciągle kaszlę).
Opakowania i cała paczka przeurocza. Zamiast styropianu chrupki kukurydziane, do rozpuszczenia w wodzie. Kartka od Klaudyny wylądowała na lodówce. Polecam!



Zimny maj, końce i początki

Na marginesie: chciałam wrzucić zdjęcie maja, ale znalazłam dzieło czterolatka - o wiele bardziej warte pokazania.

Z raportu piękności:
- Maj zimny i mokry, jednak rozszalał się bzem, konwalią i kasztanem. "Miziają się wilgotne owady". Ciepłe i suche wiosny południa mogą się schować wobec drżącej delikatności wiosen północy. Kwiaty jabłoni co roku pojawiają się, pomimo równie corocznego zagrożenia przymrozkiem. Nie wiem jak Was, ale mnie to ZACHWYCA.

- Kontynuując wątek życia i śmierci: skończyłam brać antybiotyk, już wracam z tego dziwnego miejsca POMIĘDZY, gdzie jedną nogą jest się TU, ale drugą jakby jednak trochę TAM. Hekatomba zrobiła miejsce na nowe życie bakteryjne we mnie; przyjmuję kefir jak święty pokarm (życie, życie)

- Piękny etap życia dobiegł końca i zaczyna się nowy. M. wyjechał i długo go nie będzie; pusty dom i puste godziny napraszają się, żeby je wypełnić czymś pięknym. WIOSNA, Alleluja.



Return to 2003

Metoda datowania filmów: telefony komórkowe (w 2003 wciąż modna była mała Nokia z klapką).

Albo: dojrzały, wspaniały Bill Murray i wschodząca ówcześnie gwiazda, Scarlet Johansson.

Albo: lubię pięciowyrazowe dialogi w filmach, bo musi im towarzyszyć doskonałe aktorstwo.

Albo: "Lost in translation" ("Między słowami")

Niezauważalna czułość istnienia zauważona i wyrażona.



MUSIC KLIK TU


I could feel at the time
There was no way of knowing
Fallen leaves in the night
Who can say where they're blowing
As free as the wind
And hopefully learning
Why the sea on the tide
Has no way of turning

CHORUS
More than this - you know there's nothing
More than this - tell me one thing
More than this - ooh there is nothing



Czułam wtedy,
Że nie wiadomo
Liście spadłe nocą
Kto wie gdzie odlecą
Wolne jak wiatr
Mamy nadzieję, że się uczą
Dlaczego przypływ morza
Nie może zawrócić

CHÓR
Poza tym - wiesz, że nic
Poza tym - chyba wiesz
Poza tym - ooo wiesz, że nic



Rzecz w proporcjach


Greckie znaki p.poż.

Piękne proporcje, nasuwają mi skojarzenie z antyczną wazą.
Spójrzcie też na tę spiralę!















Co ja robiłam w Grecji?
Pewnie napiszę, jak tylko wydobrzeję z choroby.
Pierwsze poważne zapalenie, pierwsza wizyta u lekarza od ponad 7 lat.
Dziwne uczucie.

Co dziś do mnie przemawia: pustynne formy

Starożytni nazywali pustynię miejscem bożego objawienia. Dla kobiety to coś znacznie większego. Pustynia to miejsce, gdzie życie jest bardzo skondensowane. Korzenie żywych istot trzymają się ostatniej kropli wody, a kwiat gromadzi wilgoć w ten sposób, że wyłania się tylko rano i późnym popołudniem. Życie na pustyni jest małe, ale błyskotliwe, i rzeczy w większości dzieją się pod ziemią. Tak jak życie wielu kobiet. Pustynia nie jest bujna jak las lub dżungla. Jej formy życia są bardzo intensywne i tajemnicze. Wiele z nas wiedzie życie pustynne: małe na powierzchni, ale ogromne pod powierzchnią.
Clarissa Pinkola Estes, za La Abeja Herbs

Świętowit, Swaróg i Weles. Albo Cień. Albo słowiański mit o stworzeniu świata


W folklorze ludów słowiańskich mit ten nadal występuje w zbliżonych formą podaniach, na znacznym obszarze od Bułgarii, poprzez Ukrainę aż do obszarów Polski wschodniej. Ponieważ dotychczas nie odnaleziono pisanych źródeł, treść mitu została odtworzona przez etnologów religii i religioznawców na bazie podań ludowych.

