Kwiecień: Pierwszy Narodowy Dzień Krokusa

Kandydat na reportera radiowego, na oko lat 8 lub 9, relacjonuje sam dla siebie: Idziemy i oglądamy krokusy. I one są jak wielki dywan! Taki trochę fioletowy.

***
Dwulatka do mamy: Tutaj pan pilnuje kwiatków!

***

Jeden z pierwszych prawdziwie ciepłych i wiosennych dni, w tym roku szczęśliwie zbiegł się z weekendem i z pierwszym dniem kwietnia. Nie umiem sobie wyobrazić bardziej idealnego Czasu Krokusa.

Jasne, że wszyscy chcieli to zobaczyć! Mimo to, krokusów w Chochołowskiej wciąż było więcej niż chcących oglądać je ludzi, i nawet więcej niż napstrykanych fotografii.

To nie ludzie mają krokusy w Chochołowskiej, ale krokusy mają ludzi.

Ludzie mają święto; wielkie, piękne, pogańsko-podhalańskie i szczęśliwie nieoficjalne: Narodowy Dzień Krokusa. Świętujemy, nawet o tym nie wiedząc.

Mali ludzie i nieliczni duzi deptają krokusy, liczni duzi oburzają się i uczą nie deptania. Tak powstaje taniec krokusa. Taniec tańcem, jednak bezpiecznie dla krokusa jest występować w masie, w samym środku łąki. Niebezpiecznie być śmiałkiem, starającym się poszerzać zakres występowania krokusa - na krawędzi światów, które za sprawą strażników Parku Narodowego - ale też i wewnętrznej dyscypliny Polaków - dążą do wzajemnej niedotykalności. Kontakt dozwolony jest jedynie za pomocą wzroku i zmysłu powonienia.

Krokusy budzą we mnie zachwyt i euforię, a ich niedotykalność - smutek i tęsknotę za tym, co wyrugowaliśmy z codziennego życia i dla ochrony zamknęliśmy w Parku.

Jednak właśnie dlatego, życzę sobie: niech się święto odtwarza, niech Polacy kochają krokusy coraz bardziej rok do roku i niech również tym się mierzy nasze Narodowe Osiągnięcie Brutto. Amen.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz