Kąty



Już ją kiedyś pokazywałam: mandala z puchem łabędzim, mająca przywodzić na myśl komfort finansowy złożona na Warmii KLIK TU.
Znalazła swój kąt, razem z deską do prasowania.
Męskie ozdoby domu na początku budziły we mnie skryte przerażenie. Oto butelka starki... Okazało się, że chodzi głównie o to, żeby je mieć i na nie patrzeć, używane są rzadko.

Hm... No dobrze. W sumie ja mam półkę z przyprawami ozdobioną okrągłym kawałem mosiądzu, a drugą dmuchawką do przedmuchiwania obiektywu i  żeliwnym przyrządem do odkręcania śrub. To też jest piękno chyba raczej mało powszechnie zrozumiałe?

LGBTQ Alphabet

Co robiłam w Grecji?

Najpierw wyjaśnię, a potem powiem, co mnie zruszyło do łez.

Niektórzy czytelnicy wiedzą, że studiuję psychoterapię w nurcie psychologii zorientowanej na proces. Jedną z dziedzin, którą bardzo żywo interesuje się i rozwija Arnold Mindell, twórca nurtu, jest praca ze światem, tzw. World Work.

Jednym z elementów pracy ze światem są tygodniowe seminaria, które odbywają się co trzy lata w różnych miejscach na świecie.

W tym roku, w najpiękniejszych okolicznościach greckiej wiosny w porcie na półwyspie Peloponeskim zebrało się 500 ludzi z chyba ponad 40 krajów świata, o różnych kolorach skóry, stopniu posiadania i dostępie do dóbr, najtrudniejszych przejściach wojennych i innych, różnym stopniu przywiązania do tej rzeczywistości, upodobaniach seksualnych i wielu, wielu innych odcieniach różnic.

W tym gronie codziennie pracowaliśmy w wielkiej grupie podczas tzw. procesu grupowego, w mniejszych grupach tematycznych w obecności wszystkich zebranych, w małych grupach po południu, mieliśmy indywidualne sesje terapeutyczne i dodatkowe zajęcia rano i po południu. Sytuację przed przegrzaniem ratowały chwile wytchnienia nad morzem, na grackich polach i w gronie znajomych.


Ciekawe, że wśród całej tej różnorodności szukałam homogeniczności, pokochałam Polaków bardziej niż PIS, pragnęłam towarzystwa innych Polaków i chwile spędzone z nimi były jak usiąść w sadzie i zjeść chleb z masłem, twarogiem i miodem - swojskie i kojące. Dziękuję.


Było to coś wspaniałego. Chodziłam i przez cały czas powtarzałam przyjaciółce: nie wierzę, że to się dzieje naprawdę. To jest utopia, o tym czyta się w książkach, że inni ludzie to robią, nie robi się samemu.

I była to masakra, którą zresztą po powrocie odchorowałam. Wydobywanie i przetwarzanie najtrudniejszych tematów i emocji: wściekłości, upokorzenia, strachu, bólu, smutku. Dźwiganie ciężaru masywnego przywileju i dziedzictwa nadużycia innych ludów, w którym się urodziłam i jest to jak grzech pierworodny. Nie wiem co mam z tym zrobić. Przynajmniej już wiem, jaka jest sytuacja, nie wypieram się.

To wstęp. Który prowadzi do niesamowicie wzruszającej pracy ludzi ze środowiska LGTQ. Któregoś dnia po południu mieli oni odwagę wyjść na środek, stworzyć świętą przestrzeń i pozwolić się ujawnić trudnym, ukrywanym emocjom i przeżyciom. Zmieniło mnie to, wydobyło na światło moją skrywaną, ale istniejąca z przyrodzenia - jak ww. grzech pierworodny - homofobię, czyli w praktyce strach przed sobą samą. I mój smutek, że zupełnie nie chcę znać tej części we mnie, która jest LGBTQ. Wiem tylko, że taka część jest i że bez niej nie jestem całością.

Jest część mnie, która chce dać adnotację: chociaż oczywiście jestem heteroseksualna, kocham mężczyzn itd. I to właśnie jest przejaw homofobii! Utwierdzanie siebie i innych - ja, jestem "normalna".

Urodziłam się w kulturze, która na każdy możliwy sposób utwierdza mnie w przekonaniu, że to jest złe - i że lepiej się tym nie zajmować, to zniknie. Fałsz.