W podaniach tych zazwyczaj zamiast Swaroga i Welesa występuje Bóg i Diabeł. Świętowit w podaniach utożsamiany jest ze związkiem, który ma łączyć obie postacie. Czasami w miejsce Świętowita pojawia się Rod a Swaroga Perun. Cechą charakterystyczną tych podań, oprócz zbliżonej treści jest wskazanie na konieczność współpracy Swaroga i Welesa. Według podań "Bóg radził się Diabła w wielu sprawach", a "Diabeł miał moc nieomal równą Bogu". Poniższy mit jest jedną z ciekawszych wersji podania ludowego.


Na początku istniało tylko światło, bezkresne morze i krążący pod postacią łabędzia nad przepastną otchłanią bóg Świętowit. Bogu dokuczała samotność. Spostrzegł jednak na wodzie swój cień. Postanowił więc oddzielić cień i ciało związane z cieniem. W ten sposób powstali bogowie Swaróg i Weles.

Swaróg ze światła uplótł łódź i zamieszkał w niej, kołysząc się na falach. Weles zanurkował w głębiny i tam spędzał większość czasu. Jednakże obu bogom znudziła się monotonia morza i zapragnęli stworzyć stały ląd. Swaróg namówił Welesa, aby ten zanurkował aż na samo dno otchłani i przyniósł mu garść piasku. W czasie zbierania piasku Weles miał wypowiedzieć formułę z magicznych słów, która by zawierała ziarno współpracy. Weles miał wyrzec formułę "Z mocą Swaroga i moją". Weles dwukrotnie nurkował, ale nie mógł dosięgnąć dna bezkresnego morza. Dopiero przy trzeciej próbie, wypowiedziawszy poprawną formułę, udało mu się dosięgnąć dna otchłani i schwycić garść piasku. Jednakże Weles chciał stworzyć ziemię tylko dla siebie, więc kilka ziaren piasku ukrył w ustach.

Po wynurzeniu się Weles wyciągnął dłoń ku Swarogowi. Swaróg wziął z jego dłoni kilka ziaren piasku i rozrzucił po powierzchni wody. Piasek po zetknięciu z wodą zamieniał się w suchy ląd i rósł. Również ziarenka piasku w ustach Welesa zaczęły rosnąć. Weles zmuszony był do wyplucia pęczniejących ziaren. Tam gdzie splunął zaczęły piętrzyć się góry. Kolebka świata stworzona przez bogów była niewielka. Na tej niedużej wysepce dwaj bogowie ledwie się mieścili. Samolubny Weles postanowił sam zapanować nad światem i postanowił zepchnąć Swaroga do morza i utopić w otchłani. Kiedy tylko Swaróg zapadł w sen, Weles podniósł go i zaczął nieść w kierunku brzegu. Ale gdy próbował zbliżyć się do brzegu, brzeg odsuwał się dalej w morze. Świat osiągał coraz to większe rozmiary w miarę tego, jak zdesperowany Weles niósł Swaroga do morza. W końcu zrezygnował.

Kiedy Swaróg obudził się, spostrzegł, że ląd się powiększył. Weles z radością przekazał mu wiadomość o tym, że świat stale się powiększa. Na początku obaj byli zadowoleni, ale Swaróg po pewnym czasie zaczął się niepokoić, że niebo stanie się zbyt małe i nie będzie zdolne dłużej przykrywać lądu. Mimo że podzielił się z Welesem swoim niepokojem, ten nie chciał go słuchać i niczym się nie przejął. Swaróg zaczął więc podejrzewać, że Weles coś przed nim ukrywa i stworzył pszczołę, którą wysłał na przeszpiegi. Pszczoła siadła cicho na ramieniu Welesa i śledziła jego poczynania. A Weles z morskich fal stworzył kozła i zaczął z nim rozmawiać. Śmiał się z głupiego boga Swaroga, który nie potrafi powstrzymać rozrastania się świata. Weles opowiedział kozłowi, że wystarczy kijem wyznaczyć wszystkie strony świata, aby ten przestał się rozrastać.