Dziękuję moim LGBTQ przyjaciołom i znajomym, za to, że są, że przekraczają swoje granice, że siebie odkrywają. Chciałabym zmieniać swoje podejście i świat tak, żeby następne pokolenia nie musiały się rodzić do strachu przed tymi częściami siebie.

A dzisiaj natrafiłam na ten filmik KLIK TU.

I mam łzy w oczach. Wzruszam się, że są osoby, które się nie boją, wchodzą we wszystkie zakamarki ludzkiego doświadczenia i nam opowiadają o ty, co tam odkryły. Filmik, niestety, jest po angielsku. Chciałabym Polakom udostępnić taki przekaz.

Czerwiec: pełnia szczęścia przed pełnią lata


Z Aten wróciłam zainspirowana. Mieszkałam w danej willowej dzielnicy pod Akropolem, gdzie IX wieczne wille z czasem obrosły ciasnymi uliczkami, gdzie dość wysokie bloki zbliżają się do siebie.

To było ciekawe odkrywanie. Idąc wieczorem stronę Wzgórza od czasu do czasu wśród bloków napotykałyśmy zabite deskami okna i kawałek dzikiego ogrodu. Widziałyśmy tylko 1 czy 2 z tych pięknych domów dobrze utrzymane. Następnego dnia w hoteliku, gdzie się zatrzymałyśmy na ścianie odkryłam zdjęcie z początku ubiegłego stulecia: Wzgórze Akropolu, a pod nim rozsiane wille.
I te uliczki pachną, obsadzone drzewami pomarańczy i akacji. Na chodnikach gdzie się da poupychana zieleń, są drzewka, kwiaty i zioła, na skwerach, sadzone w doniczkach i kubłach, na balkonach, przed blokami. Gdzie się da wystawiony jakiś stolik i krzesło. Ktoś dba o każdą doniczkę, zasadził/a, podlewa w upale. Korzystają wszyscy, ciasny upał z zielenią jest łatwiejszy do zniesienia.

Po powrocie podobnego ducha zauważyłam na ulicy Królewskiej. Dzielnica stara i zasiedziała, od wczesnej wiosny rozkwita po kolei: przebiśniegami, krokusami, narcyzami, tulipanami, pierwiosnkami, bratkami. Obecnie kwietnie krzewami dzikiego bzu, róż i jaśminu, w zielonych mikro przestrzeniach zasadzonymi i zadbanymi przez mieszkańców, przed blokami.

Jak się zainspirowałam, tak uczyniłam: jeden mam ogródek zielny, pod wielkim oknem w kuchni. No po prostu nie mogę inaczej, niż się zachwycać. Cudowne! Wystarczy, że je pogłaskam, czy odgarnę przy podlewaniu i moja osobista ręka pachnie: lawendą, tymiankiem, macierzanką, rozmarynem lub szałwią. Dużo patrzę na krzaczki. To moja obecna modlitwa, od której serce mi rośnie i poszerza się, obejmując nie tylko rośliny na parapecie, ale w ogóle życie. Wcześnie rano, przed śniadaniem jest na to czas.

Na balkonie posadziłam mikrowydmę - dwie czupryny traw w doniczce, szepczą na wietrze. Wspaniale!

Spieszę uciszyć niepokoje: nie zabrakło pelargonii. Mieszka w sporej donicy, odmiana pyszni się wielokrotną czerwienią płatków i zbitą, dość ciemną zielenią liści

- Jak na przystało na mieszczański balkon. Widać ją z dołu - M. odetchnął z ulgą.


Czym ludzie żyją


Czym żyją ludzie w moich okolicach:

Droga jest udekorowana w całej wsi - od tablicy początkowej, do kościoła, a potem z kościoła do domu.

Przyjeżdżają po niego na najbliższą stację, w Stróżach, gdzie nadjeżdża pociągiem z Tarnowa.

Pierwsi jadą strażacy, w starym, pięknym, czerwonym fordzie.
Następnie podenerwowany kamerzysta, pieszo.
Potem drużba, na skuterze.