Kiedy pszczoła wróciła do Swaroga i opowiedziała mu, co słyszała, ten skręcił z fal i ze światła kij, wyznaczył nim wszystkie strony świata i rzekł "Wystarczy Ziemi". Świat przestał się rozrastać i stał się takim, jakim go dzisiaj widzimy. Bogowie popatrzyli na siebie i zaczęli się kłócić o panowanie nad niebiosami. Ale tego Świętowit nie mógł już ścierpieć. Zawołał Swaroga i Welesa do siebie i podzielił pomiędzy nich świat. Swaróg miał panować nad lądem, a Weles miał rządzić pod ziemią. W ten sposób krainy bogów zostały rozdzielone i Welesowi przypadła w udziale Nawia, kraina gdzie bóg mógł wypasać na łąkach dusze zmarłych ludzi. Swaróg zaś stał się bogiem ognia, słońca i ziemi.

Interpretacje: Eliade stawiał hipotezę o możliwej genezie mitu przed III tys. p.n.e. w okolicach wielkich jezior Azji Środkowej.

A ja rozumiem skąd przysłowie: "Panu Bogu świeczka, a Diabłu ogarek". Inaczej stworzenie się nie uda.

Poeci na przystanki


Chcesz gdzieś iść   piątek
i chcesz iść bez końca

Wiesz, że to brzmi dziecinnie
że ci się śniły krokodyle


Znalezione na ścianie kiosku Ruchu przystanek Biprostal. Zdjęte i opublikowane za pomocą smartfona. Tak. Mój bastion padł pod naporem technologii...

Jak wewnętrzny mit organizuje postrzeganie


Mit działa niezależnie od rzeczywistości uzgodnionej, czy zewnętrznej. Ma swoją własną rzeczywistość, którą Jung nazywał rzeczywistością wydarzeń psychicznych.
[...]
Jeśli ktoś utrzymuje, że jest mu zimno, nawet jeśli termometr mówi, że jest ciepło, rzeczywistość wewnętrzna jest mocniejsza niż zewnętrzna.
[...]
Wewnętrzne mity mają moc tworzenia informacji, której na zewnątrz nie ma, a także ignorowania informacji, która jest. Czyjeś postrzeganie i przeżycie może często zaprzeczać uzgodnionej rzeczywistości. To, co postrzegamy i doświadczamy, to przekonania i postrzeganie wewnętrznych figur sennych, które są postaciami ze znaczącego mitu.

Wewnętrzne struktury mityczne determinują nasze postrzeganie rzeczywistości, włączając to, czy pewne obiektywne wydarzenia zostaną przyjęte do wiadomości. Levi-Strauss powiedział, "mity myślą w ludziach, bez ich wiedzy". To nie my wymyślamy mity, to mity wymyślają nas. W tym świetle osoba ludzka jawi się jako zbiór figur sennych, utrzymywanych razem przez mit i starających się wyrazić.

Julie Diamond "Patterns of Communication"

Żywotność







I cieszy, i trwoży.
Nie powinno jej tu być.
Musimy postawić tamy.





Przyswajanie

Przyglądałam się jaki kolor mają krokusy.
Ale nie patrzyłam w jakim rytmie rozkładają się na hali!
Można by spędzić życie na obserwacji niuansów, ciągle odkrywając, że się na coś nie zwróciło uwagi.
Już rozumiem artystów-rzemieślników jednego tematu.





Kosmos gadająco-nadający i nasłuchujący odbioru

[...] information is a dynamic proces, and not a state.

All information is information for, against or in reaction to something.


[...] informacja jest dynamicznym procesem, a nie stanem.

Wszelka informacja jest informacją dla, przeciw albo w reakcji na coś.

Julie Diamond "Patterns of Communication"


***
Jeszcze nie wiem, dlaczego to mi się "w głowie nie mieści".
Dosłownie: wywiera ciśnienie i rozsadza mój istniejący sposób myślenia.

Spróbujmy trochę zgłębić: wszelka informacja jest dla czegoś/kogoś. Innymi słowy: nie gada dziad do obrazu.

Informacja jest dynamicznym procesem, a nie stanem: nawet jeśli gada, to w głębi pragnie, by obraz otrzymał sygnał i przesłał sygnał zwrotny.


***
I jeszcze to zdanie jest dla mnie dzisiaj jak koan:

Information is intangible. It is a concept, not an object.

Informacja jest nieuchwytna. To jest koncept, nie obiekt.

Na szczęście dalej rzecz się trochę wyjaśnia:

We cannont work with information: we can only work with its manifestations. When we work with information, we are actually working with the signal.

Nie możemy pracować z informacją: możemy tylko pracować z jej przejawami. Gdy pracujemy z informacją, de facto pracujemy z sygnałem.

We cann

Kwiecień: Pierwszy Narodowy Dzień Krokusa

Kandydat na reportera radiowego, na oko lat 8 lub 9, relacjonuje sam dla siebie: Idziemy i oglądamy krokusy. I one są jak wielki dywan! Taki trochę fioletowy.

***
Dwulatka do mamy: Tutaj pan pilnuje kwiatków!

***

Jeden z pierwszych prawdziwie ciepłych i wiosennych dni, w tym roku szczęśliwie zbiegł się z weekendem i z pierwszym dniem kwietnia. Nie umiem sobie wyobrazić bardziej idealnego Czasu Krokusa.

Jasne, że wszyscy chcieli to zobaczyć! Mimo to, krokusów w Chochołowskiej wciąż było więcej niż chcących oglądać je ludzi, i nawet więcej niż napstrykanych fotografii.

To nie ludzie mają krokusy w Chochołowskiej, ale krokusy mają ludzi.

Ludzie mają święto; wielkie, piękne, pogańsko-podhalańskie i szczęśliwie nieoficjalne: Narodowy Dzień Krokusa. Świętujemy, nawet o tym nie wiedząc.

Mali ludzie i nieliczni duzi deptają krokusy, liczni duzi oburzają się i uczą nie deptania. Tak powstaje taniec krokusa. Taniec tańcem, jednak bezpiecznie dla krokusa jest występować w masie, w samym środku łąki. Niebezpiecznie być śmiałkiem, starającym się poszerzać zakres występowania krokusa - na krawędzi światów, które za sprawą strażników Parku Narodowego - ale też i wewnętrznej dyscypliny Polaków - dążą do wzajemnej niedotykalności. Kontakt dozwolony jest jedynie za pomocą wzroku i zmysłu powonienia.

Krokusy budzą we mnie zachwyt i euforię, a ich niedotykalność - smutek i tęsknotę za tym, co wyrugowaliśmy z codziennego życia i dla ochrony zamknęliśmy w Parku.

Jednak właśnie dlatego, życzę sobie: niech się święto odtwarza, niech Polacy kochają krokusy coraz bardziej rok do roku i niech również tym się mierzy nasze Narodowe Osiągnięcie Brutto. Amen.


Idę sobie atu

Idę biurem, a tu Oni mówią wierszem. Znaki interpunkcyjne oryginalne:

On: Rain!   falls on my face!
Ona: I cry over onions   Making lasagna      for one.



***
Idę Mostową, a tu w Lokatorze impreza, spotkanie z (nie tak znowu) nowym (a jednak) tłumaczem "Procesu" Kafki:

Tłumacz: Ja powiem tak, mówiąc nie.

Czuwanie

Tryb "weekend".
Chyba po raz pierwszy od kilku lat.
Od sześciu tygodni znowu chodzę do biura pracować,
ale nie było łatwo zacząć wrzucać ten tryb.

Odkrywam nowe sensy w rozdzielaniu dnia powszedniego od dnia świątecznego.
Chwili przeznaczonej na pracę, od chwili na nie-pracowanie.

Odkrywałam też sensy w ich pomieszaniu.