W następnej kolejności:
- orkiestra, na wozie
- młody - ksiądz prymicjant - i jego rodzina, w bryczce

A potem jest parada.
Pierwszy jedzie kapitan, w zielonej kamizelce na białej koszuli i ... w krakowskiej rogatywce z pawimi piórami.
Za nim reszta, też w białych koszulach i z krakuskami, tak zwana banderia.
52 konie, wszystkie, jakie są w okolicy, wypolerowane na wysoki połysk i wystrojone.
Najpierw gospodarze, za nimi chłopcy i dziewczyny, których odróżnia się po tym, że ich konie są delikatniejsze i mają pęciny owinięte czerwoną wstążką.

Za banderią goście, samochodami.

Zostaje asfalt, nowy, ozdobiony sienną, końską kupą. Teraz już nieczęsty widok.

Prymicje zawsze odbywają się w maju. Tradycyjnie na imprezę zrzuca się cała wieś. W tym przypadku młody ksiądz się uparł, żeby rodzeństwo wzięło pożyczkę, a on spłaci. Może dlatego, że rodzina była bardzo biedna, z wielkim problemem w postaci choroby matki. Wychowali się praktycznie sami. Może ma żal, że wtedy, jak ojciec nie miał się do kogo zwrócić, to nie pomogli.

Znam historię, bo z mojej rodziny mu pomagali, co jest opowieścią inną, długą, intymną i z niejednoznacznym zakończeniem. Na paradę trafiliśmy przypadkiem, wracając skrótem z Wysowej.

Europejski tik

Chyba nie przypadkiem Europa - w odróżnieniu od innych kręgów cywilizacyjnych - ma zawsze w swoim postępowaniu jakoś zakorzenioną zasadę historyczności i strukturalnej natury czasu, czyli przekonanie, że wszystko prowadzi lub powinno prowadzić dokądś, czyli do przodu, co czegoś najlepiej w możliwy do zmierzenia sposób lepszego, a zatem ma zakodowany uniwersalizm, czyli pewność, że to co najlepsze w naszych oczach, musi być najlepsze dla całego świata, i że jeśli mamy okazję owo dobro szerzyć, to winniśmy to czynić.
Propagowaliśmy w historii tysiące rzeczy, których dobrych i złych stron często w ogóle nie dało się od siebie oddzielić. Niezmiernie zaraźliwa, niemal wręcz agresywna idea ciągłej zmiany, nieustannego postępu, rozmachu, zwiększania, szerzenia, zdobywania, niekończącego się wzrostu, jak również idea doskonałego świata, który należy budować pod dobremu, a jeśli się nie udaje, choćby i po złemu - wszystko to przecież są idee typowo europejskie. Wszystkie one mają zaklętą w sobie pewną dwuznaczność. Dlatego bez zahamować możemy szerzyć po świecie oświeceniowe pojęcia państwa i pojęcia praw człowieka, jak i ideologię komunistyczną lub rasistowską, możemy dostarczać mu zarówno najnowocześniejsze ideologie, jak i najnowocześniejszą broń, możemy być chrześcijanami i krzyżowcami, propagatorami postępu społecznego i kolonizatorami, twórcami światowego bogactwa globalnego i tymi, którzy przez swoje rozumienie gospodarki rynkowej wtrącają ogromne regiony świata w biedę i czynią je obcymi sobie samym, swojemu krajowi i swojej planecie.
Niezależnie jednak od tego, czy służmy jakiejś wspaniałej sprawie, czy sprawie spornej lub niezmiernie niebezpiecznej, zawsze jako Europejczycy mamy poczucie, że jest ona lepsza niż cokolwiek innego i że jesteśmy powołani przez opatrzność do tego, żeby ją lansować, gdzie się da. Pomaganie światu, jakiekolwiek by było, stało się jakimś europejskim tikiem.
Vaclav Havel, "Zmieniać świat". Frag. eseju. "Zatrzymać karuzelę" 

Przyswajanie

Nie ma zapewne ani przepisów, ani praw, którymi musimy się kierować żyjąc wraz z Gają. Dla wszystkich naszych działań są tylko konsekwencje.
James Lovelock "Gaja. Nowe spojrzenie na życie na Ziemi"

Ucząc się do egzaminów poznaję nowe koncepcje, modele świata inne, niż znam. Ciekawe jest obserwowanie jak mój umysł się otwiera, żeby zobaczyć świat przez nowy zestaw pojęć - pod nowym kątem. Jest to odświeżające - jak początek lata.