Wiooooosna




Czarne kropki to nie śmietki na obiektywie, a część ogromnego stada ptaków' Lubią latać nad moją ulicą. Co to za gatunek? Codziennie ok. 5.30 wylatują na żerowisko, a ok 16.38 wracają, kierując się w stronę Nowej Huty i Niepołomic. Bardzo rzadko udaje mi się być w domu wcześnie i zobaczyć spektakl powrotny.

***
Wiosny niby nie ma; nie oficjalnie i nie wyraźnie; ale kto ma czułki, ten czuje.

Co dziś do mnie przemawia: głosy z dzieciństwa

Obrazy, które mieliśmy w głowach jako dzieci, muszą oczywiście zostać dopasowane do aktualnej sytuacji. Nie chodzi o nostalgiczne upajanie się dzieciństwem. Celem jest raczej odnalezienie kontaktu z ukrytym w nas "dzieckiem Boga", które dobrze wie co jest dla nas dobre i jakie Bóg ma o nas wyobrażenie. Istniejące w nas "dziecko Boga" jest źródłem kreatywności. Sprawia, że żyjemy autentycznie.
Jako dziecko chciałem być murarzem. Chociaż było to bardzo infantylne marzenie, dzisiaj stanowi dla mnie źródło inspiracji. Przy pomocy moich książek, wykładów i słów chcę zbudować budynek, w którym ludzie będą się czuli jak w domu, będąc sobą, będą się czuli akceptowani, ośmieleni, pokrzepieni.

Anselm Grun


Poza wszystkim innym, jestem też tłumaczką. Rozumiem, jak ludzie - i tradycje - mówią różnymi językami.

Czasem mówią o tym samym, starają się przekazać refleksje, przemyślenia, percepcję tego samego.
Zazwyczaj tego, co powiedziane w jednym języku nie da się przełożyć na drugi w sposób w 100% dokładny, bo np. nazywają coś, co w innym języku nie ma nazwy, albo precyzują aspekt, który inny język nie uważa za istotny.

Pewnie dlatego język angielski mówi, że jestem interpretatorką.

Ale to rzeczy oczywiste. Dziś pomyślałam o czymś innym. O tym, że trzeba mieć dobrą wolę, żeby starać się odkryć o czym ktoś do mnie mówi w swoim - tym innym - języku.

Teraz będzie chwila prawdy samej ze sobą: mam tutaj własny głód. Kiedy ktoś mi to daje, kiedy czuję, że stara się zrozumieć mój język, to jest wspaniałe.

Te momenty stwarzają we mnie przestrzeń hojności. W tej przestrzeni jestem trochę bardziej skłonna na chwilę odpuścić przekonanie, że mój język jest lepszy, bo przecież ja wiem lepiej. Jestem skłonna dać to komuś - chcę starać się zrozumieć. Może nawet wśród pojawi się ten przebłysk: "Tak, słucham, słyszę, dociera do mnie o czym mówisz, proszę, wytłumacz dokładniej, chcę rozpoznać, co zostało utracone w interpretacji, w przekładaniu z języka na język, z natury rzeczy niedokładnym. Aha!".

Tak dzisiaj przemówił do mnie powyższy fragment. Ten człowiek, katolicki mnich Anselm Grun, mówi o tym, co ja wiem i czuję. Jego język trochę inaczej to ujmuje, dzięki temu moje rozpoznanie staje się bogatsza, wydobywa z cienia jakiś aspekt, i dzięki temu coś sobie lepiej uświadamiam i odkrywam na nowo.





Słońce nad Czantorią











Czy to mgła, czy to smog, nad Czantorią wielki szoł.

Luty: niewyrażalne pory miasta

Zgubiłam grudzień i styczeń.

Tymczasem w lutym  miasto się kruszy niewyrażalnie. Jakby je opuścił duch, stoi obkurczone, i odpadają z niego kawałki. Smog spłynął i stał się błotem. MPK mówi: posprzątać się nie da, nie. Alkoholikom puchnie wątroba - spleen.

Ja też się kruszę niewyrażalnie. Otoczeni i przepełnieni breją, czekamy. Palimy świeczki, na stołach stawiamy abażury, dla podtrzymania nadziei w lampki lejemy wino i nalewkę z dzikiej róży.


Pojawi się.
Coś.







That which is beginning to manifest

"The Hopi Indians, for example, are process oriented. Their time concept does not include past or future, but only that which 'is beginning to manifest' and 'that which is manifest', like rocs and objects. We would call these 'secondary and primary procesess'! Their do not use future or past tenses, but live close to the phenomena themselves. For them the moment to do something is not predetermined, but an unpredictable creation, requiring process awarness to know when 'someting' is beginning to manifest. In contrast to the Hopi Indians, a state-oriented consciousness watches the clock in order to know when to begin. The Hopi would,  in principle, watch the events themselves.".
"Indianie Hopi, na przykład, są zorientowani na proces. Ich pojęcie czasu nie obejmuje przeszłości, czy przyszłości, ale tylko to, co 'zaczyna się urzeczywistniać' i 'to, co jest urzeczywistnione', jak skały i przedmioty. My nazwalibyśmy te rzeczy 'wtórnymi i pierwotnymi procesami'! Oni nie używają czasu przeszłego, czy przeszłego, ale żyją blisko samych zjawisk. Dla nich moment zrobienia czegoś nie jest z góry określony, ale jest nieprzewidywalnym aktem twórczym, wymagającym świadomości tego, jak rozwija się proces, by rozpoznać kiedy to 'coś' zaczyna się urzeczywistniać. W odróżnieniu od Indian Hopi świadomość skupiona na stanach obserwuje zegar, by wiedzieć, kiedy zacząć. Hopi z zasady obserwowaliby same wydarzenia".

Arnold Mindell, The River's Way

Mistrz

"Pewnego razu mistrz zen stanął przed swoimi adeptami, by wygłosić kazanie. Wtem, właśnie gdy miał otworzyć usta, zaśpiewał ptak. Mistrz powiedział: "Kazanie zostało wygłoszone"."

Joseph Campbell "Potęga mitu"

Imperialistyczny napór

"Kult Jahwe był specyficznym nurtem w społeczności żydowskiej, i w końcu wygrał. Przeforsowano kult boga związanego ze świątynią, eliminując kult natury, uprawiany powszechnie w tych okolicach.
Ten "imperialistyczny" napór kultury niewielkiej, zamkniętej grupy trwa nadal na Zachodzie. Jednakże teraz będzie musiała się ona otworzyć na prawdziwą istotę rzeczywistości. Jeśli potrafi się otworzyć, wszelkie możliwości są jeszcze przed nią".
Joseph Campbell "Potęga mitu"

Dużo za wcześnie

KLIK TU POSŁUCHAJ

Wiosna

Wiatr przesuwa chmury poza zasięg wzroku
Jakaś siła wpycha je z powrotem
Siła, która neurotycznie przesuwa rzeczy
Jak wdowa z różańcem

I wszystko budzi grozę i nie chce pochwały
Góry nie potrzebują moich psalmów
A wiosna i tak źle wygląda ostatnio
Jakby ktoś próbował rozgrzać śmierć

I kogut liliput puszy się jak wariat
Czekając na światło dnia
A ja tylko chciałbym się z tobą kochać

Bez troski na umyśle
Żadnej troski, żadnej w głowie
Żadnej troski, żadnej w głowie
Kogo obchodzi co jest moją własnością?
Żadnej troski, żadnej w głowie

Nazywamy to wiosną, chociaż tyle umiera*
Połączone z ziemią, jak odcięta ręka
A ja patrzę na nasz dom na wzgórzu, jest czysty błękitny poranek
Gdy idę, oczy wciąż jeszcze kształtują
Drzwi, przez które przechodzę i widzę
Prawdziwa wiosna jest w tobie
Prawdziwa wiosna jest w tobie

Moje wielkie światy zderzają się
I wielkie światy umysłu zderzają się
A pory roku zmieniają się jak w kalejdoskopie

A ja tylko chciałbym
A ja tylko chciałbym się z tobą kochać
W żyznym błocie, w żyznym błocie
Bez troski na umyśle
Żadnej troski, żadnej w głowie


Bill Callahan "Wiosna"
Tłumaczenie moje



* W grudniu, w ogrodzie botanicznym, rabata pt. "Gatunki zagrożone wymarciem".
Ja: Odczytuję na głos nazwę za nazwą
M.: Brzmi jak apel poległych.