Czerwiec to jeden z moich ukochanych momentów w roku. Jest już dojrzały, a jednocześnie ma wszystko przed sobą. Jednak tak naprawdę przeżyłam niewiele czerwców w życiu, większość z nich przeszła w pomroce spowodowanej strachem: podciąganie ocen na koniec roku, potem egzaminy.

W tym roku też mam egzamin, ale powiedziałam: dość. Pora roku, rytm Gai ma pierwszeństwo. Tak więc uczę się w sposób zdycyplinowany: unikając pomroczności i z wygospodarowaniem czasu na bycie i nurzanie się w czerwcu, wciąganie doznań porami zewnętrznymi i wewnętrznymi.

Zobaczymy, czy to wystarczy? Czy duch egzaminów bezwzględnie wymaga poświęceń?

Ciuchi: trzy miłości


Miłość. To jest za duże słowo w odniesieniu do ciuchów.
Powiedzmy zatem: bardzo lubię.

Dzisiaj będzie kilka intymnych i mało znaczących faktów z mojej szafy.

Po latach poszukiwań zakończonych zaniechaniem, odpowiedni pasek wreszcie znalazł mnie. Prosty, ze skóry, ze zwykłą sprzączką, w przystępnej dla mnie cenie.
Przeszedł moje oczekiwania, ponieważ jest z napisem! Producent Pantuniestał KLIK z dowcipem wytwarza ubiory dla zdrowych i chorych. To jest ten dowcip, który ja łapię. Łódzki producent miał uprzejmość w KRK otworzyć sklep na ul. Nadwiślańskiej, w mojej okolicy. Hmm.. Ciągnie swój do swego, moja okolica zdecydowanie jest to.



Do paska dżinsy. Raczę Szanownych Czytelników nieco prowokacyjnym zdjęciem (gdyby ktoś nie zauważył).
Ukochane Jedna z ulubionych dżinsów się rozsypują, co daje mi powód do wykonywania kolejnej czynności, którą bardzo lubię: dziubdzianie igłą. Moja rodzina już nawet nie to, że zaakceptowała - wręcz polubiła - że umilam sobie nudne rodzinne nasiadówki dziubdzianiem dywaników ze zużytych podkoszulków.
Dżinsy dziubdziam w zaciszu samotności.



Ostatnia miłość lubienie na dziś: second handy z jedwabiu. Zdecydowanie poluję, mam kilka wspaniałych okazów w szafie. Ww. koszulka ma historię, została wygrzebana w szmateksie na ukochanym Dolnym Śląsku (tam to są sklepy z odzieżą używaną!). Koszulka była za duża i, pomimo przeróbek, w roli odzienia nocnego wyglądała źle. Dziś obcięłam ją zatem - jako krótka koszulka dzienna leży OK. Ucięty kawałek stał się źródłem łat, którymi podszywam dziury na dżinsach.

I tak oto ukazał się związek ostatniego elementu z dzisiejszą ciuchową układanką.

Radosnej soboty Państwu życzę, jako i sobie :)

Próby zrozumienia: czas zimna

Większość ludzi pracujących z konfliktami umywa ręce od wojny. Ale ty jako przedstawiciel starszyzny będziesz współczuł ludziom, którzy w niej uczestniczą. Robią wszystko co mogą w danych warunkach. Wiesz to, ponieważ przeszedłeś niejeden czas wojny. [...]
W czasie wojny początkowo zmiany zamierają: każdy zamarza na swojej pozycji. Ostre konflikty zamieniają się w suchy lód. Nienawiść przesycająca ową niezgodę jest tak wielka, że ludzie, którzy w niej tkwią przymarzają do swoich stanowisk. Ale pamiętaj, że lód to tylko zamarznięta woda i można go roztopić. Topienie lodu rozpoczyna się od skupienia na nim. Możesz powiedzieć: "To czas zimna, które jest tak głębokie, że prawie parzy. Jest wojna. Rozgrywa się walka, która zgodę rozbija w niezgodę. Ludzie mogą cierpieć".
Mówienie czegoś jasno, w momencie, gdy wszyscy inni są zatrzaśnięci w swojej nienawiści, daje zadziwiające efekty; świadomość zostaje wydobyta na pierwszy plan. Może to złagodzić wściekłość.
Arnold Mindell "Siedząc w ogniu"