Wyobraźcie sobie, pierwiosnek też tam był, na tym apelu... W czasach mojego dzieciństwa zbieraliśmy je, wiklina nad rzeką była podszyta całymi połaciami. Teraz wiklinę właściciele wycięli i na tym miejscu uprawiają małe poletka ziemniaków. Cóż... Za to kruków się namnożyło.

Jakie słowa mi się podobają na 2017...



... takie sobie wyhaftowałam, cekinami, na kawałku starego aksamitu ze sklepu indyjskiego. Mandala już była.

Nie, że nie mam co robić, przeciwnie, robić mam co za dużo, trzy rzeczy na raz powinny być robione i wtedy byłabym spokojna.

Ale.

Haftowałam po angielsku, bo nie znalazłam odpowiednika słowa "thrive" w języku polskim. Jeśli ktoś zna, to bardzo poproszę.
Z moich informacji wynika, że "thrive", znaczy coś jakby "prosperować", ale o żywym organizmie; to coś więcej niż "rosnąć" i niekoniecznie "rozkwitać" (chociaż w ramach pojęcia mieści się i to). Oznacza wyjście ze sfery przetrwania i panicznego wczepiania się w życia. Wejście w sferę bycia ukochanym dzieckiem Wszechświata, odżywioną i wychuchaną wersją siebie, mającą  dostatek wszystkiego do życia, wzrostu, rozwoju, rozkwitu, owocowania. I pachnienia, rozumie się :)

"Truth" - "prawda" - ekscytuje mnie nawet bardziej, dlatego litery tego słowa umieściłam na dole, jak korzenie. Nie kłamać przede wszystkim samej sobie. Albo przynajmniej rozpoznawać, kiedy się kłamie.



Pegasus

Moja dusza była starym koniem
Wystawionym na sprzedaż na dwudziestu targach.
Chciałem go sprzedać do Kościoła -- kupcami
Byli mali ludzie, z obawą, że się nosi niezwyczajnie.
Jeden powiedział: "Niech zostanie
Na wietrze i deszczu, o głodzie
W grzechu, tak go dostaniemy --
Z klapkami na oczy w gratisie -- za nic".

Potem mężowie Stanu spojrzeli
Co przywiodłem na sprzedaż
Jeden z ministrów był ciekaw czy
Inne końskie ciało pasowałoby do ogona
Który zatrzymał z sentymentu --
Pamiątka po własnej duszy --
Rzekł, "Będę go wypasać w zamian za robociznę".
Pożyczyłem go na tydzień lub dłużej
I wrócił, jak opłotek z kości,
Wygłodniały, spracowany, w rozpaczy.
Odkarmiłem go przydrożną trawą
Żeby nabrał formy przed kolejnym targiem.

Obniżyłem cenę. Postawiłem tam, gdzie
Stoją konie kulawe i z zadyszką.
Garbaty kupiec orzekł, że może
Mógłby posłużyć na wsi jeszcze sezon --
Lecz nie dla niego dobrze płatna robota w miasteczku.
Mógłby coś przy nim podłubać, oczywiście.
Błagałem, "Tak, daj mi jakąś cenę,
Dusza jest tragedią biednego człowieka.
Pociągnie Twój najbardziej zagnojony wóz", mówiłem
Pokaże skróty na Mszę,
Nauczy cię o pogodzie, wieczorami będzie zbierał
Złe długi z trawy biedaka".
Ale oni nie.

Tam gdzie
Kłócą się podróżni partacze poszedłem w dół
Z koniem, moją duszą.
Płakałem, "Kto mi da choć pół korony?"
Od hałaśliwych targów
Nikt się nie odwrócił. "Duszo", modliłem się
Jak sokół rzucałem się z tobą w świat
Kościoła i Stanu, i najpodlejszego handlu.
Lecz tego wieczoru, stój,
To się już nie powtórzy.
Na południowych ścianach rowów
Są pastwiska słońca.
Koniec z kramarzeniem w świecie..."


Gdy tylko wyrzekłem te słowa wyrosły mu
Skrzydła na grzbiecie. Teraz mogę go ujeżdżać
Na każdej ziemi znanej wyobraźni.

by Patrick Kavanagh
tłumaczenie moje
 

Dokonuje czynów, nawet gdy

"Dlaczego tak pięknie rozpoczęta opowieść kończy się tak smutno? Odpowiedź na to pytanie widać już w początkowych fragmentach tej baśni. Nasz dzielny mężczyzna bohatersko broni swojego narodu, broni również swojej kobiety, jednakże nie przykłada zbyt dużej wagi do zrozumienia jej świata. Brak związku z kobiecymi sprawami powoduje, że jego wewnętrzna kobiecość pozostaje nierozwinięta i chaotyczna. Ponieważ cały czas jest bohaterem, jego anima, tzn. jego uczucia do samego siebie - zdradza go. Zaczyna się interesować kapitanem, cieniem bohatera, ponieważ on sam interesuje się jedynie bronieniem innych i niesieniem im opieki. Osoba bardzo mocno związana z działaniem i dokonywaniem różnych czynów, nieświadomie identyfikuje się z rolami kulturowymi i dokonuje przez to zdrady samej siebie, ponieważ całościowa, pełna osobowość składa się, oprócz ojcowskiego heroizmu, również z wielu innych części. Inaczej mówiąc nasz bohater jest po prostu zbyt heroiczny. Dokonuje czynów, nawet gdy nie wypływają one z jego uczuć lub gdy nie ma do tego wystarczającej energii.

Tak jak inne teorie ciała subtelnego powstałe w różnych częściach świata, nasza baśń zawiera informację, że energia śniącego ciała ma dwa aspekty. Nazywamy je "działaniem" i "byciem". Proces życiowy zależy w pewnej mierze od umiejętności kierowania nimi. Zadaniem bohatera jest wykorzenienie przymusu "działania", wtedy ciało dokona reszty.

Gdy przebudzony zostanie nowy rodzaj energii, efekty jej działania są prawie niewyobrażalne. Są one zjawiskami związanymi z introwersją, wewnętrzną koncentracją i medytacją, które należą do samotnego królestwa, gdzie jednostka konfrontuje się z życiowym procesem takim, jaki jest (samym w sobie).".

Arnold Mindell "Rola ciała w odkrywaniu Jaźni"

Załóżmy, że chcesz coś zrobić

"Załóżmy, że chcesz coś zrobić. Możesz sprawdzić, czy energia, która spowodowała tę decyzję pochodzi z systemu nerwowego podległego woli i jest rodzajem działania przymusowego czy też pochodzi z Jaźni. Spróbuj najpierw mechanicznie powstrzymać się od wykonania tej czynności. Siedź sobie spokojnie lub medytuj do osiągnięcia wewnętrznej ciszy. (W czasie osiągania stanu spokoju impulsy do wykonania danej czynności mogą ponownie pojawić się w fantazjach. Fantazje te mają często związek z "małżeńskimi" partnerami). Jednak z czasem siła tych impulsów do zrobienia czegoś zmniejszy się i odczujesz harmonijny rytm autonomicznego systemu nerwowego. Impulsy, które uprzednio występowały istnieją nadal, jednak w tym momencie jawią się jako bezsensowny przymus. Doświadczasz w tym miejscu pewnego rodzaju rozdarcia. Z jednej strony coś chciałoby dokonać pewnego działania, ale równocześnie doświadczasz braku energii ego potrzebnej, by je podjąć. Jedynie gdy po takim doświadczeniu energia potrzebna do wykonania czynności jest nadal obecna, pierwotna intencja działania miała znaczenie - obecnie jest wzmocniona przez to, co Jung nazywał Jaźnią. Jeżeli jednak świadomość w istotny sposób zmieniła swój kierunek, wtedy czyn, który chciałaś wykonać, był związany z opanowaniem systemu nerwowego podległego woli przez animę lub animusa, które oderwały się od Jaźni".

Arnold Mindell "Śniące ciało. Rola ciała w odkrywaniu Jaźni"